Spis treści

SYCYLIA 2019

Termin: 31.10.2019 - 07.11.2019 r.

Następny wyjazd wspinaczkowy, ja jednak od razu założyłem że nie będę w tym uczestniczył, wiedziałem że będzie kilka osób dla których wspinaczka nie jest priorytetem więc nie będę się sam błąkał po Sycylii. Trochę miałem chrapkę na Etnę, lecz była aktywna i wejście było zabronione więc sobie odpuściliśmy. Spora grupa 13 osób, nowe twarze i starzy wyjadacze, czyli to co lubię.

 

Dzień 0 | Podróż do Wrocławia

Niestety podróż zaczynam z pracy, szkoda mi urlopu więc spakowany jadę do pracy, kończę o 18.00, taksówką dostaję się na dworzec Wałbrzych Szczawienko, tam wsiadam o 18.47 do pociągu do Wrocławia, w Świebodzicach dosiada się Wojtek i razem jedziemy dalej. Marek odbiera nas na Grabiszynie, jedziemy do Niego, pierwszy raz jestem u Marka więc zostaję oprowadzony po mieszkaniu, przychodzi Bob, wieczór spędzamy przy piwkach kraftowych, Marek ma spory zapas :) siedzimy dosyć długo, wspomnieniom i opowieścią nie ma końca, wreszcie około 1.00 w nocy idziemy spać, budziki nastawione na 4.30, oj będzie krótka noc.

 

Dzień 1 | Podróż + San Vito

No i była krótka noc, ledwo się położyliśmy już rozdzwoniły się budziki o 4.30, jeszcze nie przestało szumieć w głowie po wieczornych piwkach, ech życie z ludźmi z DGN- u :) Parę minut po 5.00 Ja, Marek, Wojtek i Bob pakujemy się do ubera i jedziemy na lotnisko, szybka odprawa, spotykamy Dyzia, Martynę, Damiana i Monikę, po piwku w barze, oj jak mi się tego piwa chciało, potem drugie, pojawia się jakaś Soplica, więc ją szybko rozpracowujemy. Wsiadamy do samolotu, ja oczywiście zasypiam ( przeważnie tak mam, że śpię w samolocie) więc omija mnie niecodzienna akcja, rano był przymrozek i samolot musiał przejść odmrażanie, więc wystartowaliśmy ponad godzinę później, więcej czasu było na sen. Około 10.00 jesteśmy na lotnisku w Palermo, tutaj około 20 stopni więc zaczynamy się rozbierać, spotykamy Piotrka, jego żonę Dorotę, Janusza i Marka to nowe osoby na wyjeździe, znajomi Piotrka.

Widać że Sycylia to miejsce wypadowe dla wspinaczy, jest sporo osób które przyleciały tutaj spędzać czas w skałach. Wypożyczalnia z której mamy samochody znajduje się poza lotniskiem, więc dowożą nas tam busem, trochę to trwa, niedaleko wypożyczalni jest market, robimy pierwsze zakupy, po odebraniu aut, Ja, Damian i Monika wracamy na lotnisko po Agę która ma dolecieć z Londynu, reszta jedzie do miejsca naszego zakwaterowania czyli do San Vito. Około 40 minut czekamy na Agę, a potem w czwórkę ruszamy dalej, po około godzinie jesteśmy w San Vito, chwilę kluczymy po miasteczku i wreszcie trafiamy pod naszą kwaterę. Rozlokowujemy się i idziemy na plażę, nad miasteczkiem góruje szczyt Monte Monaco o wysokości 532 m. jest po 15.00, plaża pusta, wchodzimy do wody, cieplutko i przyjemnie, lekki wiaterek sprawia że w wodzie jest cieplej. Oj coś mi się zdaje że będziemy tutaj zaglądać bardzo często, po około godzinie wracamy na kwaterę, droga zajmuje nam niecałe 5 minut, więc bardzo blisko. Miasteczko wygląda jak opuszczone, nie ma turystów, jest po sezonie, decydujemy się że pójdziemy na kolację do jedynej knajpki otwartej na promenadzie, niedaleko nas. Obsługa jak widzi tak dużą grupę, złącza stoły żebyśmy siedzieli wszyscy razem, każdy zamawia coś innego, choć większość wybiera pizzę, niestety szału nie ma, wiemy że nie będziemy się tutaj stołować. Idziemy zrobić zakupy do pobliskiego i jedynego w najbliższej okolicy marketu, to są plusy i minusy podróży poza sezonem, jest niewiele ludzi ale też część sklepów, barów i różnych atrakcji jest pozamykana. Po zakupach, dość dużych, jednak jest nas 13 osób do wykarmienia, wracamy na kwaterę, zwracam uwagę na dużą liczbę kotów które kręcą się po miasteczku, jest ich naprawdę sporo, jeden z nich zaczyna robić podchody do Nas, jest głodny więc szybko się zaprzyjaźniamy za pomocą lokalnej wędliny. Mamy dosyć spory taras, na którym możemy się wszyscy pomieścić, więc wieczór spędzamy na zewnątrz, jest ciepło, na stole pojawiają się sery, suszone kiełbasy, oliwki, pieczywo i Pesto, do tego włoskie piwo no i oczywiście lokalne wina, wieczór mija na rozmowach, planach na jutrzejszy dzień, część idzie spać, ja około północy idę na plażę, kładę się na piasku i wsłuchuję się w delikatny szum fal, leżę tak około 30 minut, jest super. Wracam, na tarasie siedzi jeszcze parę osób, chwile przy nich siadam, trwają dyskusje o sensie istnienia Grupy DGN, nie włączam się w te rozmowy,  zmęczenie bierze górę, schodzę do naszego pokoju który znajduje się tak jakby w piwnicy i kładę się spać, jest około 1.30, szybko zasypiam.

