Spis treści

Gruzja – gdzie to jest?

O tym jak jedzie się bez planu w nieznane i zapada się na nieuleczalną chorobę podróżowania i zdobywania szczytów.

Termin 29.08.2013 – 11.09.2013

Po powrocie z Krymu odbyłem kilka rozmów z moim przyjacielem Arturem, wypytywał jak wygląda taka podróż bez planu, na całkowitym spontanie. Po jakimś czasie oznajmił że jest gotów odbyć taką podróż i zaproponował wyjazd do Gruzji. Przyznam szczerze nie wiedziałem nawet gdzie ten kraj leży ale zgodziłem się i tak zaczęła się nasza przygoda z tym pięknym krajem. Głównym celem była góra Kazbek, pięciotysięcznik, to tak jak byśmy porwali się z motyką na słońce.

A jak to się odbyło, przeczytacie poniżej.

 

Dzień 0 | Przygotowania

Po ustaleniu że jedziemy do Gruzji i kupieniu biletów lotniczych zacząłem czytać o tym kraju, głównym pokładem wiedzy było forum o Kaukazie, książki i przewodniki. Na forum nawiązałem kontakt z Markiem który pracuje w Gruzji i też chciałby wejść na Kazbek, z jego strony mieliśmy zapewniony transport z Tbilisi do Stepancmindy, no i On przynajmniej wiedział czego się spodziewać na miejscu. Zaczęło się uzupełnianie sprzętu i ubioru, nigdy nie byłem w wysokich górach więc miałem małe (ogromne) obawy, ale wizja fajnej przygody brała górę nad zdrowym rozsądkiem. Nawiązaliśmy kontakt z firmą Mild, producentem E-papierosów, wsparli nas finansowo w zamian za kilka zdjęć z ich flagą w Gruzji, zgodziliśmy się na tę propozycję. Ekscytacja taką podróżą była ogromna, plecak po spakowaniu też okazał się ogromny, za ogromny.

 

Dzień 1 | Podróż

Około 15.00 zabiera mnie Tomek i jedziemy po Artura, przed 16.00 wyruszamy z Wałbrzycha do Wrocławia na lotnisko. Około 17.30 jesteśmy już na lotnisku, odprawa, lot do Warszawy mamy o 20. 40, więc jest trochę czasu, jest to moja pierwsza podróż samolotem więc trochę się denerwuję, nie wiem czego mam się spodziewać. Po wejściu na pokład już nie ma odwrotu, startujemy a mi serce chce wyskoczyć przez gardło, lot trwa około 40 minut a ja już wiem że polubiłem podróżowanie samolotem. Lądujemy w Warszawie, mamy jakieś 90 minut do odlotu więc idziemy na piwo, skąd tutaj takie ceny, piwo pszeniczne kosztuje 18 zł. Podczas odprawy poznajemy Marka, wpada na ostatnią chwilę, spóźnił się jego samolot z Krakowa. Artur nie podziela mojego łatwowiernego zawierania znajomości, jest nieufny. Stratujemy o 22.45 i po około 2,5 godzinie lądujemy w Tbilisi, tutaj musimy przestawić zegarki o 2 godziny do przodu więc jest przed 4 rano, odbieramy bagaże, przechodzimy przez kontrolę paszportową i jesteśmy w Gruzji, jest ciepło, żebym nie powiedział gorąco. Czeka na nas już Marka znajomy, Gruzin który zawiezie nas do Kazbegi. Po drodze wymieniamy pieniądze i ruszamy w nieznane. Jadąc samochodem zaczynam myśleć na co My się porwaliśmy, jesteśmy w obcym kraju o którym prawie nic nie wiemy, język całkowicie niezrozumiały, na szczęście trochę mówię po rosyjsku a podobno można tutaj się porozumieć w tym języku. Ale nic po za tym, jak nam się coś stanie to do kogo się zwracać, gdzie dzwonić, nawet nie sprawdziłem jakie są tutaj placówki dyplomatyczne. Przejeżdżając przez Tbilisi rzuca nam się w oczy strasznie dużo samochodów policyjnych które jeżdżą na włączonych światłach, Marek mówi że to normalne, Policja musi być po prostu widoczna a już myślałem że coś się dzieje w mieście. Zauważam że stan dróg jest gorszy niż u nas, odczułem to na własnym tył……

