Spis treści

TATRY ZACHODNIE, SŁOWACKI RAJ, PIENINY
29 lipca – 04 sierpnia 2019 r.

Kolejny wyjazd z Maćkiem, miał być wypad do Rumunii, niestety z powodów niezależnych ode mnie zamienił się w tygodniową wędrówkę przez Tatry na Słowację i z powrotem.

 

Dzień 0 | Plany

Po zeszłorocznej eskapadzie przez Alpy  wiedziałem że na Maćka mogę liczyć, zaproponowałem więc tygodniowy wypad do Rumunii, łażenie z plecakiem bez określonego celu. Niestety z osobistych przyczyn musieliśmy zrezygnować z Rumunii, żeby jednak nie stracić całkowicie wyjazdu, postanowiliśmy ruszyć na południe naszego kraju oraz zahaczyć o Słowację, w miejsce które zwie się Słowacki Raj. Wyjazd do którego w ogóle się nie przygotowywałem, postawiłem na spontan, a co z tego wynikło ? zapraszam do lektury.

 

Dzień 1 | Podróż

Wychodzę z pracy o 5.00 rano, na parkingu przy aucie przebieram się w „górskie‘’ rzeczy, jadę odstawić auto pod Ronal, wpadam na kawę do Artura, około 6.20 spotykam się z Maćkiem, idziemy na dworzec Szczawienko i stamtąd o 6.40 jedziemy do Wrocławia. O 8.00 mamy mieć Flixbus-a   do Krakowa, okazuje się że jest opóźniony 60 minut, około 9.00 jest nasz autobus, pakujemy plecaki do luku bagażowego i następna niespodzianka. Maciek kupując bilety, wykupił dodatkowe miejsce w autobusie zamiast biletu dla mnie, kierowca nie chce mnie wpuścić do autobusu, bo w takiej sytuacji nie mam biletu i ubezpieczenia na podróż, na nic zdają się próby rozwiązania sytuacji, szybko w głowie układam już inny plan dotarcia do Krakowa. Po dłuższych konsultacjach kierowca dzwoni do swojego biura i wyjaśnia zaistniałą sytuację, chwila rozmowy i udaje się , mogę wsiadać do autobusu. Ciekawy początek podróży, mam nadzieję że to już koniec niespodzianek.  Z ponad godzinnym opóźnieniem wyruszamy do Krakowa, tam jesteśmy po 12.00, i około 13.00 siedzimy już w autobusie do Zakopanego. Niestety droga do stolicy Polskich Tatr dłuży się okropnie, korki już na wyjeździe z Krakowa a dalej też nie jest lepiej, chyba pociąg byłby lepszym rozwiązaniem, dobrze że mamy colę i Gorzką Żołądkowa o smaku dzikiej wiśni. Po trzech i pół godzinach jesteśmy dopiero w Zakopanem, jest przed 17.00 musimy się dostać jeszcze do Doliny Chochołowskiej, znajdujemy busa który jedzie w tamta stronę, co prawda tylko do osady Kiry, ale i tak dobrze. W Kirach czekamy trochę na przystanku z nadzieją że jeszcze coś będzie jechać do Chochołowskiej, po 15 minutach decydujemy się jednak iść na nogach. Na początek idziemy drogą, później wchodzimy na szlak, zaczynają nachodzić chmury, dochodzimy do małego domku, jest przy nim wiata, zaczyna padać deszcz więc postanawiamy przeczekać pod dachem. Dzwonię do Oli, jest okazja żeby spokojnie porozmawiać.

