Spis treści

Będzie o tym jak chciałem kupić mapę Czarnogóry, a dostałem Montenegro ;)

Termin: 9-16 października 2018 r.

Pomysł na Czarnogórę padł jakiś czas temu, bilety w dwie strony z Wrocławia kosztowały 188 zł, szkoda było nie skorzystać, podobają mi się Bałkany, a w Czarnogórze jeszcze mnie nie było. Do końca nie było wiadomo kto jedzie, a i tak na miejscu się okazało, że mamy jeszcze jednego towarzysza podróży, ale o tym w dalszej części dziennika, zapraszam do lektury.

 

Dzień 1 | Podróż

Tym razem jadę pod lotnisko samochodem, wyjeżdżam po 12.30, po drodze wstępuję na chwilę do Oli. Około 14.30. jestem na parkingu niedaleko lotniska, cena to 40 zł za tydzień, podwożą pod lotnisko i zabierają z powrotem po przylocie. Na lotnisku jestem pierwszy, czekam na resztę, Dorota dzwoni, że może się spóźnić ;). Około 15.30. zjawia się Ania, nie znamy się, widzimy się pierwszy raz, razem przechodzimy odprawę, zjawia się Dorota, a już baliśmy się że nie zdąży. W samolocie czekamy ponad 40 minut nie wiadomo, dlaczego, za to jest trochę wolnych miejsc więc udaje nam się usiąść razem. W Podgoricy jesteśmy przed 20.00. Nie dajemy zarobić taksiarzom, idziemy na piechotę w stronę miasta, to jakieś 3 km i próbujemy łapać stopa. Kręci się koło nas pies, idzie z nami, dogania nas Polak, przyleciał sam, chwilę idzie z nami, ale odbija na pustkowie koło lotniska mówi, że rozbije sobie tutaj namiot. My idziemy dalej, nic nie udaje nam się złapać, za jakieś 1,5 km będziemy w mieście, mijamy boisko, gdzie spora grupa dzieciaków gra w kosza, niby nie powinno dziwić, a jednak. Dogania nas następny chłopak, też Polak, i też sam, co to jakaś wycieczka singli? Mateusz, bo tak ma na imię mówi, że słyszał, jak rozmawialiśmy pod lotniskiem i postanowił do nas zagadać.  Zgadza się dołączyć do naszej trójki, my mamy namiot czteroosobowy więc się pomieścimy, a w większej grupie raźniej.  Razem docieramy do sklepu, robimy zakupy, łapiemy transport do hostelu za 8 euro, jedziemy ponad 15 minut, kierowca mówi po serbsku, to język podobny do rosyjskiego a może jeszcze bardziej komunikatywny, fajnie się rozmawia. W Hostelu nocleg za 6 euro, nie jest źle. Dzwonię do domu, że już dotarliśmy i wszystko jest ok. Spotykamy parę Polaków, Natalia i Radek, ich sposób na życie to podróże, mają stronę w-drodze.pl. Siedzimy na zewnątrz, jest ciepło, dokarmiamy koty które się kręcą koło nas, pijemy wino, fajnie się nazywa „Moje Wino", jemy granaty które dosłownie rosną nam nad głowami, rozmawiamy. Podróżują już tak kilka lat z krótkimi powrotami do Polski, nie odważyłem się zapytać z czego żyją. Dwójka kotów która baraszkuje obok nas dopada się do puszki po tuńczyku, tylko filmy kręcić :) Z racji tego, że lubię piwo, więc nie mogłem sobie odmówić miejscowego trunku, jedyny browar w Czarnogórze to Nikśićko. Jest już po 1.00, idziemy spać.

 

 

Dzień 2 | Podgorica – Żabljak

Wstajemy po 8.00. śniadanie robimy na tarasie, siedzą z nami Natalia i Radek, oni zostają jeszcze w Podgoricy, a my chcemy się dostać do Żabljaka, miasteczka u podnóża gór Durmitor. Po śniadaniu plecaki na plecy i idziemy w stronę dworca autobusowego, po drodze widzę na ścianie napis po serbsku „Kosowo jest Serbskie”, czyli taki bałkański kocioł. Docieramy do dworca, sprawdzamy autobusy do Żabljaka, idę kupić mapę i tu śmieszna sytuacja. Pytam się czy jest mapa Czarnogóry a pani w sklepie mi mówi, Yes of course Montenegro, ja uparcie chcę Czarnogóry, ona znowu Yes of course Montenegro czuję, że coś jest nie tak, chyba walnąłem gafę, biorę co mi podaje, płacę i wychodzę z mapą Crna Gora – Montenegro :) nie miałem pojęcia, że Czarnogóra to Montenegro, czyli też tak można. Kolega później mi powiedział, że jak bym oglądał piłkę nożną to bym wiedział ;) Idziemy do sklepu po jakieś piwo i wino, następnie wchodzimy do kawiarni na miejscowy przysmak, burek, jest to coś ala francuskie ciasto, a w środku ser lub mięso, i do tego gęsty owczy jogurt, który je się łyżeczką.
W Czarnogórze są dwie linie kolejowe i jedna z nich dojeżdża do Nikśića, to miasto po drodze do Żabljaka więc decydujemy się na podróż pociągiem. Jazda trwa trochę ponad godzinę, ale już widać, że wjeżdżamy w małe górki. W Nikśiću, łapiemy busa do Żabljaka i następne kilkadziesiąt minut w podróży. Na miejscu jesteśmy około 17.00. to miasto jest najwyżej położone w Czarnogórze, leży na wysokości 1450 m. i już czuć chłodne powietrze. Na początek chcemy coś zjeść a dokładniej Kaczamak, regionalną potrawę, jest już po sezonie, ale trafiamy do regionalnej restauracji, gdzie serwują nam tę potrawę. Są to uformowane kulki z mąki kukurydzianej i mleka, ugotowane, podawane ze słonym serem, masłem i bardzo gęstą owczą śmietaną, w smaku takie nijakie. 
 