 

Dzień 2 | Dojazd do Kazbegi + wyjście w góry

Jedziemy z Tbilisi w stronę Kazbegi tzw. Gruzińską Drogą Wojenną, jest jeszcze ciemno ale mimo to bardzo ciepło. Na wschód słońca zatrzymujemy się nad sztucznym zbiornikiem Żinwali gdzie stoi elektrownia wodna. Pomału wstaje słońce widok niesamowity, woda bardzo czysta. Na brzegu stoi twierdza Ananuri, niestety jeszcze zamknięta, więc oglądamy ją tylko z zewnątrz. Ruszamy dalej, pomału droga zaczyna piąć się w górę, do Przełęczy Krzyżowa znajdującej się na wysokości 2379 m, jest to najwyższy punkt tej drogi. Przed przełęczą zatrzymujemy się przy dziwnej budowli, jest usytuowana na skraju urwiska, ma kształt okręgu i jest wyłożona mozaikami. Jest to pomnik Przyjaźni Rosyjsko – Gruzińskiej i przedstawia postacie z bajek rosyjskich i gruzińskich, robimy zdjęcia i ruszamy dalej, mijamy przełęcz i jak zaczynamy zjeżdżać w dół ukazuje nam się na chwilę szczyt Kazbeku, znowu zaczynam się zastanawiać na co się decyduję. Dojeżdżamy do Kazbegi, jest przed 8 rano, idziemy do wypożyczalni sprzętu i wypożyczamy raki, czekan i kupujemy gaz do kuchenki, idziemy do restauracji coś zjeść. Zamawiamy chinkali, gruzińskie pierożki nadziewane mięsem z dużą ilością kolendry, do tego piwo. Ustalamy że po śniadaniu ruszamy w górę, po drodze zachodzimy jeszcze do sklepu, kupujemy butelkę wina i wodę, starszy pan który nas obsługuje zamiast kasy ma liczydło i na nim liczy, szkoda że nie zrobiłem zdjęcia. Droga wiedzie ostro pod górę, Marek wpada na pomysł żeby pójść skrótem na przełaj, nie był to jednak dobry pomysł, zmęczyliśmy się okrutnie, plecak waży ponad 25 kg, jest przed południem i okropnie gorąco, dochodzimy do kościółka na wysokości około 2200 m, jestem wykończony a to dopiero początek drogi. Chwila odpoczynku i ruszamy dalej, teraz to ja z Arturem mylimy trochę drogę i zamiast iść ścieżką idziemy po skosie przez ostro pochylone zbocze.

Nad Kazbekiem zbierają się ciemne chmury, mam nadzieję że nie będzie padało. Gdy po jakiś 40 minutach wspinania się bardzo ostro pod górę dochodzimy wreszcie do właściwej ścieżki jestem wykończony, już zdaję sobie sprawę że plecak jest za duży, idziemy jeszcze około godziny i padam ze zmęczenia, chce mi się płakać, już na samym początku dostałem taki wpierdziel że masakra, stwierdzam że nie dam rady iść dalej, Marek jest jakieś 200 metrów przed nami, Artur też wykończony więc decydujemy że rozbijamy namiot, ładnie się zaczyna, jeszcze dobrze nie zaczęliśmy a już pierwsza porażka. Robimy kolację, z grupą która schodzi z góry idzie pies, rzucam mu kabanosa i zostaje z Nami, śpi w nocy pod namiotem. Uświadamiamy sobie że zostało nam jakieś pół litra wody, mieliśmy ją uzupełnić w rzece ale tam niestety nie dotarliśmy, do kolacji wypijamy więc butelkę wina, która miała być na świętowanie po zdobyciu Kazbeku, dzwonię do Oli, chwilę rozmawiamy, nie mówię Jej o pierwszych niepowodzeniach, rozmowa rzeczowa i krótka, rozmowy są strasznie drogie, idziemy spać. Budziki ustawiamy na 5.00 rano. Długo leżę i rozmyślam, ta góra jest ogromna i teraz dopiero sobie uświadamiam jak bardzo Ją zignorowałem, wydawało mi się że jak chodziłem po Polskich górach to wszędzie będzie łatwo, niestety tak nie jest, zasypiam z ogromnymi obawami, ale też  z nadzieję że jutrzejszy dzień będzie lepszy.