Po jakiś 20 minutach, ruszamy dalej  droga do Polany Chochołowskiej, jest szeroka idziemy spokojnym krokiem, mijamy ludzi którzy schodzą z gór, wszyscy poubierani w płaszcze lub kurtki przeciwdeszczowe, jest ciepło. Mijamy bacówkę i w oddali już widać schronisko na Polanie Chochołowskiej, dochodzimy tam przed 21.00, odbieramy klucze do pokoju, zanosimy plecaki i schodzimy na dół. Niestety kuchnia już jest zamknięta więc nie dostaniemy nic do jedzenia, zamawiamy po piwie, wychodzimy na zewnątrz, jest już ciemno, dzwonię do domu i do Oli, to już mój rytuał w podróżach. Pijemy jeszcze po jednym piwie i idziemy do pokoju, mamy jakieś jedzenie z podróży więc nie pójdziemy spać głodni, chwile jeszcze rozmawiamy, Maciek trochę się niepokoi jutrzejszą prognozą pogody, ma padać deszcz, a my chcemy wejść na Wołowiec i zejść na Słowację. Z holu na korytarzu słychać głosy, poszedł bym się z integrować lecz zmęczenie bierze górę i kładę się spać. Jest po 24.00.

 

Dzień 2 | Przez góry na Słowację

Pobudka o 7.00, pakujemy się i schodzimy na śniadanie. Bufet czynny dopiero od 8.00, zamawiamy jajecznicę i herbatę, siadamy przy stoliku i czekamy, po jakiś 15 minutach orientujemy się że coś jest nie tak, ludzie którzy po nas składali zamówienia już mają śniadanie  a my dalej nie. Okazuje się że trzeba samemu podejść do okienka gdzie są wydawane posiłki i jeszcze raz złożyć zamówienie, dziwne, ale człowiek cały czas się uczy. Po śniadaniu około 9.00 wychodzimy ze schroniska, jak patrzę na otaczające nas szczyty które jednak wznoszą się wysoko to już wiem że lekko nie będzie, ruszamy, na początek przez las, gdzie jest strasznie parno i bezwietrznie, robię się momentalnie mokry, po jakiś 30 minutach wychodzimy z lasu na pasmo kosodrzewin, wreszcie jest czym oddychać. Pniemy się pomału w górę, po lewej stronie Wołowiec nasz cel, jest daleko i co mnie trochę  niepokoi wysoko, wmawiamy sobie że jak już wejdziemy tam to będzie łatwiej, ścieżką po równym terenie, przecież to Tatry Zachodnie.  Maciek idzie przede mną ale męczy się strasznie, ja też widzę że słabo u mnie z kondycją, jednak wczorajsza dawka Żołądkowej z dziką wiśnią była zbyt duża, cóż takie uroki „męskiego’’ wyjazdu. Mijają nas turyści z maleńkimi plecaczkami, jeden chłopak nawet zagaduje czy chce nam się dźwigać takie duże plecaki, ale On wchodzi na Wołowiec i wraca do schroniska my chcemy iść dalej. Robimy sobie postój, obserwujemy łasicę która biega po kamieniach kilkanaście metrów od nas, fajne zwinne zwierzątko, buszuje wśród kamieni co chwilę staje na łapkach i obserwuje okolicę. Czas ruszać dalej, nikt za nas tam nie wejdzie. Na przełęczy pod Wołowcem zbierają się chmury i zaczyna wiać, do szczytu jeszcze jakieś 15 minut, Maciek kiepsko się czuje ale idziemy dalej, na szczycie jesteśmy dopiero przed 12.00, coś nam to długo zeszło, nadciągnęły chmury, żadnych widoków, robimy krótki postój, kilka zdjęć i ruszamy o zgrozo ostro w dół po grani, a miało być łagodnie. Rozstępują się chmury i widzę że mamy ostre zejście w dół do miejsca Nad Niską Przełęczą na jakieś 1800 m, tutaj łapie nas deszcz, nie ma się gdzie schować więc idziemy dalej  znowu ostro w  górę na  Jarząbczy Wierch,  przed szczytem przestaje padać, dla nas to  już bez znaczenia, buty i spodnie mokre. Mocno wieje więc nie zatrzymujemy się tylko idziemy dalej, jest trochę po prostym, nawet zaczynają się widoki, fajnie widać