 

Dzień 2 | Rezerwat Zingaro

Wstaję o 8.30, w nocy przeszła burza, śpiąc w piwnicy  nawet jej nie słyszałem, Marek z Wojtkiem spali w hamakach na balkonie i nie zdążyli się schować, ich rzeczy są przemoczone, trzeba będzie trochę przeorganizować spanie żeby wszyscy jednak pomieścili się w środku. Kilka osób już nie śpi więc ogarniamy śniadanie i siadamy na werandzie. Sielsko, pojawia się nasz kot, karmimy go, jest jeszcze nieufny, nie daje się pogłaskać. Kiedy  wstaje reszta towarzystwa, decydujemy że pojedziemy do pobliskiego rezerwatu Zingaro. Po 11.00 wyruszamy do rezerwatu, nie jest daleko, kilkanaście kilometrów, po drodze mijamy stado krów które zawładnęły całą jezdnią, nie ma rady trzeba odczekać swoje, zostawiamy auta na parkingu, kupujemy bilety po 5 euro i ruszamy ścieżką, z jednej strony morze, z drugiej szczyty wznoszące się na wysokość 300-600 metrów, a dookoła wspaniała śródziemnomorska roślinność, dominują palmy pierzaste(karłatki), drzewka oliwne, opuncje, agawy, bardzo duże juki, trochę wyżej rosną krzewy kaparów, miejscowa nazwa to Sycylijska Orchidea. Po nocnej burzy gleba jest wilgotna, ziemia jest koloru ceglastego i bardzo mocno klei się do butów, po kilku minutach spaceru każdy z Nas ma buty oklejone grubą warstwą ciężkiego błota. Na szczęście widoki wynagradzają tę niekomfortową sytuację, pierwszy przystanek to maleńka kamienista plaża, do której trzeba zejść po kamienno-błotnych schodach. Plaża niewielka, nie ma nikogo, tylko nasza grupa, rozbieramy się i wskakujemy do wody, cieplutka, kilkanaście minut pływania, szybkie suszenie i ruszamy dalej. Po rezerwacie jest wytyczone kilka ścieżek o różnej długości, naszym celem jest Grota dell Uzzo, po drodze mijamy dość duże opuncje na których wygrzewają się spore jaszczurki.

Po około 30 minutach docieramy do groty, jest wysoka, przepiękna, w jej zakamarkach gnieżdżą się ptaki, według badań archeologicznych około 10 000 lat temu żył w niej człowiek.

Kilkanaście minut na odpoczynek, zdjęcia, rozmowy i ruszamy w drogę powrotną, nie idziemy jednak tą samą drogą, mijamy mały budynek w którym zorganizowana jest wystawa sprzętów rolniczych i różnego rodzaju wypieków. Po zwiedzeniu ekspozycji ruszamy dalej, mijamy drzewka oliwne pełne owoców, znowu bardzo dużo jaszczurek, niektóre aż pozują do zdjęć :) Przed wejściem do aut każdy czyści buty mocno oblepione kleistą ziemią, to była szybka wycieczka, po 15.00 jesteśmy już w domu, szybkie jak na 13 osób przebranie się i idziemy coś zjeść, niestety jest sjesta, prawie wszystko pozamykane, trafiamy do jednej otwartej knajpki Delfin, tym razem na stół trafiają makarony, obsługa dosyć ślamazarna a jedzenie daje wiele do życzenia, już wiemy że do tej knajpy na pewno nie będziemy wracać. Idziemy na plażę, kupiliśmy wino Prosecco więc je wypijemy żeby szybciej strawiło się niezbyt dobre jedzenie. Na otarcie łez  idziemy do cukierni Pasticeria Capriccio, i wiecie co ? trafiliśmy do Cukierniczego Raju !!! ceny nie wygórowane a wyroby genialne, cannolo (grube rurki wypełnione serem ricotta) oraz Cassata siciliana (biszkopt, ser ricotta, masa migdałowa i owoce kandyzowane) będą mi się śnić po nocach :) Będę tutaj wracał, a najlepiej jak bym w ogóle nie opuszczał tego miejsca.  Wracając na kwaterę zachodzimy do marketu, szybkie zakupy na wieczór i idziemy do domu, gdzie jesteśmy przed 19.00. Siadamy na werandzie, rozmowy o wszystkim i o niczym, piwo sycylijskie Messina, lokalne wina a także lokalna wódka Grappa, do tego sery i wędliny. Oprócz naszego kota który już się trochę oswoił pojawiał się drugi, też został nakarmiony :) Dzwonię do domu, opowiadam jak minął dzień, następny telefon do Oli, Ci co mnie znają, wiedzą że to już taki mój rytuał. Przy stole zapadają decyzje co do jutrzejszego dnia, chcemy (Ja, Aga, Monika i Damian) wyjść w nocy i zobaczyć wschód słońca ze szczytu Monte Monaco a także zjeść tam śniadanie, a co kto Nam zabroni :) szykujemy prowiant na śniadanie, gotujemy jajka, żeby rano nie tracić czasu, robi się już późno ale nie chce się jeszcze spać, wieczór ciepły,  pomału ekipa się wykrusza, ja, jak się decyduję że idę spać jest 1.20. kilka osób jeszcze nie kładzie się spać, nocne DGN-ów rozmowy. Szybki prysznic i do łóżka, sprawdzam czy mam ustawiony budzik, będzie dzwonił za 2 godziny i 6 minut :(

 