 

Dzień 3 | Dojście do Meteo

Wstajemy o 5.00, składamy namiot i ruszamy do góry, po około 30 minutach dochodzimy do miejsca gdzie spał Marek, ruszamy dalej razem, dochodzimy do przełęczy skąd rozpościera się widok na Kazbek, niesamowicie wielka ta góra, zaczyna mi się podobać, ale coś mam dziwne uczucie że nie wejdę na nią, nie potrafię tego określić ale jakoś tak dziwnie to odczuwam.

Pies który spał pod naszym namiotem zakręcił się przy ludziach którzy schodzili już do Kazbegi. My po minięciu przełęczy schodzimy w dół w stronę rzeki, na brzegu szukamy miejsca gdzie możemy przejść na drugą stronę, woda wzburzona a kamienie śliskie, nie jest łatwo dostać się na drugi brzeg. Ciężki plecak to dodatkowe utrudnienie ale udaje się, na drugim brzegu robimy sobie śniadanie i uzupełniamy wodę, po około godzinie ruszamy kamienistym szlakiem pod górę, widok taki trochę księżycowy, już nie ma żadnej roślinności, nawet traw, mijamy wodospad który spada kilkadziesiąt metrów w dół i po jakiś 40 minutach docieramy do czoła lodowca. Nie wiem czemu nie zakładamy raków, wchodzimy na lodowiec, lód utrudnia marsz, jestem tak zmęczony że nie mam siły rozmawiać, idziemy w milczeniu,  Marek ma mały plecak i mocno nas wyprzedza.

Na lodowcu nie widać ścieżki, deszcz spłukał jakiekolwiek ślady i idziemy trochę na czuja, żeby jakoś się nie pogubić szukamy końskich odchodów, tędy przechodzą konie które noszą bagaże do schroniska Meteo. Logicznie myśląc konie się załatwiają i mimo że deszcz rozmywa ślady to jednak coś z tych kup zostaje, tak docieramy do krańca lodowca, widzimy z daleka jak trójka osób za szybko schodzi z lodowca i teraz muszą bardzo nadrabiać drogi. Jeszcze tylko trzeba przejść wartki strumień i jesteśmy na ostatnim bardzo ostrym podejściu pod Meteo, jestem strasznie wymęczony. Ruszamy pod górę, kamienie i piach osuwają się z pod nóg, ale jakoś pniemy się do góry, podejście jest bardzo wyczerpujące, gdy wreszcie dochodzę do schroniska jestem u kresu sił. Schronisko to była baza meteorologiczna jeszcze z czasów Związku Radzieckiego, bardzo prymitywna bez prądu i wody. Ubikacja kilkadziesiąt metrów dalej, nad stromym zboczem, po którym schodzi wielka rzeka gów..a, bez dachu, musiał go zerwać wiatr. Znajdujemy miejsce i rozkładamy namiot, jest około 16.00. Rejestrujemy nasz pobyt u obsługi schroniska, jest to strefa nadgraniczna i taki jest wymóg. Po wodę trzeba podejść kilkanaście metrów, jest specjalne miejsce skąd wypływa woda z lodowca, robimy herbatę i kolację. Przychodzą 2 dziewczyny i chłopak, którzy za szybko zeszli z lodowca, mimo że byli przed nami to przez jeden błąd doszli do schroniska 2 godziny później.  Kładziemy się tylko na chwilę, zasypiamy i nawet nie wiadomo kiedy jest już noc. Budzimy się mocno wieje, mam wrażenie że zaraz porwie nam namiot, dobrze że z jednej strony jest osłonięty ścianką z kamieni, trudno się oddycha jest mniej tlenu, to już 3600 m i jeszcze to szarpanie namiotem przez wiatr, ciężka będzie noc. Leżę i znowu nachodzą mnie myśli o Kazbeku, od samego początku  wszystko idzie nie tak, jak by to był jakiś sygnał żebym nie próbował wchodzić na Tę górę, może jednak powinienem sobie odpuścić, jutro pogadam z Arturem. Udaje mi się jakoś zasnąć, ale często się budzę i znowu zasypiam.

