Spis treści

Gruzja – gdzie to jest?

O tym jak jedzie się bez planu w nieznane i zapada się na nieuleczalną chorobę podróżowania i zdobywania szczytów.

Termin 29.08.2013 – 11.09.2013

Po powrocie z Krymu odbyłem kilka rozmów z moim przyjacielem Arturem, wypytywał jak wygląda taka podróż bez planu, na całkowitym spontanie. Po jakimś czasie oznajmił że jest gotów odbyć taką podróż i zaproponował wyjazd do Gruzji. Przyznam szczerze nie wiedziałem nawet gdzie ten kraj leży ale zgodziłem się i tak zaczęła się nasza przygoda z tym pięknym krajem. Głównym celem była góra Kazbek, pięciotysięcznik, to tak jak byśmy porwali się z motyką na słońce.

A jak to się odbyło, przeczytacie poniżej.

 

Dzień 0 | Przygotowania

Po ustaleniu że jedziemy do Gruzji i kupieniu biletów lotniczych zacząłem czytać o tym kraju, głównym pokładem wiedzy było forum o Kaukazie, książki i przewodniki. Na forum nawiązałem kontakt z Markiem który pracuje w Gruzji i też chciałby wejść na Kazbek, z jego strony mieliśmy zapewniony transport z Tbilisi do Stepancmindy, no i On przynajmniej wiedział czego się spodziewać na miejscu. Zaczęło się uzupełnianie sprzętu i ubioru, nigdy nie byłem w wysokich górach więc miałem małe (ogromne) obawy, ale wizja fajnej przygody brała górę nad zdrowym rozsądkiem. Nawiązaliśmy kontakt z firmą Mild, producentem E-papierosów, wsparli nas finansowo w zamian za kilka zdjęć z ich flagą w Gruzji, zgodziliśmy się na tę propozycję. Ekscytacja taką podróżą była ogromna, plecak po spakowaniu też okazał się ogromny, za ogromny.

 

Dzień 1 | Podróż

Około 15.00 zabiera mnie Tomek i jedziemy po Artura, przed 16.00 wyruszamy z Wałbrzycha do Wrocławia na lotnisko. Około 17.30 jesteśmy już na lotnisku, odprawa, lot do Warszawy mamy o 20. 40, więc jest trochę czasu, jest to moja pierwsza podróż samolotem więc trochę się denerwuję, nie wiem czego mam się spodziewać. Po wejściu na pokład już nie ma odwrotu, startujemy a mi serce chce wyskoczyć przez gardło, lot trwa około 40 minut a ja już wiem że polubiłem podróżowanie samolotem. Lądujemy w Warszawie, mamy jakieś 90 minut do odlotu więc idziemy na piwo, skąd tutaj takie ceny, piwo pszeniczne kosztuje 18 zł. Podczas odprawy poznajemy Marka, wpada na ostatnią chwilę, spóźnił się jego samolot z Krakowa. Artur nie podziela mojego łatwowiernego zawierania znajomości, jest nieufny. Stratujemy o 22.45 i po około 2,5 godzinie lądujemy w Tbilisi, tutaj musimy przestawić zegarki o 2 godziny do przodu więc jest przed 4 rano, odbieramy bagaże, przechodzimy przez kontrolę paszportową i jesteśmy w Gruzji, jest ciepło, żebym nie powiedział gorąco. Czeka na nas już Marka znajomy, Gruzin który zawiezie nas do Kazbegi. Po drodze wymieniamy pieniądze i ruszamy w nieznane. Jadąc samochodem zaczynam myśleć na co My się porwaliśmy, jesteśmy w obcym kraju o którym prawie nic nie wiemy, język całkowicie niezrozumiały, na szczęście trochę mówię po rosyjsku a podobno można tutaj się porozumieć w tym języku. Ale nic po za tym, jak nam się coś stanie to do kogo się zwracać, gdzie dzwonić, nawet nie sprawdziłem jakie są tutaj placówki dyplomatyczne. Przejeżdżając przez Tbilisi rzuca nam się w oczy strasznie dużo samochodów policyjnych które jeżdżą na włączonych światłach, Marek mówi że to normalne, Policja musi być po prostu widoczna a już myślałem że coś się dzieje w mieście. Zauważam że stan dróg jest gorszy niż u nas, odczułem to na własnym tył……

 

