Spis treści

Dzień 6 |  Nadmorski klif

Budzę się o 7.20, niestety komary w nocy harcowały, więc jestem totalnie niewyspany, w domu cicho, wszyscy śpią, idę wziąć kojący prysznic na bąble po komarach, idę na werandę, reszta pomału zaczyna wstawać. Marek proponuje wypad na plażę, idziemy w 5 osób, Damian, Monika, Marek i Aga, wieje lekki wiaterek od lądu, nie ma wcale fal, kilkanaście minut kąpieli, pogoda rewelacyjna, ciepło, a  przecież to już listopad. Po powrocie śniadanie, kawka i nie bardzo wiemy co robić, nie chcemy nigdzie jechać, taki lajtowy dzień. Część ekipy jednak jedzie się wspinać ja z Moniką i Damianem postanawiamy iść w stronę latarni i potem brzegiem aż nogi zabolą :) około 10.00 wychodzimy, mijamy plażę, i po kilkunastu minutach jesteśmy pod latarnią, niedaleko są resztki jakiś fortyfikacji, odwiedzamy zniszczony schron.  Brzeg jest tutaj uformowany ze skał i rafy powstałej z muszelek i skorupiaków, nawet nie ma szans żeby podejść do wody, na mapie są zaznaczone jakieś groty więc idziemy w tamtym kierunku, po kilkunastu minutach dochodzimy do jednej, mogła by służyć za fajne schronienie tylko trzeba by trochę zamieść podłoże. Otwieramy po piwku, mamy kilka w plecakach :)  siadamy i delektujemy się widokami.

Ruszamy dalej, na skałach zaczynają się drogi wspinaczkowe, widać żądnych przygód wspinaczy, docieramy do następnej groty, ta jest ogromna, a wewnątrz poprowadzone są drogi wspinaczkowe, jest kilkanaście osób, i o dziwo sami Polacy.