 


Dzień 4 | Wyjście aklimatyzacyjne

Wstajemy około 8.00, noc nie do końca przespana, jestem zmęczony ale nie ma co się mazać, robimy herbatę i naradzamy się co dalej, nie wspominam jednak Arturowi o moich nocnych przemyśleniach. Idziemy do schroniska, jest tam prymitywna świetlica, siedzi tam większość ludzi, spotykamy Polaków którzy chcą wyjść dzisiaj na wyjście aklimatyzacyjne, umawiamy się że idziemy z Nimi, Marka dopadła biegunka, odpuszcza sobie i będzie chyba schodził, szkoda bo okazał się fajnym człowiekiem, nawet Artur się do Niego przekonał. Pod schronisko podjeżdża kilkanaście osób na koniach i z kałachami na plecach, podejrzewamy że to jacyś przemytnicy, bo tak też wyglądają, nie warto z takimi zadzierać.

Zbieramy się i około 10.00 w kilka osób wychodzimy w górę, idzie z nami chłopak z Polski,  jest rozbity poza obozowiskiem żeby nie płacić za namiot, po chwili rozmowy  okazuje się że jest bezrobotnym i przyjechał do Gruzji sam na stopa. Idą też te 2 dziewczyny z chłopakiem o których już pisałem że zeszli wcześniej z lodowca, są to Polki mieszkające w Anglii i ich angielski znajomy, to ich pierwsze taki wypad, są całkowicie nieprzygotowani, nie wiedzieli że przy schronisku jest woda i wnieśli ze sobą 12 butelek czyli 18 litrów wody. Anglik jeszcze nigdy nie był w górach, nawet nie ma pojęcia gdzie się dokładnie znajduje, ubrał raki i od razu się wywalił, mam nadzieję że odpuści sobie dalsze wejście. Dochodzimy trochę powyżej 4000 metrów, wchodzimy na lodowiec, zakładamy raki, moje pierwsze przejście w rakach, nie ma tragedii. Mocno wieje, decydujemy się wracać. W grupie większość stanowią Polacy, około 10 osób, umawiamy się że jutro próbujemy wejść na Kazbek.

Po powrocie do schroniska okazuje się że rzekomi przemytnicy to świta Prezydenta Gruzji Micheila Saakaszwili który też już jest w schronisku i będzie próbował zdobyć Kazbek.

Idziemy do namiotu, szykujemy jedzenie, ale decydujemy się zjeść w schronisku na świetlicy, na dworze zimno więc wszyscy tam przebywają, jest sporo ludzi. Przysiadamy się do grupy rosyjskiej, mają przewodnika, zaczynamy rozmawiać, pytają się jakie do tej pory zdobyliśmy szczyty, jak im mówię że najwyżej byłem na Snieżce w Karkonoszach, to nie wiedzą o czym mówię, podaję im wysokość Śnieżki i już jest rozluźniona atmosfera. Mówią że w najbliższym czasie nie zapowiada się okno pogodowe i nie będzie szans wyjścia na Kazbek. Mam nadzieję że się mylą.