Dzień 2 | Dojazd do Kazbegi + wyjście w góry

Jedziemy z Tbilisi w stronę Kazbegi tzw. Gruzińską Drogą Wojenną, jest jeszcze ciemno ale mimo to bardzo ciepło. Na wschód słońca zatrzymujemy się nad sztucznym zbiornikiem Żinwali gdzie stoi elektrownia wodna. Pomału wstaje słońce widok niesamowity, woda bardzo czysta. Na brzegu stoi twierdza Ananuri, niestety jeszcze zamknięta, więc oglądamy ją tylko z zewnątrz. Ruszamy dalej, pomału droga zaczyna piąć się w górę, do Przełęczy Krzyżowa znajdującej się na wysokości 2379 m, jest to najwyższy punkt tej drogi. Przed przełęczą zatrzymujemy się przy dziwnej budowli, jest usytuowana na skraju urwiska, ma kształt okręgu i jest wyłożona mozaikami. Jest to pomnik Przyjaźni Rosyjsko – Gruzińskiej i przedstawia postacie z bajek rosyjskich i gruzińskich, robimy zdjęcia i ruszamy dalej, mijamy przełęcz i jak zaczynamy zjeżdżać w dół ukazuje nam się na chwilę szczyt Kazbeku, znowu zaczynam się zastanawiać na co się decyduję. Dojeżdżamy do Kazbegi, jest przed 8 rano, idziemy do wypożyczalni sprzętu i wypożyczamy raki, czekan i kupujemy gaz do kuchenki, idziemy do restauracji coś zjeść. Zamawiamy chinkali, gruzińskie pierożki nadziewane mięsem z dużą ilością kolendry, do tego piwo. Ustalamy że po śniadaniu ruszamy w górę, po drodze zachodzimy jeszcze do sklepu, kupujemy butelkę wina i wodę, starszy pan który nas obsługuje zamiast kasy ma liczydło i na nim liczy, szkoda że nie zrobiłem zdjęcia. Droga wiedzie ostro pod górę, Marek wpada na pomysł żeby pójść skrótem na przełaj, nie był to jednak dobry pomysł, zmęczyliśmy się okrutnie, plecak waży ponad 25 kg, jest przed południem i okropnie gorąco, dochodzimy do kościółka na wysokości około 2200 m, jestem wykończony a to dopiero początek drogi. Chwila odpoczynku i ruszamy dalej, teraz to ja z Arturem mylimy trochę drogę i zamiast iść ścieżką idziemy po skosie przez ostro pochylone zbocze.

Nad Kazbekiem zbierają się ciemne chmury, mam nadzieję że nie będzie padało. Gdy po jakiś 40 minutach wspinania się bardzo ostro pod górę dochodzimy wreszcie do właściwej ścieżki jestem wykończony, już zdaję sobie sprawę że plecak jest za duży, idziemy jeszcze około godziny i padam ze zmęczenia, chce mi się płakać, już na samym początku dostałem taki wpierdziel że masakra, stwierdzam że nie dam rady iść dalej, Marek jest jakieś 200 metrów przed nami, Artur też wykończony więc decydujemy że rozbijamy namiot, ładnie się zaczyna, jeszcze dobrze nie zaczęliśmy a już pierwsza porażka. Robimy kolację, z grupą która schodzi z góry idzie pies, rzucam mu kabanosa i zostaje z Nami, śpi w nocy pod namiotem. Uświadamiamy sobie że zostało nam jakieś pół litra wody, mieliśmy ją uzupełnić w rzece ale tam niestety nie dotarliśmy, do kolacji wypijamy więc butelkę wina, która miała być na świętowanie po zdobyciu Kazbeku, dzwonię do Oli, chwilę rozmawiamy, nie mówię Jej o pierwszych niepowodzeniach, rozmowa rzeczowa i krótka, rozmowy są strasznie drogie, idziemy spać. Budziki ustawiamy na 5.00 rano. Długo leżę i rozmyślam, ta góra jest ogromna i teraz dopiero sobie uświadamiam jak bardzo Ją zignorowałem, wydawało mi się że jak chodziłem po Polskich górach to wszędzie będzie łatwo, niestety tak nie jest, zasypiam z ogromnymi obawami, ale też  z nadzieję że jutrzejszy dzień będzie lepszy.

 

Dzień 3 | Dojście do Meteo

Wstajemy o 5.00, składamy namiot i ruszamy do góry, po około 30 minutach dochodzimy do miejsca gdzie spał Marek, ruszamy dalej razem, dochodzimy do przełęczy skąd rozpościera się widok na Kazbek, niesamowicie wielka ta góra, zaczyna mi się podobać, ale coś mam dziwne uczucie że nie wejdę na nią, nie potrafię tego określić ale jakoś tak dziwnie to odczuwam.

