Spis treści

Czy można wejść na 8604 m w tydzień?

Alpy 31.07.2018 – 08.08.2018

Wrażenia i przemyślenia
Klaudiusz Cezar Słomczyński

 

Dzień 1 | Wyjazd, dojazd do Grainau

Wstaję o  6.00, sprawdzam czy wszystko spakowane, śniadanie i  zostało tylko czekanie na przyjazd Maćka i Rafała. W międzyczasie szukam Majki, mojej kotki która nie lubi jak wyjeżdżam z domu, znajduje się dosłownie przed przyjazdem chłopaków :)

Przyjeżdżają chłopaki Rafała autem, Maćka znam z pracy i z zeszłorocznego wyjazdu we dwoje w Słowackie Tatry, wiem co mogę się po Nim spodziewać. Rafała nie znam, jest kolegą Maćka, a ja często tak mam że dopiero na wyjazdach poznaję ludzi J Niestety na początku mały zgrzyt, auto jest tak zapakowane że nie wiem czy się zmieszczę, a oprócz mojego plecaka jest jeszcze namiot, lina, kuchenka i gaz, czyli rzeczy które będą Nam niezbędne na wyjeździe. Udaje się jednak jakoś upchać, więc w drogę jest godz. 9.00 czyli godzinny poślizg. Chcemy się dzisiaj dostać do Grainau, miasteczka na Bawarii leżącego u podnóża Zugspitze ( 2962 m )najwyższej góry Niemiec, która jest naszym celem.

600 kilometrów przed nami w okropnym upale, na szczęście po niemieckich autostradach więc szybko pokonujemy kilometry. Przejeżdżając przez Bawarię widzimy pola chmielu, niekończące się pola po horyzont, prawdziwe bogactwo tego regionu, dziękuję za Paulanera J  Około 16.30 – 17.00 jesteśmy na miejscu. Znajdujemy camping, meldujemy się, znajomość niemieckiego przez Maćka jest ogromnym plusem :)

Rozkładamy namiot , warunki dobre cena 30 euro od osoby za 2 dni, jest miejsce na samochód, prysznice z ciepłą wodą i Aldik z piwem w odległości 40 – 50 m. Dookoła piękne góry, w takiej scenerii smakuje kolacja, jutro zapowiada się super pogoda, obserwujemy gwiazdy, wspominamy zeszłoroczny wyjazd z Maćkiem w Tatry, czas szybko płynie a my jutro musimy wstać wcześnie rano, czeka nas wejście na najwyższą górę Niemiec. Po 22.00 idziemy spać. Mi kłębią się myśli, jutro czeka mnie nowe doświadczenie, jeszcze nie chodziłem po takich górach, zastanawiam się czy dam radę.

 

 

Dzień 2 | Zugspitze

Pobudka o 5.00, jest zimno i strasznie mokro od rosy, a wygląda jak by padał deszcz. Szykujemy śniadanie, nie śpieszymy się, po śniadaniu jeszcze kawa i dopiero przed 7.00 wychodzimy.

Idziemy przez miasteczko w stronę szlaku, oglądam alpejską zabudowę, lubię oglądać lokalne budownictwo i wzornictwo domów. Po pastwiskach chodzą krowy z dzwonkami na szyjach i całą okolicę wypełniają przyjemne dla ucha dźwięki dzwonków.

Wchodzimy na szlak, i po jakimś czasie dochodzimy do wąwozu Hollentalklamm. Wejście kosztuje  5 euro, idziemy w górę w górę wąwozu jakieś 2 -3 km po drewnianych kładkach, przejściach wykutych w skale i metalowych mostkach. Wąwóz jest dosyć głęboki więc nie dochodzi tutaj słońce i jest chłodno, dookoła jeszcze kapiąca woda więc czuję się jak by cały czas padał deszcz. Piękne widoki płynącej wąwozem rzeki wodospady, kaskady i skalne ściany rekompensują niedogodności związane z wilgocią, jedna jak opuszczamy wreszcie wąwóz i widzimy w oddali schronisko robi się jakoś raźniej na duszy J  W schronisku Hollentalangerhutte robimy małą przerwę na słodycze i witaminki.