Dzień 3 | Monte Monaco + odpoczynek

Budzik dzwoni 3.30, ja przecież nie zdążyłem jeszcze dobrze zasnąć :( leże jeszcze kilka minut, nasłuchuję, słyszę jak inni zaczynają wstawać więc też zwlekam się z łóżka. Szybki chłodny prysznic na rozbudzenie i około 4.20 z czołówkami wychodzimy z domu. Chwilę idziemy przez miasto, następnie drogą która zaprowadza nas do budynku gdzie jest sporo psów które robią jazgot na całą okolicę, niestety trochę pobłądziliśmy ,wracamy i trafiamy na właściwy szlak. Pniemy się pomału pod górę, jest ciemno i ciepło, w oddali widzimy świecące w ciemności oczy, to stado krów które staramy się jakoś obejść bokiem. Kilka minut po 6.00 jesteśmy na szczycie, chwilę czekamy, zaczyna świtać, wyciągamy jajka, pomidory, pesto, bułki i jemy śniadanie na szczycie góry, nigdy jeszcze tego nie robiliśmy :) po śniadanku, piwko, Messina. Na szczycie jest metalowy krzyż, a pod nim skrytka, w której jest zeszyt do którego wpisują się ludzie, którzy tutaj weszli,  znajduję w nim wpis moich Przyjaciół którzy byli tutaj 12 października, czyli jakieś 3 tygodnie temu, zostawiamy w skrytce butelkę piwa, niech jakiś spragniony wędrowiec się napije :). Wreszcie przed 7.00 wschodzi słońce z morza, niesamowity widok jak się stoi ponad 500 metrów nad poziomem morza. Robimy zdjęcia, wieje lekki ale chłodny wiatr, decydujemy się na zejście, zbieramy śmieci po sobie i w drogę, natrafiamy na stado krów, które mijaliśmy w drodze na szczyt, pasą się na zboczu góry. Buty znowu mamy oblepione ziemią, więc na dole pierwsze co robimy to doprowadzamy je do porządku, następnie karmimy osły które znajdują się za płotem.  W domu jesteśmy po 9.00, część już wstała, szykują śniadanie i jadą się wspinać, my idziemy się wykąpać do morza. Są spore fale, szalejemy dobre 30 minut a następnie odpoczywamy na ręcznikach też dobre 30 minut.

Na dzisiaj już nie planujemy żadnych wyjazdów więc odpoczynek. Po powrocie w domu zastajemy tylko Boba, reszta pojechała się wspinać, robimy sobie około godzinną drzemkę, następnie kawka, około 13.00 wraca Marek z Wojtkiem. Zbieramy się całą siódemką i idziemy na miasto coś zjeść, trafiamy do małej knajpki, właściciele miło się Nami zajmują, wino, lokalne specjały, makarony, grillowane bakłażany i co najważniejsze wszystko bardzo smaczne, mimo że rachunek był dosyć wysoki, warto było. Zaglądamy do kościoła który stoi przy głównej ulicy, ciekawa architektura, jest nawet małe zejście do podziemi, bardzo ciekawy ołtarz z płaskorzeźbą która przedstawia  trochę inaczej Jezusa. Po wyjściu z kościoła idziemy na kawę i lody, oj brzusio rośnie. Następnie plaża, kąpiel, woda cieplutka, lecz wieje delikatny wiaterek więc nie bardzo można  leżakować, wracamy więc do domu, z plaży to jakieś 3- 5 minut spacerem. Przebieramy się, reszta nie wróciła jeszcze ze wspinu, po małej lampce wina, Bob zostaje żeby trochę popracować, przygotowuje jakąś prelekcją na sympozjum, a my ( Ja, Aga, Monika, Damian, Marek i Wojtek ) idziemy obkupić się w pamiątki, tutaj też większość sklepów pozamykana więc wybór niewielki, po zakupach kupujemy wino i decydujemy się żeby pójść w stronę latarni morskiej, musimy obejść całą zatokę i maleńki port więc w okolice latarni dochodzimy po ciemku. Siadamy na kamieniach na plaży, otwieramy winko, latarnia ma 3 promienie, chyba pierwszy raz taka widzę, obserwujemy jak światło muska budynki przy zatoce, pojawia się jakiś kot, daje się głaskać, wręcz domaga się tego. Po około 30 minutach i 3 butelkach wina zbieramy się w drogę powrotną. Po drodze rozmawiam z Olą prze telefon. W domu już są wszyscy, wrócili ze wspinaczki i są po kolacji, siadamy na werandzie, dzisiaj delikatnie tylko jakieś piwko. Rozmawiamy jak minął dzień, dokarmiamy koty które zjawiły się jak nas tylko usłyszały, ten który był u nas pierwszy, wchodzi już na kolana, szybko załapał co jest dla niego dobre.  Planujemy jutrzejszy dzień, ekipa wspinaczkowa oczywiści rusza w skały.  Bardzo wczesno ranne, a prawie nocne wstawanie dzisiaj zrobiło swoje, około 22.30 idę spać. Dość szybko zasypiam. Niestety w nocy budzę się pogryziony przez komary, wszystko mnie swędzi, leżę i nasłuchuję, normalnie boję się zasnąć.

 

Dzień 4 | Monte Cofano

Wstaję o 8.00, na początek szybka kąpiel w morzu, jest tak blisko że idę w samych kąpielówkach, na boso, tylko z ręcznikiem, wracam. Śniadanie, kawa i około 9.30 jedziemy z Damianem, Moniką i Agą w stronę Monte Cofano, musimy dojechać do miejscowości Cornino, zajmuje nam to na wąskich i krętych drogach około 30 minut, po 10.00 zostawiamy auto na małym parkingu, jesteśmy w Rezerwacie Monte Cofano, idziemy ścieżką, mijamy Grotta Mangiapane ze skansenem etnograficznym, lecz nie zaglądamy (a szkoda bo po powrocie trochę poczytałem i okazało się fajne miejsce, no cóż, może kiedyś tu wrócę) Idziemy dalej, mijamy skały w których jest pełno wspinaczy, ścieżka zaczyna piąć się delikatnie w górę, góra z tej perspektywy jest ogromna, wznosi się na wysokość 659 metrów nad poziomem morza które mam za plecami. Jak tak patrzę to ogarnia mnie trochę strach, będzie ostro pod górę, mijamy krowy które pasą się wśród małych palm, ścieżka robi się coraz węższa i pnie się coraz bardziej w górę, dochodzimy do skał, tutaj już jest ostro w górę, szukamy czerwonych kropek które wyznaczają szlak, każdy z Nas szuka dogodniejszego podejścia, nie okłamujmy się, nie ma takiego, trzeba wbijać pazury w skały i piąć się do góry, i tak około 100 metrów, dochodzimy do miejsca gdzie jest przyczepiona lina po której trzeba wejść ponad 10 metrów po skale, nie wierzę takim linom, lecz nie ma innej drogi, więc posiłkując się linom wchodzę na skałę, tutaj już lekkie nachylenie do szczytu, idziemy, podziwiamy widoki, około 11.20 jesteśmy na szczycie :) jest jeden chłopak, siedzi i czyta książkę. Zrzucamy plecaki, podziwiamy widoki, robimy zdjęcia, wyciągamy po piwku, zasłużyliśmy :) Jest też tutaj skrytka, wpisujemy się w zeszyt, oglądamy co ludzie tutaj zostawiają, są wizytówki, magnes na lodówkę, prezerwatywa, jakieś bilety, 1 dolar, zapalniczka, zostawiamy naszą wlepę DGN, chwila odpoczynku i schodzimy w dół.