Jednak ten kierunek jest modny gdy u Nas w kraju zimno i ponuro, obserwujemy prze chwilę zmagania jednej dziewczyny, wielki szacuj za to co robiła w tej skale, nie tracimy jednak czasu, ruszamy dalej, kończy się ścieżka. Trzeba iść po skałach, miejscami bardzo ostrych, idziemy uważnie, wypatrując dogodnych przejść, robi się gorąco, słońce plus odkryte skały robią swoje, siadamy w cieniu ogromnego głazu i otwieramy po następnym piwku, idę robić zdjęcia z flagą Mieroszowa i Alpikiem, fale fantastycznie rozbijają się na skałach. Po kilkunastu minutach ruszamy dalej, szukamy miejsca gdzie moglibyśmy się wykąpać. Niestety nic na razie nie widać, mijamy pastwisko z owcami, pilnuje ich pies, na szczęście jest dosyć daleko, leży w cieniu jakiegoś krzewu, widzimy jak między kamieniami ucieka dość spory wąż, ma ponad metr długości, zaczynamy rozglądać się i uważniej patrzmy pod nogi. Dochodzimy do campingu, nad nim na skale stoi spora wieża obronna,  niestety tutaj też nie ma plaży, już pomału tracimy wiarę na kąpiel, sprawdzamy jednak mapę i podobno za jakiś kilometr powinna być zatoczka, idziemy tam z wielką nadzieją na kąpiel, mijamy zakręt, widzimy już zatoczkę, jeszcze nie jesteśmy pewni czy jest zejście do morza, podchodzimy bliżej, hura jest, widać zejście do wody. Co prawda po kamieniach i trzeba będzie uważać bo zatoczka jest wąska i otoczona skałami, a fale są dość duże, ale co tam rozbieramy się i wchodzimy, co za ulga, tego było Nam trzeba, kilka minut orzeźwienia, wychodzimy, suszymy się, nie chce się Nam jeszcze wracać, siadamy, rozmawiamy. Trzeba jednak wracać, decydujemy się na skrót wypatrzony na mapie, mijamy camping, wchodzimy na pastwisko z owcami, one na nasz widok, trochę się płoszą i wtedy do akcji rusza pies który do tej pory leżał w cieniu. Podbiega do Nas głośno szczekając i warcząc, Damian zasłania się koszulą, ja szybko ściągam plecak, w razie co będę się nim bronił, na szczęście pies odpuszcza, zrobił swoje, przegonił intruzów, obserwuje jak okrążamy jego i owce i spokojnym krokiem z sercami w gardle udajemy się w stronę ogrodzenia, przechodzimy na drugą stronę, jaka ulga, jesteśmy bezpieczni, może pies nie był duży ale na pewno byśmy odczuli jego żeby na naszych odkrytych ciałach. Wchodzimy trochę pod górę, mijamy 2 dziewczyny które uczą się wspinaczki, na skale jest wytyczona prosta droga, idziemy jeszcze kawałek i widzimy już w oddali pierwsze zabudowania San Vito, my mieszkamy na drugim końcu miasteczka więc dojście do domu zajmuje nam jakieś 50 minut. W domu nikogo nie ma,  po szybkim, zimnym piwku i idziemy do marketu na zakupy, dzisiaj na obiad kuskus, danie wegetariańskie i kotlet drobiowo – szpinakowy, niezły mix, po obiedzie ja i Monika idziemy nad morze się wykąpać, na plaży spotykamy Marka, Boba, Wojtka, Agę i Dorotę, kilkanaście minut kąpieli, morze spokojne, z wody obserwujemy zachód słońca, które zachodzi nad miasteczkiem, wychodzimy i siedzimy jeszcze dobre 20 minut na plaży, cieplutko. Wracamy do domu, większość z Nas ma ochotę na pizzę, obawiamy się jednak czy uda Nam się gdzieś ją jeszcze dostać, naprawdę już prawie wszystko pozamykane, ryzykujemy i ruszamy w miasto. Na początku niestety mały zawód, tam gdzie myśleliśmy że będzie otwarte, musieliśmy odbić się od drzwi :( idziemy i szukamy dalej, w jednej z bocznych uliczek widzimy otwartą pizzerię El Sombrero, jednak bez ludzi, ryzykujemy i wchodzimy, kelner ochoczo się Nami zajmuje, tak spora grupa, jest nas 8 osób, jest warta uwagi, uprzedza że pizze są duże więc decydujemy się że każdy zamówi pół pizzy. Jak na włoskie warunki jesteśmy mile zaskoczeni, pizza ląduje na stole po niecałych 15 minutach, dodatkowo w ramach gratisu otrzymujemy zapiekanki ziemniaczane, pizza naprawdę pyszna, każdemu smakowała.

Prawdziwa Włoska pizza, z oliwą i mieloną papryką zamiast ketchupu, jeszcze dostajemy rabat na rachunku :)  Idziemy się przespacerować po miasteczku, jest ciemno, a niektóre budynki fajnie oświetlone, spotykamy resztę Naszej ekipy, idziemy razem na kawę do sprawdzonej  już kawiarni.

Po kawie część wraca do domu a ja z Moniką Damianem, Agą, Bobem i Markiem oraz z 1,5 litrowym Frizante lądujemy na plaży, po jakiejś godzinie i rozmowach o wszystkim i o niczym idziemy do domu, na werandzie siedzi reszta ekipy, dosiadamy się, są też koty, oczywiście jeden ląduje u mnie na kolanach. Fajne są te wieczorne spotkania, dzisiaj wyjątkowo snujemy plany nie na jutrzejszy dzień ale już na następne wyjazdy, są z Nami nowe osoby, które podejrzewam też będą brały udział w następnych wyprawach. Umawiam się jeszcze z Markiem na poranną kąpiel w morzu i około 24.00 idę spać, niestety jak co noc jest atak komarów, normalnie boję się zasnąć :(

 

Dzień 7 | Palermo

Budzę się o 7.45, jeszcze przed budzikiem który ma dzwonić za 10 minut, o 8.00 jestem z Markiem umówiony na kąpiel w morzu, wyłączam budzik żeby nie budził innych w pokoju i …. przysypiam, budzę się przed 8.30, szybko wstaję, niestety jak wychodzę na górę to Marek akurat wraca z nad morza :(  Wszyscy jeszcze śpią więc idę sam, duże fale, na plaży nikogo, wchodzę do wody, która przynosi ulgę po ugryzieniach komarów, kilkanaście minut samotnej kąpieli, tylko jeden pan przygląda mi się z promenady, wychodzę i już tradycyjnie na boso idę do domu. Kilka osób już wstało, robimy śniadanie, na zewnątrz się chmurzy, na dzisiaj zapowiadali opady deszczu.