Pies który spał pod naszym namiotem zakręcił się przy ludziach którzy schodzili już do Kazbegi. My po minięciu przełęczy schodzimy w dół w stronę rzeki, na brzegu szukamy miejsca gdzie możemy przejść na drugą stronę, woda wzburzona a kamienie śliskie, nie jest łatwo dostać się na drugi brzeg. Ciężki plecak to dodatkowe utrudnienie ale udaje się, na drugim brzegu robimy sobie śniadanie i uzupełniamy wodę, po około godzinie ruszamy kamienistym szlakiem pod górę, widok taki trochę księżycowy, już nie ma żadnej roślinności, nawet traw, mijamy wodospad który spada kilkadziesiąt metrów w dół i po jakiś 40 minutach docieramy do czoła lodowca. Nie wiem czemu nie zakładamy raków, wchodzimy na lodowiec, lód utrudnia marsz, jestem tak zmęczony że nie mam siły rozmawiać, idziemy w milczeniu,  Marek ma mały plecak i mocno nas wyprzedza.

Na lodowcu nie widać ścieżki, deszcz spłukał jakiekolwiek ślady i idziemy trochę na czuja, żeby jakoś się nie pogubić szukamy końskich odchodów, tędy przechodzą konie które noszą bagaże do schroniska Meteo. Logicznie myśląc konie się załatwiają i mimo że deszcz rozmywa ślady to jednak coś z tych kup zostaje, tak docieramy do krańca lodowca, widzimy z daleka jak trójka osób za szybko schodzi z lodowca i teraz muszą bardzo nadrabiać drogi. Jeszcze tylko trzeba przejść wartki strumień i jesteśmy na ostatnim bardzo ostrym podejściu pod Meteo, jestem strasznie wymęczony. Ruszamy pod górę, kamienie i piach osuwają się z pod nóg, ale jakoś pniemy się do góry, podejście jest bardzo wyczerpujące, gdy wreszcie dochodzę do schroniska jestem u kresu sił. Schronisko to była baza meteorologiczna jeszcze z czasów Związku Radzieckiego, bardzo prymitywna bez prądu i wody. Ubikacja kilkadziesiąt metrów dalej, nad stromym zboczem, po którym schodzi wielka rzeka gów..a, bez dachu, musiał go zerwać wiatr. Znajdujemy miejsce i rozkładamy namiot, jest około 16.00. Rejestrujemy nasz pobyt u obsługi schroniska, jest to strefa nadgraniczna i taki jest wymóg. Po wodę trzeba podejść kilkanaście metrów, jest specjalne miejsce skąd wypływa woda z lodowca, robimy herbatę i kolację. Przychodzą 2 dziewczyny i chłopak, którzy za szybko zeszli z lodowca, mimo że byli przed nami to przez jeden błąd doszli do schroniska 2 godziny później.  Kładziemy się tylko na chwilę, zasypiamy i nawet nie wiadomo kiedy jest już noc. Budzimy się mocno wieje, mam wrażenie że zaraz porwie nam namiot, dobrze że z jednej strony jest osłonięty ścianką z kamieni, trudno się oddycha jest mniej tlenu, to już 3600 m i jeszcze to szarpanie namiotem przez wiatr, ciężka będzie noc. Leżę i znowu nachodzą mnie myśli o Kazbeku, od samego początku  wszystko idzie nie tak, jak by to był jakiś sygnał żebym nie próbował wchodzić na Tę górę, może jednak powinienem sobie odpuścić, jutro pogadam z Arturem. Udaje mi się jakoś zasnąć, ale często się budzę i znowu zasypiam.

 

Najnowsze komentarze

  • Marcin Flieger powiedział(a) Więcej
    GRATULUJĘ! Nagroda w pełni zasłużona za lata promocji Gminy Mieroszów na całym świecie! Wielkie BRAWA również... czwartek, 06 czerwiec 2019
  • Ewa Tracewska powiedział(a) Więcej
    Super jak zawsze  piątek, 30 listopad 2018
  • Damian powiedział(a) Więcej
    To ja dziękuję za tak wspaniałą ekipę ! ;)) Czym byłaby Korsyka bez was, i przy waszych ohhhhah i ahhhach i tak se... piątek, 30 listopad 2018
  • Monika powiedział(a) Więcej
    WOW :D środa, 28 listopad 2018
  • Iga powiedział(a) Więcej
    Też Cię kocham Braciszku :*
    Dzięki za przypomnienie tego wyjazdu. Przepiękne miejsce i fantastyczni ludzie.... środa, 14 listopad 2018