Ruszamy dalej widzimy już szczyt Zugspitze, ale widzę że przed nami jeszcze długa droga, zaczynam żałować że tak zwlekaliśmy z wyjściem rano, nauczka na przyszłość L Jest niesamowicie gorąco, żadnej chmury na niebie, nie będzie lekko. Po około 30 – 40 minutach dochodzimy do miejsca gdzie szlak jest zabezpieczony stalową liną (Via ferrata ). Zakładamy uprząż, lonżę i zaczynamy wspinaczkę, przed nami kilka osób. Dochodzimy do ściany gdzie trzeba przejść kilkadziesiąt merów po wbitych w skałę metalowych prętach mając pod nogami kilkudziesięciometrową przepaść. Przechodzimy po kolei wpinając się s linę lonżą. Niesamowite uczucie, myślałem że to najtrudniejsze miejsce na szlaku, jak się pomyliłem L Idziemy dale pod górę, szlak zaczyna się miejscami mocno wspinać po skałach, aż wychodzimy na wywłaszczenie i dochodzimy do wodospadu który wypływa z lodowca znajdującego się kilkaset metrów wyżej. Krótka przerwa na zdjęcia, na ten wyjazd zabrałem maskotkę którą pokazuję dzieciom na prelekcjach, będę jej robił zdjęcia, może wyjdzie z tego coś fajnego :) Pniemy się pod górę kamiennym rumowiskiem gdzie jest niesamowicie gorąco, dochodzimy do lodowca który jest mocno rozmoczony, zakładamy raki i następne metry w górę.

Lodowiec dochodzi do pionowej ściany i  zaczynam się zastanawiać gdzie są ludzie którzy szli przed nami, nigdzie ich nie widzę a ściana pnie się pionowo do góry. Zaczynam zadawać sobie pytanie czy nie powinienem się wycofać L mam lęk wysokości a ekspozycje są jak dla mnie przerażające. Wiem jednak że moim powrotem namieszam w zespole.  Więc kilka głębokich oddechów i wpinam się w stalową linę, ustalamy że Maciek idzie pierwszy, ja drugi a Rafał trzeci. Po przejściu kilkudziesięciu metrów mam serce w gardle L dochodzę do miejsca gdzie trzeba pokonać ostry zakręt i trochę zawisnąć nad przepaścią. Rozmowa z Maćkiem trochę mnie uspokaja i dodaje otuchy, pokonuję ten zakręt i idziemy dalej, niestety im wyżej tym trudniej, lecz nie poddaję się  ( a ciężko było ) nie rozglądam się jednak, wiem że uciekają mi fantastyczne widoki ale jestem mocno skupiony na linie i przepinaniu lonży.

Gdzieś tam wysoko ukazuje się cel naszej wędrówki  ( dlaczego tak daleko :( ) wiem że tam dzisiaj wejdę, nie ma innej opcji, następne bariery pokonane a uczucie euforii ogromne.

Ok. schodzimy na ziemię przede mną jeszcze bardzo długa droga, trzeba się skupić. Kilkadziesiąt metrów przed szczytem droga zaczyna prowadzić między skałami i rezygnuję z używania lonży, robi się trochę łatwiej ale zmęczenie robi swoje już minęło 7 godz. od wyjścia z campingu. Jak na złość przed samym szczytem nachodzi chmura i nie będzie widoków L

Jakieś 20 – 30 metrów przed szczytem  zostaję trochę z tyłu, zmęczony ale szczęśliwy, i jak to mam w zwyczaju dziękuję w duchu za szczęśliwe wejście i za to że się udało, nie ukrywam że uroniłem kilka łez, dobrze że okulary przeciwsłoneczne ukryły czerwone oczy i chłopaki się nie skapowali :)

Na szczycie robimy zdjęcia przy krzyżu, gdzie podchodzi kilka osób ubranych w tradycyjne stroje bawarskie, są to weselnicy którzy wjechali kolejką żeby porobić sobie zdjęcia .