 

Po posiłku idziemy do sklepu na zakupy, chcemy spędzić w górach dwa dni i musimy się jakoś obkupić. Jak wychodzimy z marketu jest już ciemno, chcemy dotrzeć do Czarnego Jeziora, to takie miejscowe Morskie Oko :) Mamy około 3 kilometrów, robi się już naprawdę zimno. Docieramy do jeziora, szukamy miejsca pod namiot, po jakiś 20 minutach znajdujemy niedaleko brzegu w krzakach dosyć fajne miejsce i rozbijamy namiot, musimy się tak rozbić żeby za bardzo nie było nas widać, jest to teren Parku Narodowego i nie można tu biwakować. Lokujemy się w namiocie, jest zimno, na rozgrzewkę popijamy wino, nagle w oddali słyszymy odgłos zbliżającego się samochodu, gasimy czołówki i nasłuchujemy, auto zatrzymuje się gdzieś niedaleki, ktoś wysiada, po 2-3 minutach wsiada z powrotem i odjeżdża, czujemy się jak dzieci na koloni :) Po 21.00. idziemy spać, w nocy strasznie zimno, ciągnie od jeziora które jest kilka metrów od namiotu. Kilka razy w nocy się budzę z zimna, czekam na nadejście świtu. Temperatura spada do około -5 stopni.  

 