Poniżej liny trochę gubimy drogę wśród skał, każdy z Nas schodzi inną drogą, trochę na czuja, na szczęście wszystkim się udaje. Jesteśmy na ścieżce poniżej skał, schodzimy dalej, dochodzimy do rozwidlenia, nie wracamy jednak do samochodu , tylko skręcamy w lewo i ruszamy w dół, wiedzie tędy szlak okrążający Monte Cofano, po drodze mijamy,  na szczęście już nieżywego gada, ma ponad metr długości, moi znajomi opowiadali że widzieli dosyć sporo takich węzy wśród skał, trzeba będzie bardziej patrzeć pod nogi. Nie dochodzimy jednak do morza, ścieżka zaczyna się piąć z powrotem pod górę, dochodzimy do rozwidlenia które znajduję się nad sporą grotą, my odbijamy w prawo, przechodzimy przez grotę i ruszamy w dół, w stronę morza. Ścieżka wije się wśród skałek i małych palm, nie dochodzi jednak do morza, wije się nad nim, w dole widzimy rafy zbudowane ze skorupek ślimaków i innych skorupiaków, są one bardzo ostre. Dochodzimy do płaskorzeźby św. Mikołaja, jest tutaj ławeczka i fajny klif w dole. Idziemy dalej, następny postój to kapliczka Krucyfiksu, gdzie znajduje się drewniany krzyż, objęty lokalnym kultem, przy kapliczce jest Grota Krucyfiksu, długa na około 23 metry. Krótki postój i ruszamy dalej, kilkanaście minut i jesteśmy przy wieży św. Jana, na wybrzeżu Sycylii jest sporo takich wież, był to system umocnień który chronił wyspę przed atakami piratów już pod koniec XVI wieku. Wieża jest zamknięta, więc idziemy dalej, po lewej stronie mamy górę przypominającą narzucony na głowę kaptur (stąd nazwa Cofano) a po prawej morze Tyrreńskie, po następnych kilkunastu minutach marszu docieramy do pierwszych zabudowań Cornino, teraz tylko odnaleźć parking i zaparkowany tam samochód. odnajdujemy parking, za płotem pasie się koń, Monika próbuje go karmić, ruszamy z powrotem, po około 30 minutach jesteśmy w domu, nikogo nie ma, przebieramy się i idziemy się wykąpać do morza, kąpiel szybka, beż plażowania. W domu chwila odpoczynku i idziemy w czwórkę na pizzę, jest około 16.30 pizzeria zamknięta, koleś z obsługi mówi że otwierają dopiero o 19.00, nie będziemy czekać do tej godziny.

Idziemy do marketu który na szczęście jest otwarty, więc tak na szybko do ręki na miejscu Arancino (kulka ugotowanego ryżu z mozzarellą, obtoczona w panierce i smażona na głębokim oleju ) a do domu dania na patelnię, jedno to kuskus z warzywami, drugie to mix warzyw, mieszamy to razem i wychodzi nawet dobre danie, do tego Frizante lokalne białe wino lekko musujące. Siadamy z kolacją na werandzie, zaczyna wracać reszta ekipy ze wspinu, ostrzegamy ich że większość knajp na mieście jest pozamykana. Nam już nie chce się nigdzie wychodzić, mamy jakieś sery, suche kiełbasy, oliwki, pesto, paluchy, no i do tego piwko, jakieś likiery które kupiliśmy z Damianem. Przychodzą koty, ten jeden już jest tak oswojony że sam wchodzi na kolana i domaga się głaskania. Najlepsze w tym wszystkim są te wieczorne spotkania, przez cały dzień każdy robi to na co ma ochotę a wieczorem wszyscy siadają razem i rozmawiają, większość informacji które wiem o moich znajomych pochodzą właśnie z takich wieczornych spotkań na wyjazdach. Kot dzisiaj wyjątkowo upodobał sobie moje kolana, jest niepocieszony jak go kładę na krześle i idę zadzwonić do domu i Oli, czeka na mnie cierpliwie jak wrócę. Przy stole plany na jutrzejszy dzień, zagorzali wspinacze nie odpuszczają i wybierają się w skały, część z Nas chce się wybrać na grań którą widać z miasteczka.

Tak trochę się zastanawiam, jadąc na ten wyjazd kupiłem nowe buty w jednym z marketów ( nie będę podawał nazwy ), po dzisiejszym dniu popękały podeszwy, ciekawe czy wytrzymają do końca wyjazdu? Około 24 idę spać, część ekipy jeszcze siedzi. Kładę się, sprawdzam czy nie ma komarów, nie widać tych małych krwiopijców, zasypiam. W nocy znowu budzę się pogryziony, ja pier…. Jak mnie wszystko swędzi, chowam się pod poszewkę od kołdry i próbuję zasnąć.