Po jakimś czasie wchodzi osoba z obsługi schroniska i informuje wszystkich że za pół godziny mamy opuścić jadalnię, Pan Prezydent będzie jadł kolację, wychodząc mijam Go w korytarzu, zwykły normalny człowiek, uśmiecha się, wita i idzie dalej. Wracamy z Arturem do namiotu, Marek zszedł na dół, zaczynamy się szykować na jutrzejsze wyjście, pogoda nie nastraja optymistycznie, pada deszcz i bardzo mocno wieje, kładziemy się szybko spać, budziki nastawione na 1.00. o 2.00 powinniśmy być gotowi do wyjścia. Leżę i myślę co mnie jutro czeka, teraz już wiem że Kazbek to nie przelewki, zbyt pewnie podszedłem do tego wyjazdu, wiem że nie będzie łatwo, co ja gadam będzie bardzo trudno, nie wiem co nas może czekać wyżej, jak się będzie oddychać, już dzisiaj na wysokości 4000 m było mi z tym ciężko. Nie mogę zasnąć, większość nocy leżę i wsłuchuję się w wiatr który momentami  bardzo mocno wieje, do tego pada deszcz, a to oznacza że nie będzie możliwe wyjście, udaje mi się zasnąć.

 

Dzień 5 | Odwrót :(

Budziki dzwonią o 1.00, wstajemy, wyglądamy przed namiot, nie widać gwiazd, niebo zasnute chmurami, pada deszcz ze śniegiem, nikogo nie widać żeby się szykował do wyjścia, idę do ubikacji (tej bez dachu) następnie zaglądam do schroniska, nikt nie będzie dzisiaj wychodził na szczyt, wracam do namiotu i podejmujemy z Arturem decyzję że też sobie odpuszczamy. Kładziemy się spać, wstajemy około 7.00 i idziemy na stołówkę, tam nastroje nieciekawe, prognozy na najbliższe dni nie są optymistyczne, większość ekip chce schodzić na dół. Rozmawiam z Rosjanami, oni też schodzą, nie ma szans na zdobycie góry w najbliższym czasie. Nastroje złe, kurczę może jednak zostać i poczekać, ale jak mamy bezsensownie tracić tutaj czas to lepiej pozwiedzać Gruzję. Podejmujemy z Arturem decyzję że też schodzimy, idziemy złożyć namiot i spakować się, niełatwe zadanie jak pada deszcz. Przed 10.00 zaczynamy schodzić, razem z nami idzie jeszcze kilka osób, przejście przez lodowiec nie sprawia trudności, nie ma żadnych szczelin, a teraz idziemy w rakach więc dość szybko pokonujemy lodowiec. Krótki postój przy wodospadzie, robimy zdjęcia i idziemy dalej, dochodzimy do rzeki, znowu szukamy miejsca gdzie można się przeprawić, uzupełniamy tez wodę. Udaje nam się przejść bez strat, decydujemy się zrobić następny postój na przełęczy, dojście tam zajmuje nam około 40 minut. Niestety na przełęczy wieje więc szybko zaczynamy schodzić dalej, w oddali widać już kościółek, jakieś 60 minut i tam będziemy. Jest fajna pogoda, w dole zbierają się małe chmurki, a dookoła wysokie góry i super widoki. Schodzimy z czwórką Polaków, mają zarezerwowaną kwaterę więc decydujemy się że też tam spróbujemy sobie załatwić nocleg. Przed kościółkiem Artura zaczyna boleć noga, decyduje się że zjedzie od kościółka samochodem, podjeżdżają tam samochody terenowe, pytamy się jednego kierowcy czy Go zabierze, zgadza się, tylko musi poczekać jakieś 20 minut więc Artur zostaje a my schodzimy dalej. Na dole spotykamy się przy takim małym sklepie, gdzie można też zjeść i wypić piwo, po piwie idziemy oddać sprzęt do wypożyczalni a następnie na kwaterę do Wasilija,  to chyba najbardziej znany człowiek w Kazbegi, ma miejsce więc zostajemy u Niego na noc, nocleg ze śniadaniem i kolacją 35 lari czyli jakieś 70 zł.