Ogarniamy bilet na dół kolejką linową, niestety nie udaj nam się zjechać koleją zębatą której trasa wiedzie przez specjalnie wykuty tunel, może innym razem. Dzwonię do Oli, mówię gdzie jestem i że jest bezpiecznie, wypijamy zasłużone piwko a kufel z logiem szczytu zasila moją kolekcję kufli która ciągle się powiększa :)

Na szczycie żyje stado Wieszczek, są to ptaki z rodziny krukowatych które zamieszkują wysokie partie gór ( powyżej 1800 m ) są tak oswojone i ufne do ludzi że karmię je z ręki ciastkami :)

Zjeżdżamy na dół kolejką linową, tam przesiadamy się w kolej zębatą, mamy do przejechania kilka stacji lecz niestety wysiadamy o jedną stację za szybko i czeka nas dłuższy spacer do campingu L Na campingu kąpiel, obiad i plany na następne dni, lekka euforia po dzisiejszym dniu podnosi poprzeczkę i podejmujemy decyzję że jedziemy pod Mont Blanc J, wiem nie do końca to rozważne ale żyjmy chwilą :) Zmęczenie jest ogromne więc szybko idziemy spać. Ja jak zwykle zanim zasnę analizuję miniony dzień, dołożyłem do moich osiągnięć następny szczyt, nie był łatwy tym bardziej się cieszę że się udało. Pomału dochodzi do mnie że to moje  „ chodzenie ‘’ po górach zamienia się w coś więcej, zamienia się w pasję i to jest przepiękne. Podejrzewam że zasypiam z Wielkim Uśmiechem na ustach :)

 

 

Dzień 3 | Do Francji

Wstajemy około 7.00, śniadanie pakowanie i ustalamy że jedziemy do Chamonix, droga wiedzie przez Szwajcarię więc trzeba będzie kupić winietę ( całe 35 euro na rok J ) jest strasznie gorąco, nawet nie robimy dłuższych postojów, dopiero nad jeziorem Genewskim dłuższy postój. Jazda zajmuje nam prawie cały dzień, dopiero około 18.30 – 19.00 do miejscowości Les Houches i tam na campingu rozbijamy namiot. Możemy  tutaj zostawić samochód na kilka dni, to fajna wiadomość. Piękny widok na cały masyw Mont Blanc, widać też schronisko Gouter, pogoda super, jemy jakąś kolację i pakujemy się na jutrzejsze wyjście. Widząc tę górę robi mi się dziwnie, stoję pod najwyższą górą Europy i w głowie mi puka młoteczek „ koleś stoisz przed ogromnym wyzwaniem ‘’. Dzwonię do Mamy i mało się nie wygadałem, sam jeszcze nie wiem czy spróbuję zdobyć Mont Blanc, więc nie chcę ich denerwować.  Po terenie kręci się grupa Polaków z butelkami wina w ręku, nie chcemy się integrować więc staramy się ich unikać, jeden z nich podchodzi do nas i zaczynamy rozmawiać, nie udało im się zdobyć szczytu ale po rozmowie wnioskuję że mocno wszystko zignorowali, nie zrobili aklimatyzacji i zbyt lekko podeszli do tego, są z Wrocławia a najwyżej gdzie do tej pory byli to Karkonosze i Śnieżka.

Emocje duże, ale jutro czeka nas naprawdę trudny dzień, idziemy spać. Leżę i myślę czy też jestem taki nierozważny jak ta grupa z Polski, byłem już w wysokich górach ale zawsze był ktoś bardziej doświadczony, teraz to ja w naszym 3 osobowym zespole mam największe doświadczenie w wysokich górach. Boję się tej odpowiedzialności, będę musiał pogadać z chłopakami. Mam już trochę wyrobione zdanie i każdym z Nich.

Zasypiam w cieniu najwyższej góry Europy.

 

 

Najnowsze komentarze

  • Marcin Flieger powiedział(a) Więcej
    GRATULUJĘ! Nagroda w pełni zasłużona za lata promocji Gminy Mieroszów na całym świecie! Wielkie BRAWA również... czwartek, 06 czerwiec 2019
  • Ewa Tracewska powiedział(a) Więcej
    Super jak zawsze  piątek, 30 listopad 2018
  • Damian powiedział(a) Więcej
    To ja dziękuję za tak wspaniałą ekipę ! ;)) Czym byłaby Korsyka bez was, i przy waszych ohhhhah i ahhhach i tak se... piątek, 30 listopad 2018
  • Monika powiedział(a) Więcej
    WOW :D środa, 28 listopad 2018
  • Iga powiedział(a) Więcej
    Też Cię kocham Braciszku :*
    Dzięki za przypomnienie tego wyjazdu. Przepiękne miejsce i fantastyczni ludzie.... środa, 14 listopad 2018