 

Dzień 5 | Monte Acci + Grań + Monte Monaco (raz jeszcze)

Wstajemy o 7.20 z Markiem, Moniką i Agą, idziemy się wykąpać w morzu, są duże fale więc zamiast pływać kilkunastominutowe szaleństwo na falach, wracamy, szykujemy śniadanie i około 9.30 ruszamy dwoma autami w 6 osób, Ja, Monika, Aga, Damian, Marek i Wojtek w górki. Jedziemy autami w stronę rezerwatu Zingaro, zostawiamy auta jednak wcześniej przy kamiennym moście i ruszamy pod górę szutrową drogą, mijamy spore stado krów po drodze, trochę z obawą, bo są tam też młode byczki, na szczęście nie zwracają na nas uwagi. Na przełęczy robimy krótki odpoczynek i dalej w górę, po drodze napotykam modliszkę, następny przedstawiciel fauny nie spotykany u nas, wchodzimy na Monte Acci 827 m, z lewej strony Rezerwat Zingaro, z prawej widok na Monte Cofano w oddali, a za plecami San Vito z górującą nad nim Monte Monaco. Wieje zimny wiatr więc schodzimy do przełęczy, jest tu droga w stronę rezerwatu, a w drugą stronę mała ścieżka która prowadzi na grań. Ja z Damianem decydujemy się iść w górę, reszta schodzi do aut,  planują dzisiaj plażowanie. Ruszamy, wąska ścieżka, miejscami całkowicie zarośnięta jakimiś ostami, mamy krótkie spodenki więc nogi są niemiłosiernie  podrapane, widać że prawie nikt tutaj nie chodzi, a szkoda bo widoki fantastyczne, tylko ten wiatr trochę psuje atmosferę, z pod nóg uciekają jaszczurki, uważnie patrzymy czy nie ma też jakiś większych gadów. Dochodzimy do skalistego szczytu na który wchodzimy, jest za nim drugi tylko ciężko jest się na niego dostać, schodzimy trochę w dół, szukamy dogodnej drogi, po chwili jednak odpuszczamy, jak byśmy na niego weszli to z drugiej strony jest pionowa ściana z której nie ma zejścia i musielibyśmy wracać. W dół też nie jest łatwo, nie ma żadnej ścieżki, prawie pionowe skały, warunki trudniejsze jak wczoraj na Monte Cofano, idziemy na czuja szukając dogodnego zejścia, chwilami mam obawy czy to był dobry pomysł, skały są naprawdę wymagające. Udaje nam się wreszcie zejść ze skał, jest dalej stromo, ale można prawie spokojnie iść.

Widzimy w skale jaskinię, postanawiamy do niej podejść, są dwa wejścia jedno duże, za którym znajduje się dość duża komnata i jakby legowisko pełne kości, wychodzimy, wspinamy się do drugiego wejścia które znajduje się ponad 2 metry od podstawy skały, wejście malutkie ale za to ogromna komnata wewnątrz, piękna sprawa, wychodzimy i ruszamy dalej, nie ma możliwości wejść z powrotem na górę, więc schodzimy w dół do drogi którą widzimy w oddali, schodząc znajduję kolec jeżozwierza, nawet nie wiedziałem że żyją tutaj. Trudne strome zejście zajmuje nam ponad 30 minut, przed wejściem na drogę mijamy jeszcze opuszczony kamieniołom, bardzo dużo takich w okolicy. Chwila odpoczynku i idziemy drogą pod górę, kieruje się ona w stronę Monte Monaco, mijamy jakieś niewielkie zabudowania  pasterskie i dom pod którym stoi samochód terenowy, ma ktoś wyobraźnię żeby tutaj mieszkać. Dochodzimy do ścieżki którą wchodziliśmy 2 dni temu na szczyt, chwila zastanowienia, patrzymy na zegarki i decydujemy się wejść jeszcze raz na Monte Monaco,  po jakiś 15 minutach jesteśmy na szczycie. Nie uwierzycie, stoi tam piwo które zostawiliśmy 2 dni temu, czyżby nie było spragnionego wędrowca? Wypijamy je z Damianem, robimy zdjęcia, Alpik też pozuje do zdjęć, ostatnio go zapomniałem, odpoczywamy na kamieniach, jest sielsko, nigdzie się Nam nie spieszy, tylko jeszcze powrót do domu, żadnego łażenia po górkach. Schodzimy w dół, w pewnym momencie dołącza do Nas stado krów, idziemy tak razem kilka minut, takie nietypowe towarzystwo, stado jednak stwierdza że nie bardzo do siebie pasujemy i zostaje przy małym wodopoju, my idziemy dalej. Buty pomału się kończą, zastanawiam się z czego zrobili podeszwę, chyba z gumy do żucia :( jakoś dojdę do domu, choć czuję pod stopami każdy, nawet najmniejszy kamyczek. Po 15 minutach jesteśmy na dole, niedaleko drogi, widzimy jak podjeżdża Monika po którą wcześniej dzwonił Damian.

Chwilę jeszcze obserwujemy jak miejscowi zbierają oliwki, jedni robią to tradycyjnie czyli kilka osób jest na drabinach, pod drzewem rozłożona drobniutka plastikowa siatka, trzęsą gałęziami i oliwki spadają na siatkę. Z drugiej strony na małej przyczepce stoi agregat prądotwórczy, facet w rękach trzyma urządzenie z wysięgnikiem, który wibruje po uruchomieniu, nie musi skakać po drabinie, stoi na ziemi, tylko przykłada wysięgnik do gałęzi i włącza urządzenie a oliwki spadają też na przygotowaną pod drzewem siatkę. Podchodzimy jeszcze do osłów które karmiliśmy 2 dni wcześniej.  Witamy się z Moniką i jedziemy do domu. Aga szykuje obiad, nie chce pomocy więc wykorzystujemy z Damianem tę chwilę i idziemy nad morze, fale jeszcze większe niż rano, kilkanaście minut szaleństwa na wzburzonych falach, jak dzieci :)  Wracamy, już jest obiad, siadamy na werandzie, kuskus i warzywa na patelni, Aga jeszcze coś do tego pododawała, pyszności. Po obiedzie relaksik przy piwku, fajnie jest tak sobie posiedzieć po intensywnym dniu, oczywiści zjawia się „nasz ‘’ kot, jest już tak przyzwyczajony do pieszczoch, że ciekawe co będzie jak my opuścimy Sycylię. Zaczynają wracać inni ze wspinu, robią sobie jedzenie, siadają na werandzie, zapada decyzja że idziemy do cukierni na ciacha :) Każdy kupuje ciacha nie patrząc na ilość kalorii, wychodzimy na zewnątrz, są tam ławeczki siadamy i delektujemy się słodkościami, wychodzi Pani która nas obsługiwała, chwilę obserwuje, woła w głąb sklepu i po chwili przychodzi dziewczyna, przynosi plastikowe kubki i częstuje nas winem, taka Sycylijska gościnność :)  Zasłodzeni ciachami idziemy na kawę do małej knajpki przy promenadzie, trzeba przyznać że podają tu naprawdę dobrą kawę i mają spory wybór, teraz to już jest sielsko i anielsko. Wracamy krętymi uliczkami prawie pustego miasteczka, wchodzimy jeszcze do sklepiku po jakieś pamiątki, miasteczko po sezonie jest naprawdę puste, fajny czas jak ktoś lubi ciszę i spokój.