Na kwaterze jest jeden prysznic więc kąpiel dla 6 osób zajmuje nam trochę czasu, już wykąpani dostajemy kolację i idziemy na jakieś piwko, spędzamy w miasteczku czas do późnego wieczora, piwko, winko, fajnie leci czas, tylko ogromny niedosyt że musieliśmy odpuścić sobie Kazbek. Wracamy na kwaterę, dzwonię do domu, rozmawiam z mamą, jeszcze długo siedzimy i rozmawiamy, Kinga i Marek to para, mają wynajęty samochód, jutro chcemy z Nimi podjechać przez Wąwóz Darialski do granicy, podobna są tam bardzo piękne widoki. Późno po północy idziemy spać, budziki nastawione na 8.00. zanim zasnę myślę o całej sytuacji, zdobyłem nowe doświadczenie, ta góra jest strasznie wysoka, za bardzo ją zignorowałem, wiem że jeszcze kiedyś będę chciał ją zdobyć.

 

Dzień 6 | Kazbegi

Wstajemy około 8.00, dostajemy śniadanie, pyszne rzeczy i nie tak mało, najadamy się i myślimy co dalej, pada drobny deszcz, ja, Artur, Kinga i Marek wybieramy się około 11.00 wąwozem w stronę granicy. W wąwozie gniazdują sępy płowe i orłosępy, ale na zobaczenie tych ptaków nie ma dzisiaj szans. Dojeżdżamy prawie pod granicę, zatrzymujemy się pod monastyrem Archaniołów Michała i Gabriela, znanym jako Czerwony Monastyr z racji koloru kamienia z którego został zbudowany. Jak tak stoimy i robimy zdjęcia podjeżdża samochód wywrotka  a w szoferce siedzi mnich w habicie, ciekawy widok. Ruszamy z powrotem, niebo zasnute chmurami, podobno miejscami ściany wąwozu mają około 1000 m wysokości, dzisiaj niestety nie jest nam dane tego oglądać, chmury wiszą bardzo nisko. Dojeżdżamy do Kazbegi, żegnamy się z Kingą i Markiem oni ruszają w dalszą drogę a my idziemy coś zjeść. Trafiamy do małej knajpki, zamawiamy piwo i szaszłyki, piwo dostajemy szybko natomiast szaszłyki będą dopiero szykowane. Siedzimy i obserwujemy jak pan z obsługi szykuje szaszłyki a następnie rozpala ognisko z desek które najprawdopodobniej pochodzą z budowy, na dwóch pustakach ma zrobiony prymitywny ruszt i tam lądują nasze szaszłyki. Wyposażenie, warunki higieniczne nie do przyjęcia u nas w Polsce tutaj są standardem. Zamawiamy po drugim piwie, przynosi je nam chłopak trochę młodszy od nas, pyta skąd jesteśmy, nawiązuje się rozmowa. Okazuje się że lokal prowadzą jego rodzice a On mieszka w Tbilisi, jak jest tutaj to im pomaga. Pyta się nas po co przyjechaliśmy do Gruzji, długo rozmawiamy, w międzyczasie nasze szaszłyki już są gotowe i lądują przed nami, są ogromne i pyszne. Młody gospodarz mówi że jesteśmy jego gośćmi i częstuje nas czaczą, jest to gruziński bimber, bardzo dobry.