Decydujemy się że w 6 osób z Wojtkiem, Dorotą, Moniką, Markiem i Damianem jedziemy do Palermo, ruszamy przed 12.00 na dwa auta, przed Nami ponad 100 kilometrów drogi, nie zawsze fajnej i szerokiej.

W Palermo jesteśmy około 13.30 i tutaj zaczyna się naprawdę jazda bez trzymanki, ulice są zakorkowane, kierowcy nie używają kierunkowskazów, niestety nie udaje nam się zjechać w jeden zjazd i musimy sporo nadrabiać, jak wreszcie dostajemy się w okolice centrum, jest problem ze znalezieniem miejsca parkingowego, ja jadę z Damianem i Moniką, drugie auto w tym całym zamieszaniu się zagubiło ( albo to myśmy się zagubili? ) zaczyna jeszcze padać deszcz, na szczęście udaje Nam się zaparkować w bocznej uliczce. Mimo że są zakazy zatrzymywania się, nie ma gdzie postawić auta, tyle stoi samochodów, wszędzie, na balkonie stoi kobieta, wychodzę z auta i pytam się czy możemy tutaj stać, potwierdza że tak. Stoimy pod balkonem, Damian kontaktuje się z Markiem gdzie oni są, w pewnym momencie pani z balkonu proponuje nam parasolkę, co za niesamowity gest :) Marek, Wojtek i Dorota są niedaleko w kafejce, idziemy do nich, a następnie wszyscy ruszamy na zwiedzanie miasta. Idziemy wąskimi uliczkami, w kierunku Katedry, to ogromna budowla, połączenie kilku stylów, duży, ładny plac, gdyby nie padający deszcz, można by wejść na dach, oglądamy ją z zewnątrz a następnie wchodzimy do środka, robi wrażenie. Po wyjściu okazuje się że na szczęście przestało padać, idziemy przez bardzo ładny park w stronę Palazzo del Normanni, pałac obchodzimy tylko z zewnątrz, stoi przed nim pomnik – makieta łodzi z uchodźcami z Afryki. Zauważam że jeżdżą tutaj nietypowe taksówki, trzykołowe, zabudowane motorki z miejscem dla kierowcy i dwóch osób z tyłu. My kierujemy się w stronę Katakumb Kapucynów, są to umiejscowione w podziemiach klasztoru katakumby w których na przestrzeni kilku stuleci umiejscowiono ponad 8 tysięcy mumii, wszystkie z nich są ubrane i wystawione do zwiedzania. Początkowo w XVI w mumifikowano tylko zakonników, następnie za dopłatą zaczęto mumifikować bogatych kupców i mieszczan. Najmłodszą zmumifikowaną osobą jest 2 letnia dziewczynka która zmarła w latach 20 XX wieku, jest ułożona w szklanej trumnie i wygląda jakby spała. Przejście całych katakumb zajmuje nam kilkadziesiąt minut, ale wszyscy jakoś odetchnęli z ulgą jak wreszcie opuściliśmy podziemia klasztoru. Niesamowity a zarazem straszny widok, nie można było robić zdjęć, nawet nie odważył bym się ich robić ( jak ktoś chce obejrzeć katakumby to w Internecie jest dużo zdjęć :(). Lekko przygaszeni nie mamy już ochoty na dalsze zwiedzanie, jest przed 16.00 idziemy coś zjeść do ulicznego baru, szybka obsługa, jedzenie na wynos, typowe street foody, po zaspokojeniu głodu ruszamy w stronę aut, przechodzimy jeszcze uliczkami starego miasta, aż docieramy do auta, jest późne popołudnie ruch na ulicach ogromny, Damian zastanawia się czy wyjedziemy, Monika nawiguje, ja też mam oczy dookoła głowy, włoscy kierowcy nie są zbyt uprzejmi, nie lubią wpuszczać innych, albo my nie mamy zbytniej pewności siebie, jakoś udaje się nam po kilkunastu minutach opuścić ścisłe centrum. Po następnych kilkunastu minutach jesteśmy już na przedmieściach, ruch tutaj mniejszy, przed nami ponad 100 kilometrów drogi. Mimo że nie pada, pogoda fatalna, albo my się przyzwyczailiśmy do słońca przez ten tydzień pobytu :) około 18.00 jesteśmy w domu, to już ostatni dzień pobytu, więc szybkie pakowanie, ostatnie zakupy i około 20.00 siadamy na werandzie, oczywiście z Nami kot, który czuje się jak u siebie, szykujemy posiłek z tego co Nam zostało, kroimy ostatnie sery, wędliny, oliwki, pesto i pieczywo, wypijamy też ostatnie alkohole, a jest tego jeszcze sporo i to bardzo różnych :) spać idziemy około 23.00, rano trzeba wcześnie wstać.