szlaki po polskiej stronie, idą granią a dookoła zarośnięte trawiaste zbocza, około 15 jesteśmy na Kończystym Wierchu, dogania nas para turystów z Polski, chwilę rozmawiamy, mają ten sam dylemat co my, chcieliśmy iść przez Starorobociański Wierch ale jest późno i nie wiemy o której będziemy gdzieś w miejscu gdzie złapiemy jakiś nocleg, podejmujemy decyzję że schodzimy do Doliny Raćkovej,  oni idą za nami ale zostają w tyle, w dolinie wychodzi słońce siadamy na trawie, trzeba się posilić, kabanosy, batony i witaminy do picia, niedaleko na skałach siedzi świstak i głośno gwizda, ostrzega swoje stado przed nami intruzami, żeby go nie denerwować ruszamy dalej. Dogania nas para ze szczytu idziemy chwilę razem, dziewczyna się dziwi że idziemy bez planu i nie mamy zaplanowanej trasy ani noclegów. Mają  małe plecaki więc idą szybciej, żegnamy się wiec i niespieszną się podziwiamy szczyt Bystrej który góruje z lewej strony, dnem doliny płynie potok Raćkovy, szum wody jest niesamowity w tej ciszy,  piękne są te góry i puste, oprócz wspomnianej pary Polaków nie spotykamy nikogo na szlaku. Za nami zaczynają się zbierać chmury, przyśpieszamy kroku, jednak i tak dopada nas deszcz, na szczęście szlak wchodzi do lasu i trochę nas chronią drzewa. Około 19.00 dochodzimy do osady Hrdovo, gdzie wita nas drewniana około 3,5 metrowa figurka turysty z plecakiem, jest tu camping, lecz nie mają miejsc, zaczynamy rozglądać się za jakąś wiatą gdzie spędzimy noc, mijamy mały hotel, zachodzimy, lecz też nie ma miejsc, mówią nam tam że do następnej miejscowości jest około 2 km i tam jest sporo kwater prywatnych, z nadzieją ruszamy dalej, znowu łapie nas deszcz, chowamy się pod drzewa i pomału przemieszczamy do przodu. Około 20.00 jesteśmy w Pribylinie, w pierwszym napotkanym domu nie mają noclegów, idziemy dalej, przy jakimś domu kręci się Pani z psem pytamy o nocleg i bingo, mamy gdzie spać. Przemoczeni i zmęczeni zrzucamy plecaki w korytarzu, wchodzimy do domu, jest kuchnia, łazienka i pokój 2 osobowy i to tylko za 10 euro od osoby. Właścicielka pyta się gdzie jutro się wybieramy, a następnie przynosi nam spisane odjazdy autobusów do Liptowskiego Mikulasa, i opis dalszej podróży do Słowackiego Raju, bardzo to miłe z jej strony. Dzwonię do Oli że mamy nocleg, żeby się nie martwiła że śpimy gdzieś w wiacie pod lasem, następnie robimy kolację, znajduję jeszcze piwo w plecaku, wspaniałe zakończenie tego wyczerpującego dnia. Około 22.30 już jesteśmy w łóżkach, to był długi dzień, ale lubię takie wyrypy, i wędrowanie bez planu. Nie używam pościeli tylko wskakuję w śpiwór który specjalnie kupiłem na ten wyjazd, mały i lekki, taki do plecaka na wędrówki. Szybko zasypiam.

 

Najnowsze komentarze

  • Marcin Flieger powiedział(a) Więcej
    GRATULUJĘ! Nagroda w pełni zasłużona za lata promocji Gminy Mieroszów na całym świecie! Wielkie BRAWA również... czwartek, 06 czerwiec 2019
  • Ewa Tracewska powiedział(a) Więcej
    Super jak zawsze  piątek, 30 listopad 2018
  • Damian powiedział(a) Więcej
    To ja dziękuję za tak wspaniałą ekipę ! ;)) Czym byłaby Korsyka bez was, i przy waszych ohhhhah i ahhhach i tak se... piątek, 30 listopad 2018
  • Monika powiedział(a) Więcej
    WOW :D środa, 28 listopad 2018
  • Iga powiedział(a) Więcej
    Też Cię kocham Braciszku :*
    Dzięki za przypomnienie tego wyjazdu. Przepiękne miejsce i fantastyczni ludzie.... środa, 14 listopad 2018