Dzień 3 | Góry Durmitor

Wstaję z Mateuszem około 6.30. chcę wyjść z namiotu, ale ciężko się rozpina zamek, namiot cały sztywny, wilgoć z nad jeziora osiadła i na namiocie gruba warstwa szronu. Za to na zewnątrz widok przepiękny, rozbijaliśmy się po ciemku, więc nie widzieliśmy dokładnie, gdzie stawiamy namiot. Jesteśmy kilka metrów od brzegu jeziora, nad taflą unosi się mgiełka, na szczytach na jeziorem już widać pierwsze promienie słońca. Jest lekki mróz, wszystko dookoła oszronione, dookoła jeziora rosną świerki, ale wyżej widać buki, których liście przybrały piękne jesienne barwy. Trochę przypomina mi to kolory Bieszczadzkiej jesieni. Dziewczyny jeszcze śpią, my z Mateuszem, stoimy niedaleko namiotu i widzimy jak w naszą stronę zbliża się terenowy samochód, pierwsza myśl to straż parku, mamy na sobie czerwone ciuchy więc nawet nie próbujemy się chować, jakoś trzeba będzie się wytłumaczyć. Samochód zatrzymuje się kilkanaście metrów od nas, kierowca wysiada, idzie w stronę lasu, po chwili wraca, wsiada w auto i odjeżdża. Dziwna sytuacja, idę zobaczyć w tamto miejsce, jest tam jakaś skrzynka elektryczna i pod spodem słychać szum wody, jakaś przepompownia czy coś, a my myśleliśmy, że straż parku nas namierza :). Jest zimno, a nawet bardzo zimno, pierwsze promienie słońca docierają do namiotu, dziewczyny wstają, zaczynamy się pakować, namiot strasznie mokry, ale zwijamy go. Nie chcemy być tak na widoku, w oddali widać budynki, po co kusić los. Postanawiamy zajrzeć do Jaskini Tito, okrążamy jezioro, słoneczko coraz wyżej, dochodzimy do Jaskini i……. okazuje się, że jaskini nie ma, jest co prawda na skale wmurowana tablica, że w czasie wojny od 20 do 29 maja 1943 roku przebywał tutaj Tito. Wygląda to tak jak by wejście było zasypane, obeszliśmy teren dookoła, natknęliśmy się na jakieś wejście, ale nie udało nam się wejść głębiej niż 2-3 metry, odpuszczamy, idziemy nad brzeg jeziora i robimy sobie śniadanie. Dwie osoby z grupy to wegetarianie, więc królują warzywa i tuńczyk w puszce :) Po śniadaniu zapada decyzja, że idziemy w górę, więc na początek znowu idziemy brzegiem jeziora, dochodzimy do szlaku i zaczynamy nasz marsz ostro do góry. Szlak wiedzie prze bukowy las, jest bajecznie kolorowo, słońce cudownie grzeję, po około 40 minutach, mijamy linię lasu, przed nami już tylko kosodrzewiny i skały, robimy sobie krótki postój, mija nas para z Czech, idą na Bobowy szczyt, najwyższy szczyt tych gór. Po krótkiej przerwie idziemy dalej, szlak wiedzie w śród skał i kosodrzewin, dochodzimy do małej przełęczy skąd widać dolinę Lokvice i pasterskie chatki. Docieramy tam, jest po sezonie pasterskim więc dolina stoi pusta, pasterze ze stadami owiec zeszli już z gór. Robimy dłuższy odpoczynek, w ruch idą batony, kabanosy i suszone owoce, tempo naszego marszu jest spacerowe, chcemy dojść do Jaskini Lodowej, a następnie znaleźć jakieś miejsce na biwak. Ruszamy, szlak zaczyna mozolnie piąć się w górę, po około 90 minutach, dochodzimy w okolice jaskini, jeszcze jej nie namierzyliśmy, mamy nadzieję, że będzie, trochę kluczymy wśród skał, gubiąc szlak, spotykamy 2 kozice które stoją wysoko na skałach. Wreszcie jest, dochodzimy, zejście do jaskini w dół, dosyć stromo i ślisko, schodzę z Mateuszem, na dole sporo śniegu i lodu, jaskinia spora, są jakieś odgałęzienia, ale bez sprzętu nie chcemy dalej się pchać. Robimy zdjęcia i wychodzimy, jest około 16.00. zaczyna zachodzić słońce, jest coraz zimniej, w cieniu przez cały dzień utrzymuje się szron. Schodzimy w dół, mamy jakąś godzinę, zanim zrobi się ciemno, na znalezienie miejsca pod namiot, nie jest to łatwe, wszędzie pełno skał i spore nachylenie. Już w tym roku pod Elbrusem, spałem w namiocie rozbitym ma małym nachyleniu, nie chciałbym tego powtarzać :( Robi się coraz później, niedługo się ściemni, a my dalej nie mamy miejsca na biwak, dochodzimy do małego wzniesienia porośniętego kosodrzewiną i zaczynamy kluczyć między nimi, bingo, Mateusz znalazł fajne miejsce, uda się rozstawić namiot na płaskim i jest też przygotowany krąg z kamieni na ognisko. Już tutaj musiał przed nami ktoś biwakować, rozbijamy namiot, znosimy suchą kosodrzewinę, której jest sporo w okolicy i rozpalamy ognisko. Do najbliższej siedziby ludzkiej jest kilka godzin więc nie musimy chyba obawiać się straży parku. Okazuje się, że mamy mały zapas wody, nie było po drodze żadnych strumieni, więc jak zrobimy herbatę i jakąś zupkę to zostanie nam na jutro około 2 litry wody. Gorąca herbata jest pyszna, robi się coraz chłodniej, szykujemy kanapki, zupka chińska, jest dobrze :) Dzwonię do domu mówię, że wszystko u mnie porządku, taki mój rytuał, nie chce żeby moi najbliżsi się martwili więc przynajmniej raz dziennie do nich dzwonię. Lokujemy się wokół ogniska, rozmawiamy, dookoła wysokie szczyty i tylko my, czwórka wędrowców wśród oceanu skał. Mając w pamięci poprzednią noc, wszyscy cieplej się ubierają do spania, nie będzie co prawda tutaj tak wilgotno jak nad jeziorem, ale już łapie lekki mróz.

Około 20.00 Ania idzie spać, my w trójkę jeszcze zostajemy przy ognisku, jest przyjemnie ciepło, oglądamy gwiazdy, Mateusz ma aplikację, która rozpoznaje konstelacje. Czas fajnie płynie, po 22.00 idziemy do namiotu, już jest oszroniony. 

 


 

Najnowsze komentarze

  • Marcin Flieger powiedział(a) Więcej
    GRATULUJĘ! Nagroda w pełni zasłużona za lata promocji Gminy Mieroszów na całym świecie! Wielkie BRAWA również... czwartek, 06 czerwiec 2019
  • Ewa Tracewska powiedział(a) Więcej
    Super jak zawsze  piątek, 30 listopad 2018
  • Damian powiedział(a) Więcej
    To ja dziękuję za tak wspaniałą ekipę ! ;)) Czym byłaby Korsyka bez was, i przy waszych ohhhhah i ahhhach i tak se... piątek, 30 listopad 2018
  • Monika powiedział(a) Więcej
    WOW :D środa, 28 listopad 2018
  • Iga powiedział(a) Więcej
    Też Cię kocham Braciszku :*
    Dzięki za przypomnienie tego wyjazdu. Przepiękne miejsce i fantastyczni ludzie.... środa, 14 listopad 2018