Spis treści

O tym jak chciałem walczyć z lękiem wysokości podczas wspinania i jak smakuje prawdziwa Sangria :)

HISZPANIA 01.03 – 09.03 2019

Pomysł na wyjazd zrodził się u Marka, ja zdecydowałem się dosyć późno po rozmowach z Markiem jak będzie wyglądał cały wyjazd. Nie ukrywam że bałem się tego wspinania, jestem laikiem i do tego mam jeszcze lęk wysokości. Stwierdziłem jednak że trzeba spróbować, będzie co będzie, a jak było to przeczytacie poniżej.

Dzień 0 | Podróż

Zwalniam się z pracy o 18.00 i jadę pociągiem do Wrocławia, gdzie jestem po 20.00, jestem umówiony z Dorotą idziemy na pizzę i piwo a następnie jedziemy do Boba, skąd wyruszymy  2 samochodami w 9 osób, Ja, Marek, Bob, Artur, Dyzio, Krzysiek, Paweł, Michał, Piotrka zgarniemy po drodze w Kostomłotach (Sławek doleci z Londynu do Hiszpanii). U Boba są już Artur i Michał, jest około 22.00, otwieramy jakieś piwo i czekamy na resztę, do godziny 23.00 wszyscy się schodzą, pakujemy się do aut i w drogę do Berlina na Tegel skąd mamy samolot do Alicante. Po drodze zabieramy Piotrka, ja z Michałem kupujemy sobie mały zapas Soplicy i opróżniamy go w czasie jazdy, bez żadnych niespodzianek docieramy około 4.00 rano do Berlina, zostawiamy auto na parkingu w mieście niedaleko lotniska. Wylot mamy o 6.00, odprawiamy się, mamy jeszcze trochę czasu. Po wejściu do samolotu dość szybko zasypiam, nie pamiętam nawet startu, lot trwa około 2,5 godziny. Jesteśmy w Hiszpanii :)

Po nocnym opróżnianiu Soplicy mam apetyt na delikatne śniadanie.

 

Dzień 1 | Calpe

Około 8.30 lądujemy w Alicante, odbieramy bagaże i czekamy na Sławka który ma dolecieć z Londynu. Mam ochotę na hiszpańskie piwo, zamawiam więc San Miguel a do tego bagietkę z hiszpańską szynką, pyszności. Marek z Dyziem w tym czasie załatwiają auta w wypożyczalni, okazuje się że będziemy musieli dopłacić za jakieś ubezpieczenie, trudno i tak bywa, dostajemy Fiata 500 X i Dacie Duster. Dolatuje Sławek, pakujemy się do aut i w drogę, do przejechania około 60 km do miejscowości Calpe, tam mamy wynajęty dom. Po drodze robimy w markecie zakupy, a następnie stwierdzamy że szkoda dnia i ja, Marek, Piotrek Michał i Sławek zamiast do domu jedziemy się wspinać, wjeżdżamy w miasteczku na sam szczyt i dosłownie po 3 minutach marszu jesteśmy u podnóża Sierra de Toix gdzie są wytyczone drogi wspinaczkowe, każdy znajdzie tu coś dla siebie. Jest godzina 12.30, sporo czasu przed nami, w skałach jest parę osób, widoki piękne, szacuję że jesteśmy około 100 metrów na taflą morza, wieje dość mocny zimny wiatr, lecz nie przeszkadza przy wspinaniu. Ja jakoś nie za bardzo mam ochotę na spotkanie ze skałą więc kręcę się po okolicy, podziwiam widoki i robię zdjęcia. Obserwuję ptaki które gnieżdżą się w skałach i jaszczurki wygrzewające się w promieniach słońca. Podziwiam skały na których jest wytyczone bardzo dużo dróg wspinaczkowych, jest to raj dla wspinaczy, trudności różne, formacje piękne, fantastyczne miejsce, no i to morze w dole. Około 15.00 chłopaki już mają dość więc wracamy, odnajdujemy nasz dom okazuje się że jest około 10 minut na piechotę od skał :) W domu rozpakowujemy się, jest obszerny, ma parter i piętro, niestety tylko 8 miejsc w sypialniach więc 2 osoby muszą spać w salonie na kanapie, ja i Sławek decydujemy się na takie rozwiązanie, przy domu jest basen no i grill, będzie gdzie przesiadywać wieczorem. Jedziemy z Markiem i Sławkiem na zakupy, niestety do najbliższego sklepu jest około 20 minut jazdy samochodem po wąskich krętych dróżkach.