 

Dzień 8 | Powrót :(

Wstajemy o 5.00 ostatnie pakowanie, jakieś szybkie śniadanie, ogólne sprzątanie domu, masakra ile jest śmieci, kot kręci się między plecakami, z chęcią bym go zabrał ze sobą do domu. Pakujemy plecaki do aut i około 7.00 ruszamy na lotnisko, tam zostajemy a kierowcy jadą odstawić auta do wypożyczalni, wracają busem z wypożyczalni, odprawa, żegnamy się z Agą która leci do Rzymu a stamtąd do Londynu. My wsiadamy do samolotu, wylot mamy o 10.00 , bez żadnych niespodzianek lądujemy we Wrocławiu, na lotnisku żegnam się z większością, i z Dyziem i Martyną jadę do centrum, następnie w  pociąg i po kilkudziesięciu minutach jestem w Wałbrzychu, a potem busem i już dom, cało i bezpiecznie moja kolejna wyprawa się zakończyła :)

Wyjazd mimo że się nie wspinałem był intensywny, takie lubię. Poznałem nowe osoby, z kilkoma starymi znajomymi bardziej się poznałem, fajne rozmowy z Agą i Bobem. Monika i Damian, z Nimi naprawdę fajnie się z żyłem, super towarzysze podróży. Dyzio, Martyna,  Marek i Wojtek kolejny wspólny wyjazd, nie pierwszy zresztą. Nowo poznani Janusz i Marek, miłośnicy wspinaczki,  wieczorne rozmowy z Nimi to coś czego będzie mi brakować, no i jeszcze Piotrek, który  może o wspinaniu rozmawiać cały czas i Jego żona Dorota, dziewczyna która się fantastycznie odnalazła w Naszym DGN-owym towarzystwie. Już mam chrapkę na następne wyjazdy :)

Wielkie Dzięki za ten wyjazd.

No i jeszcze jedna taka mała lekcja dla mnie na koniec, nie kupuje się  butów w marketach :(

 

Najnowsze komentarze

  • Beata powiedział(a) Więcej
    Super! Bardzo inspirujące są Twoje dzienniki! Dziękuję :D czwartek, 20 sierpień 2020
  • Marcin Flieger powiedział(a) Więcej
    GRATULUJĘ! Nagroda w pełni zasłużona za lata promocji Gminy Mieroszów na całym świecie! Wielkie BRAWA również... czwartek, 06 czerwiec 2019
  • Ewa Tracewska powiedział(a) Więcej
    Super jak zawsze  piątek, 30 listopad 2018
  • Damian powiedział(a) Więcej
    To ja dziękuję za tak wspaniałą ekipę ! ;)) Czym byłaby Korsyka bez was, i przy waszych ohhhhah i ahhhach i tak se... piątek, 30 listopad 2018
  • Monika powiedział(a) Więcej
    WOW :D środa, 28 listopad 2018