W domu siadamy na werandzie, po słodkościach nikt już nie ma ochoty na jakieś przekąski więc tylko delektujemy się alkoholami, musujące Frizante dobrze robi po ciasteczkowym obżarstwie. Rozmowy, opowieści, dyskusje, zabawa z kotem, wieczorny rytuał, czas miło płynie, jest ciepło, po 1.00 idziemy spać.

Oczywiście w nocy znowu budzę się zaatakowany przez komary, trudno się przed nimi bronić, jakoś muszę wytrwać do rana, oj to będzie ciężka noc :(

 


Dzień 6 |  Nadmorski klif

Budzę się o 7.20, niestety komary w nocy harcowały, więc jestem totalnie niewyspany, w domu cicho, wszyscy śpią, idę wziąć kojący prysznic na bąble po komarach, idę na werandę, reszta pomału zaczyna wstawać. Marek proponuje wypad na plażę, idziemy w 5 osób, Damian, Monika, Marek i Aga, wieje lekki wiaterek od lądu, nie ma wcale fal, kilkanaście minut kąpieli, pogoda rewelacyjna, ciepło, a  przecież to już listopad. Po powrocie śniadanie, kawka i nie bardzo wiemy co robić, nie chcemy nigdzie jechać, taki lajtowy dzień. Część ekipy jednak jedzie się wspinać ja z Moniką i Damianem postanawiamy iść w stronę latarni i potem brzegiem aż nogi zabolą :) około 10.00 wychodzimy, mijamy plażę, i po kilkunastu minutach jesteśmy pod latarnią, niedaleko są resztki jakiś fortyfikacji, odwiedzamy zniszczony schron.  Brzeg jest tutaj uformowany ze skał i rafy powstałej z muszelek i skorupiaków, nawet nie ma szans żeby podejść do wody, na mapie są zaznaczone jakieś groty więc idziemy w tamtym kierunku, po kilkunastu minutach dochodzimy do jednej, mogła by służyć za fajne schronienie tylko trzeba by trochę zamieść podłoże. Otwieramy po piwku, mamy kilka w plecakach :)  siadamy i delektujemy się widokami.

Ruszamy dalej, na skałach zaczynają się drogi wspinaczkowe, widać żądnych przygód wspinaczy, docieramy do następnej groty, ta jest ogromna, a wewnątrz poprowadzone są drogi wspinaczkowe, jest kilkanaście osób, i o dziwo sami Polacy.

Jednak ten kierunek jest modny gdy u Nas w kraju zimno i ponuro, obserwujemy prze chwilę zmagania jednej dziewczyny, wielki szacuj za to co robiła w tej skale, nie tracimy jednak czasu, ruszamy dalej, kończy się ścieżka. Trzeba iść po skałach, miejscami bardzo ostrych, idziemy uważnie, wypatrując dogodnych przejść, robi się gorąco, słońce plus odkryte skały robią swoje, siadamy w cieniu ogromnego głazu i otwieramy po następnym piwku, idę robić zdjęcia z flagą Mieroszowa i Alpikiem, fale fantastycznie rozbijają się na skałach. Po kilkunastu minutach ruszamy dalej, szukamy miejsca gdzie moglibyśmy się wykąpać. Niestety nic na razie nie widać, mijamy pastwisko z owcami, pilnuje ich pies, na szczęście jest dosyć daleko, leży w cieniu jakiegoś krzewu, widzimy jak między kamieniami ucieka dość spory wąż, ma ponad metr długości, zaczynamy rozglądać się i uważniej patrzmy pod nogi. Dochodzimy do campingu, nad nim na skale stoi spora wieża obronna,  niestety tutaj też nie ma plaży, już pomału tracimy wiarę na kąpiel, sprawdzamy jednak mapę i podobno za jakiś kilometr powinna być zatoczka, idziemy tam z wielką nadzieją na kąpiel, mijamy zakręt, widzimy już zatoczkę, jeszcze nie jesteśmy pewni czy jest zejście do morza, podchodzimy bliżej, hura jest, widać zejście do wody. Co prawda po kamieniach i trzeba będzie uważać bo zatoczka jest wąska i otoczona skałami, a fale są dość duże, ale co tam rozbieramy się i wchodzimy, co za ulga, tego było Nam trzeba, kilka minut orzeźwienia, wychodzimy, suszymy się, nie chce się Nam jeszcze wracać, siadamy, rozmawiamy. Trzeba jednak wracać, decydujemy się na skrót wypatrzony na mapie, mijamy camping, wchodzimy na pastwisko z owcami, one na nasz widok, trochę się płoszą i wtedy do akcji rusza pies który do tej pory leżał w cieniu. Podbiega do Nas głośno szczekając i warcząc, Damian zasłania się koszulą, ja szybko ściągam plecak, w razie co będę się nim bronił, na szczęście pies odpuszcza, zrobił swoje, przegonił intruzów, obserwuje jak okrążamy jego i owce i spokojnym krokiem z sercami w gardle udajemy się w stronę ogrodzenia, przechodzimy na drugą stronę, jaka ulga, jesteśmy bezpieczni, może pies nie był duży ale na pewno byśmy odczuli jego żeby na naszych odkrytych ciałach. Wchodzimy trochę pod górę, mijamy 2 dziewczyny które uczą się wspinaczki, na skale jest wytyczona prosta droga, idziemy jeszcze kawałek i widzimy już w oddali pierwsze zabudowania San Vito, my mieszkamy na drugim końcu miasteczka więc dojście do domu zajmuje nam jakieś 50 minut. W domu nikogo nie ma,  po szybkim, zimnym piwku i idziemy do marketu na zakupy, dzisiaj na obiad kuskus, danie wegetariańskie i kotlet drobiowo – szpinakowy, niezły mix, po obiedzie ja i Monika idziemy nad morze się wykąpać, na plaży spotykamy Marka, Boba, Wojtka, Agę i Dorotę, kilkanaście minut kąpieli, morze spokojne, z wody obserwujemy zachód słońca, które zachodzi nad miasteczkiem, wychodzimy i siedzimy jeszcze dobre 20 minut na plaży, cieplutko. Wracamy do domu, większość z Nas ma ochotę na pizzę, obawiamy się jednak czy uda Nam się gdzieś ją jeszcze dostać, naprawdę już prawie wszystko pozamykane, ryzykujemy i ruszamy w miasto. Na początku niestety mały zawód, tam gdzie myśleliśmy że będzie otwarte, musieliśmy odbić się od drzwi :( idziemy i szukamy dalej, w jednej z bocznych uliczek widzimy otwartą pizzerię El Sombrero, jednak bez ludzi, ryzykujemy i wchodzimy, kelner ochoczo się Nami zajmuje, tak spora grupa, jest nas 8 osób, jest warta uwagi, uprzedza że pizze są duże więc decydujemy się że każdy zamówi pół pizzy. Jak na włoskie warunki jesteśmy mile zaskoczeni, pizza ląduje na stole po niecałych 15 minutach, dodatkowo w ramach gratisu otrzymujemy zapiekanki ziemniaczane, pizza naprawdę pyszna, każdemu smakowała.