Część gdzie mieszkamy  jest położone na wzgórzu, a centrum jest ulokowane nad morzem, wszędzie drzewka pomarańczowe na których wiszą pomarańcze, niestety nie są smaczne, strasznie kwaśne. Po powrocie odpoczywamy, dzwonię do domu, opowiadam wrażenia z pierwszego dnia, część idzie na krótką drzemkę, ja ze Sławkiem siedzę na tarasie przy piwku, dawno się nie widzieliśmy, ostatni raz półtora roku temu na wyjeździe w Iranie więc jest o czym pogadać. San Miguel dobrze wchodzi podczas wspominek, robi się chłodno, wieje zimy wiatr, przenosimy się więc do środka, schodzą się inni, część była pochodzić po najbliższej okolicy, zbliża się wieczór. Rozpalamy grilla, dość mocno wieje więc nie dane nam będzie siedzieć na zewnątrz. Na ruszt lądują cienkie kiełbaski, mięso i papryka, do szklanek leje się piwko, jest super. Omawiamy plan na jutro, zapada decyzja że wszyscy idziemy się wspinać w tą okolicę co byliśmy dzisiaj. Na rozmowach schodzi nam do 1.00, umawiamy się że około 8.00 robimy śniadanie i idziemy spać. W domu jest dosyć chłodno, nie jest ogrzewany a zimny wiatr zrobił swoje, nie brałem śpiwora więc muszę zadowolić się kocem. Wczorajsza podróż daje znać o sobie, szybko zasypiam.

 

Dzień 2 | Calpe

Wstajemy około 8.30, robimy wspólne śniadanie, parówki, jajka na twardo, wędlina, ser, pomidory. Podczas śniadania ustalamy składkę na wyżywienie po 50 euro od osoby, będzie łatwiej robić wspólne zakupy. Nikt nie chce zostać skarbnikiem więc ja się zgadzam i u mnie ląduje 500 euro, można ruszać w miasto :)

Po śniadaniu pakujemy sprzęt i około 10.30 wychodzimy w skały, idziemy wyżej niż wczoraj i po około 20 minutach jesteśmy u podnóża skały, gdzie drogi są bardziej wymagające niż wczoraj, pogoda przepiękna, może jak na wspinanie się za bardzo grzeje słońce, bo skała jest nasłoneczniona nie ma nic cienia.