Po posiłku idziemy zwiedzić muzeum które znajduje się w miasteczku, muzeum niewielkie, dużo starych zdjęć i mebli, trochę przedmiotów codziennego użytku, sporo obrazów, niestety wszystko opisane językiem gruzińskim więc za wiele nie dowiedzieliśmy się historii miasteczka i okolic. Po wyjściu z muzeum, spotykamy na główny placu Wasilija naszego gospodarza, po rozmowie z Nim idziemy do poleconej przez Niego  knajpki, która znajduj się w Gergeti wiosce przez którą idzie się jak chce się wejść na Kazbek. Knajpka leży na samym szczycie wioski, mijamy po drodze opuszczone domostwa, a także zamieszkane które wyglądają jak by je budowano z materiałów które akurat były pod ręką. Po drodze kręcą się cielaki, krowy, indyki, trafiamy też na świnkę która sobie spaceruje po jezdni. Dochodzimy do baru, jest piękny widok na okolicę, do tego jeszcze wychodzi słońce i na niebie ukazuje się tęcza, Pytam dziewczyny z baru jak się to wymawia w ich języku, niestety nie potrafiłem tego wypowiedzieć, Ona za to świetnie poradziła sobie z językiem polskim. Schodząc w dół zachodzimy do małego sklepiku, okazuje się że właściciel to brat Wasilija, zamawiamy u Niego czaczę, ma kilka smaków więc trochę schodzi popróbowanie wszystkich. Jesteśmy jedynymi klientami więc właściciel siedzi z nami, pytamy jak im się tu żyje, co robią zimą jak nie ma turystów, On jest ciekawy co nas skłoniło do przyjazdu do Gruzji, na tych rozmowach schodzi nam prawie do wieczora, już na lekkim rauszu schodzimy do miasteczka. Wracamy na kwaterę, zbliża się pora kolacji, jest trójka Rosjan, jemy razem i rozmawiamy, są z Czelabińska, w lutym tego roku spadł u nich meteoryt, dość głośno było o tym w mediach. Po kolacji częstujemy ich winem, Oni wyciągają rosyjską wódkę, dwóch starszych to bracia, a młodszy jest synem jednego z nich, na rozmowach schodzi nam do nocy, okazuje się że nasz rosyjski nie jest taki najgorszy :) Jutro planujemy dalsze zwiedzanie okolic, pogoda się poprawia więc zaczynamy myśleć o ponownej próbie wejścia na Kazbek. Ale to jutro, dzisiaj szybko zasypiamy, „rozmowa” z Rosjanami zrobiła swoje :)

 