Prawdziwa Włoska pizza, z oliwą i mieloną papryką zamiast ketchupu, jeszcze dostajemy rabat na rachunku :)  Idziemy się przespacerować po miasteczku, jest ciemno, a niektóre budynki fajnie oświetlone, spotykamy resztę Naszej ekipy, idziemy razem na kawę do sprawdzonej  już kawiarni.

Po kawie część wraca do domu a ja z Moniką Damianem, Agą, Bobem i Markiem oraz z 1,5 litrowym Frizante lądujemy na plaży, po jakiejś godzinie i rozmowach o wszystkim i o niczym idziemy do domu, na werandzie siedzi reszta ekipy, dosiadamy się, są też koty, oczywiście jeden ląduje u mnie na kolanach. Fajne są te wieczorne spotkania, dzisiaj wyjątkowo snujemy plany nie na jutrzejszy dzień ale już na następne wyjazdy, są z Nami nowe osoby, które podejrzewam też będą brały udział w następnych wyprawach. Umawiam się jeszcze z Markiem na poranną kąpiel w morzu i około 24.00 idę spać, niestety jak co noc jest atak komarów, normalnie boję się zasnąć :(

 

Dzień 7 | Palermo

Budzę się o 7.45, jeszcze przed budzikiem który ma dzwonić za 10 minut, o 8.00 jestem z Markiem umówiony na kąpiel w morzu, wyłączam budzik żeby nie budził innych w pokoju i …. przysypiam, budzę się przed 8.30, szybko wstaję, niestety jak wychodzę na górę to Marek akurat wraca z nad morza :(  Wszyscy jeszcze śpią więc idę sam, duże fale, na plaży nikogo, wchodzę do wody, która przynosi ulgę po ugryzieniach komarów, kilkanaście minut samotnej kąpieli, tylko jeden pan przygląda mi się z promenady, wychodzę i już tradycyjnie na boso idę do domu. Kilka osób już wstało, robimy śniadanie, na zewnątrz się chmurzy, na dzisiaj zapowiadali opady deszczu.

Decydujemy się że w 6 osób z Wojtkiem, Dorotą, Moniką, Markiem i Damianem jedziemy do Palermo, ruszamy przed 12.00 na dwa auta, przed Nami ponad 100 kilometrów drogi, nie zawsze fajnej i szerokiej.