Chłopaki wybierają sobie drogi i ruszają w górę, ja robię zdjęcia. Krzysiek z Arturem zakładają „wędkę ‘’ i ja też robię sobie jedną drogę,  nie wiem dlaczego ale jakoś niepewnie się czuję, nawet nie wiem dlaczego. Stwierdzam że jednak to nie dla mnie i rezygnuję z dalszej wspinaczki. Kurczę miał być to wyjazd wspinaczkowy a mi coś nie idzie, za bardzo się spinam, w Sokolikach nie miałem tych problemów, może trzeba po powrocie poćwiczyć na spokojnie. Chłopaki za to rozkręcają  się coraz bardziej, robią coraz to nowe i trudniejsze drogi. Bob stwierdza że jest trochę zmęczony i schodzi na dół, spróbuje zejść do morza i tamtędy do miasteczka. Ja podchodzę jeszcze wyżej i znajduję fajną formację skalną, coś jak komin, schodzę mówię o niej chłopakom i część idzie tam popróbować. Na miejscu są 2 osoby okazuje się że to para z Polski, też przyjechali się tutaj wspinać, fajne miejsce, wymagające, obserwuję jak reszta się zmaga ze skałą. W międzyczasie obserwuję małe ptaszki które baraszkują w niskich zaroślach, są zwinne i fajnie śpiewają, z pod nóg uciekają zielone jaszczurki, mimo że się nie wspinam to dzień można zaliczyć do udanych. Około 14.00 większość robi sobie odpoczynek, rozkładamy się na nagrzanych skałach i korzystamy z kąpieli słonecznych. Tylko najbardziej wytrwali meczą się w skałach dalej, około 16.00 decydujemy się na powrót do domu. W skałach zostają Sławek, Piotrek, Marek i Michał, będą walczyć dalej. W domu szybkie przebranie się, po piwku i jedziemy do miasta na zakupy, dzisiaj wieczorem znów będzie grill. Wózek wypełnia się cienkimi kiełbaskami, będą na grilla, pomidorami, papryką, sokami z pomarańczy, pysznymi kiełbasami Chorizo, wyśmienitym dojrzewającym serem, jest też Pesto i oczywiście bardzo dużo jajek. Jeśli chodzi o alkohole to każdy kupuje sam to na co ma ochotę, w markecie jest promocja na piwo o pojemności 0,33 l, co prawda nie Sam Miguel ale cena za zgrzewkę 24 szt. 5 euro przyciąga uwagę, no i oczywiście Sangria, nie można być w Hiszpanii i nie napić się tego trunku, całe 1,20 euro za litrową butelkę :). Wracając po drodze z zakupów zabieramy Boba który dotarł do miasta przez plażę. W domu już jest reszta ekipy, rozpalamy grilla, jest zimno i wieje wiatr, nie da rady posiedzieć na zewnątrz, zastanawiam się czy przy takiej pogodzie uda się do końca wyjazdu skorzystać z basenu. Dzwonię do domu, opowiadam jak minął dzień, wysyłam kilka zdjęć. Siedzimy wszyscy w środku w naszej zaimprowizowanej jadalni, na zewnątrz pali się grill, co jakiś czas wychodzę sprawdzić jak się wszystko piecze, kiełbaski, papryka, piersi z kurczaka, same pyszności. Jesteśmy wszyscy więc omawiamy plan na jutro, zapada decyzja że jedziemy do Walencji, chłopaki chcą zrobić mały reset od skał, a mi to pasuje. Na stół lądują coraz to lepsze smakołyki, Chorizo, skrojony w kostkę ser, Dyzio nakupił chipsów ze świńskiej skóry, pierwszy raz coś takiego jadłem, idealne do piwa. Piwka schodzą duże ilości, do tego sangria, jest fajnie. Daję się namówić na jutro rano na małe bieganie, Paweł mówi że jakiś krótki dystans, więc czemu nie, umawiamy się z Pawłem, Arturem i Bobem na 8.00 rano. Czas fajnie płynie już jest 24.00, idziemy więc spać. W domu jest dosyć chłodno, dzisiaj udało nam się załatwić 2 grzejniki elektryczne, po jednym na piętro, jest to jednak trochę za mało żeby nagrzać wszystkie pomieszczenia, zimny wiatr na zewnątrz skutecznie oziębia wnętrza. Zawijam się w koc, po głowie chodzą mi niepowodzenia we wspinaczce, miało być inaczej, cieszyłem się na ten wyjazd, chciałem nabrać doświadczenia od chłopaków a tu taki zonk, no trudno może to jest jednak nie na moje siły (czytaj mój lęk wysokości) Wiem że nie mogę robić nic na siłę, tu nie popełnia się błędów .Jutro jedziemy do jednego z piękniejszych miast w Hiszpanii.

Najnowsze komentarze

  • Marcin Flieger powiedział(a) Więcej
    GRATULUJĘ! Nagroda w pełni zasłużona za lata promocji Gminy Mieroszów na całym świecie! Wielkie BRAWA również... czwartek, 06 czerwiec 2019
  • Ewa Tracewska powiedział(a) Więcej
    Super jak zawsze  piątek, 30 listopad 2018
  • Damian powiedział(a) Więcej
    To ja dziękuję za tak wspaniałą ekipę ! ;)) Czym byłaby Korsyka bez was, i przy waszych ohhhhah i ahhhach i tak se... piątek, 30 listopad 2018
  • Monika powiedział(a) Więcej
    WOW :D środa, 28 listopad 2018
  • Iga powiedział(a) Więcej
    Też Cię kocham Braciszku :*
    Dzięki za przypomnienie tego wyjazdu. Przepiękne miejsce i fantastyczni ludzie.... środa, 14 listopad 2018