W Palermo jesteśmy około 13.30 i tutaj zaczyna się naprawdę jazda bez trzymanki, ulice są zakorkowane, kierowcy nie używają kierunkowskazów, niestety nie udaje nam się zjechać w jeden zjazd i musimy sporo nadrabiać, jak wreszcie dostajemy się w okolice centrum, jest problem ze znalezieniem miejsca parkingowego, ja jadę z Damianem i Moniką, drugie auto w tym całym zamieszaniu się zagubiło ( albo to myśmy się zagubili? ) zaczyna jeszcze padać deszcz, na szczęście udaje Nam się zaparkować w bocznej uliczce. Mimo że są zakazy zatrzymywania się, nie ma gdzie postawić auta, tyle stoi samochodów, wszędzie, na balkonie stoi kobieta, wychodzę z auta i pytam się czy możemy tutaj stać, potwierdza że tak. Stoimy pod balkonem, Damian kontaktuje się z Markiem gdzie oni są, w pewnym momencie pani z balkonu proponuje nam parasolkę, co za niesamowity gest :) Marek, Wojtek i Dorota są niedaleko w kafejce, idziemy do nich, a następnie wszyscy ruszamy na zwiedzanie miasta. Idziemy wąskimi uliczkami, w kierunku Katedry, to ogromna budowla, połączenie kilku stylów, duży, ładny plac, gdyby nie padający deszcz, można by wejść na dach, oglądamy ją z zewnątrz a następnie wchodzimy do środka, robi wrażenie. Po wyjściu okazuje się że na szczęście przestało padać, idziemy przez bardzo ładny park w stronę Palazzo del Normanni, pałac obchodzimy tylko z zewnątrz, stoi przed nim pomnik – makieta łodzi z uchodźcami z Afryki. Zauważam że jeżdżą tutaj nietypowe taksówki, trzykołowe, zabudowane motorki z miejscem dla kierowcy i dwóch osób z tyłu. My kierujemy się w stronę Katakumb Kapucynów, są to umiejscowione w podziemiach klasztoru katakumby w których na przestrzeni kilku stuleci umiejscowiono ponad 8 tysięcy mumii, wszystkie z nich są ubrane i wystawione do zwiedzania. Początkowo w XVI w mumifikowano tylko zakonników, następnie za dopłatą zaczęto mumifikować bogatych kupców i mieszczan. Najmłodszą zmumifikowaną osobą jest 2 letnia dziewczynka która zmarła w latach 20 XX wieku, jest ułożona w szklanej trumnie i wygląda jakby spała. Przejście całych katakumb zajmuje nam kilkadziesiąt minut, ale wszyscy jakoś odetchnęli z ulgą jak wreszcie opuściliśmy podziemia klasztoru. Niesamowity a zarazem straszny widok, nie można było robić zdjęć, nawet nie odważył bym się ich robić ( jak ktoś chce obejrzeć katakumby to w Internecie jest dużo zdjęć :(). Lekko przygaszeni nie mamy już ochoty na dalsze zwiedzanie, jest przed 16.00 idziemy coś zjeść do ulicznego baru, szybka obsługa, jedzenie na wynos, typowe street foody, po zaspokojeniu głodu ruszamy w stronę aut, przechodzimy jeszcze uliczkami starego miasta, aż docieramy do auta, jest późne popołudnie ruch na ulicach ogromny, Damian zastanawia się czy wyjedziemy, Monika nawiguje, ja też mam oczy dookoła głowy, włoscy kierowcy nie są zbyt uprzejmi, nie lubią wpuszczać innych, albo my nie mamy zbytniej pewności siebie, jakoś udaje się nam po kilkunastu minutach opuścić ścisłe centrum. Po następnych kilkunastu minutach jesteśmy już na przedmieściach, ruch tutaj mniejszy, przed nami ponad 100 kilometrów drogi. Mimo że nie pada, pogoda fatalna, albo my się przyzwyczailiśmy do słońca przez ten tydzień pobytu :) około 18.00 jesteśmy w domu, to już ostatni dzień pobytu, więc szybkie pakowanie, ostatnie zakupy i około 20.00 siadamy na werandzie, oczywiście z Nami kot, który czuje się jak u siebie, szykujemy posiłek z tego co Nam zostało, kroimy ostatnie sery, wędliny, oliwki, pesto i pieczywo, wypijamy też ostatnie alkohole, a jest tego jeszcze sporo i to bardzo różnych :) spać idziemy około 23.00, rano trzeba wcześnie wstać.

 

Dzień 8 | Powrót :(

Wstajemy o 5.00 ostatnie pakowanie, jakieś szybkie śniadanie, ogólne sprzątanie domu, masakra ile jest śmieci, kot kręci się między plecakami, z chęcią bym go zabrał ze sobą do domu. Pakujemy plecaki do aut i około 7.00 ruszamy na lotnisko, tam zostajemy a kierowcy jadą odstawić auta do wypożyczalni, wracają busem z wypożyczalni, odprawa, żegnamy się z Agą która leci do Rzymu a stamtąd do Londynu. My wsiadamy do samolotu, wylot mamy o 10.00 , bez żadnych niespodzianek lądujemy we Wrocławiu, na lotnisku żegnam się z większością, i z Dyziem i Martyną jadę do centrum, następnie w  pociąg i po kilkudziesięciu minutach jestem w Wałbrzychu, a potem busem i już dom, cało i bezpiecznie moja kolejna wyprawa się zakończyła :)

Wyjazd mimo że się nie wspinałem był intensywny, takie lubię. Poznałem nowe osoby, z kilkoma starymi znajomymi bardziej się poznałem, fajne rozmowy z Agą i Bobem. Monika i Damian, z Nimi naprawdę fajnie się z żyłem, super towarzysze podróży. Dyzio, Martyna,  Marek i Wojtek kolejny wspólny wyjazd, nie pierwszy zresztą. Nowo poznani Janusz i Marek, miłośnicy wspinaczki,  wieczorne rozmowy z Nimi to coś czego będzie mi brakować, no i jeszcze Piotrek, który  może o wspinaniu rozmawiać cały czas i Jego żona Dorota, dziewczyna która się fantastycznie odnalazła w Naszym DGN-owym towarzystwie. Już mam chrapkę na następne wyjazdy :)

Wielkie Dzięki za ten wyjazd.

No i jeszcze jedna taka mała lekcja dla mnie na koniec, nie kupuje się  butów w marketach :(

 


KOSZTY

Bilet lotniczy: Wrocław – Palermo  – Wrocław 360 zł

Taksówka na dworzec: 17 zł

Bilety na pociąg: Wałbrzych – Wrocław – Wałbrzych 33 zł

Wynajęcie domu w San Vito: 306 zł na osobę na cały pobyt

Wynajęcie auta, wspólne zakupy: około 150 euro na osobę

 


GALERIA

 

Najnowsze komentarze

  • Beata powiedział(a) Więcej
    Super! Bardzo inspirujące są Twoje dzienniki! Dziękuję :D czwartek, 20 sierpień 2020
  • Marcin Flieger powiedział(a) Więcej
    GRATULUJĘ! Nagroda w pełni zasłużona za lata promocji Gminy Mieroszów na całym świecie! Wielkie BRAWA również... czwartek, 06 czerwiec 2019
  • Ewa Tracewska powiedział(a) Więcej
    Super jak zawsze  piątek, 30 listopad 2018
  • Damian powiedział(a) Więcej
    To ja dziękuję za tak wspaniałą ekipę ! ;)) Czym byłaby Korsyka bez was, i przy waszych ohhhhah i ahhhach i tak se... piątek, 30 listopad 2018
  • Monika powiedział(a) Więcej
    WOW :D środa, 28 listopad 2018