Dzień 7 | Sno + Trekking nad Kazbegi

Pobudka o 8.00, trochę boli głowa po nocnych „rozmowach’’ z Rosjanami, zbieramy się na śniadanie, przy stole dwójka Rosjan, trzeci nie dał rady wstać, proponuję im po lampce wina, bronią się jak diabeł przed święconą wodą :) Jemy śniadanie i myślimy co dalej, chcemy znowu spróbować wejść na Kazbek, ale najpierw lekkie rozruszanie, idziemy do Sno. Kilka kilometrów drogą, nic ciekawego, oprócz starszego pana z wielbłądem, spotykamy tam też chłopaka studenta z Polski, pomaga oporządzać wielbłąda, wyjaśnia nam że to wielbłądzica, pochodzi z cyrku z Rosji a idą z nią do Iranu, muszą zdążyć przed zimą, jeszcze kawał drogi przed nimi. Po krótkiej rozmowie idziemy dalej. Po drodze kręcą się osiołki, krowy, nikt ich nie pilnuje, w pewnym momencie widzimy jak spaceruje sobie dość spory byczek, rozglądamy się gdzie by tu można w razie czego uciec, nie ma żadnych drzew tylko jakiś płot z pordzewiałego żelastwa, marne schronienie, na szczęście byczek mija nas nawet nie zwracając na nas uwagi, uff. po jakiejś godzinie mijamy po drodze kamienne twarze wykute z wielkich głazów porozrzucanych po łące a następnie dochodzimy do Sno, malutka wioseczka z jedną wieżą rodową i kościołem, jest to letnia rezydencja patriarchy kościoła Gruzińskiego, teraz rozumiem dlaczego ten kawałek drogi jest tak dobrze zrobiony, żadnych dziur i wertepów, widzimy jak podjeżdża samochód, wysiada z niego młody człowiek a po chwili wychodzi z kościoła zakonnik i święci to auto, teraz będzie mógł już bezpiecznie szaleć po górskich drogach :) Chwilę się kręcimy po wiosce, jest malutka, przepływa przez nią rzeka na której jest zbudowana tama i pływa bardzo dużo pstrągów. Wracamy, około południa jesteśmy z powrotem w Kazbegi, idziemy do wypożyczalni i uzupełniamy sprzęt na jutrzejsze wyjście, następnie obiad w knajpie i idziemy pokręcić się po okolicy, wychodzimy nad miasteczko, fantastyczny widok na Kazbek i okolice, świeci słonce jest ciepło, obserwujemy pasące się w zagrodzeniu krowy. Schodzimy do miasteczka i udajemy się w stronę granicy, chcemy dojść do wodospadu Gveleti, ruch na drodze spory, jest to droga do jedynego przejścia granicznego z Rosją, trzeba uważać na przejeżdżające samochody. Widzimy jak jedno auto zaczyna wyprzedzać drugie i gdybyśmy nie odskoczyli to mogło by nas zahaczyć, w międzyczasie przejeżdża policja, której jest dosyć sporo, widząc ten manewr zatrzymuje feralne auto, po czym podjeżdżają do nas i pytają się czy nic nam się nie stało, po krótkiej rozmowie i zapewnieniu że jest wszystko ok. odjeżdżają, a my ruszamy dalej. Niestety do wodospadu nie dochodzimy, wracamy, spotykamy po drodze czwórkę Gruzinów którzy chcą zrobić sobie z nami zdjęcia, następnie chwilę rozmawiamy, fajne nastawienie ludzi do turystów :) Wracamy obowiązkowy przystanek w barze na głównym placu, piwko i idziemy na kolację, dzisiaj Rosjan nie ma, więc będzie spokojnie :) po kolacji pakujemy się na wyjście i część rzeczy zostawiamy na kwaterze, idziemy wcześniej spać, jutro z rana pobudka. Dzwonię do Oli i mówię że chcemy jeszcze raz spróbować zdobyć Kazbek. Zanim zasypiam analizuje to co chcemy jutro zrobić, wiem że znowu będzie trudno ale jak spoglądam na tę górę to mam wielką ochotę na nią wejść, jest Piękna.

 


Dzień 8 | Juta

Pobudka o 5.00, wyglądamy przez okno, złapał mróz, jest około – 5 stopni, nad Kazbekiem ogromna chmura, jednak nie jest nam dane tam dotrzeć, rezygnujemy i kładziemy się spać. Wasilij budzi nas o 8.00, pyta czy nie chcemy jechać do Juty, ma dwoje Izraelczyków i szuka jeszcze dwóch osób na tę wycieczkę, decydujemy się że pojedziemy.

Jemy śniadanie, masakra jakie pyszne i jaka różnorodność potraw, a podobno ludzie narzekają na to jedzenie że niby Wasilij oszczędza i nie daje dobrze zjeść. Około 9.00 pakujemy się do Łady Niwy i ruszamy, po drodze mijamy Sno, i zaczyna się ciekawa droga, a raczej bezdroże, z przepaściami po prawej stronie. Po jakiejś godzinie jazdy od Sno docieramy do maleńkiej osady, to Juta, wysiadamy i umawiamy się na powrót, i tutaj ciekawa sytuacja, ja zrozumiałem że wracamy o 5 popołudniu a Artur że za 5 godzin, ciekawe kto będzie miał rację ? wychodzimy na szlak który o dziwo jest oznaczony tak jak w Polsce, okazuje się że oznaczali go Polscy wolontariusze, a więc zaczyna tutaj docierać normalność. Po jakiś 90 minutach stwierdzamy że nie idziemy dalej, wracamy, tym bardziej że naciągają chmury. Docieramy do Juty, na ścieżce za krzakami widzę że stoi spory cielak, niestety jak podchodzimy bliżej okazuje się że to nie cielak tylko pies, jest ogromny, wolimy nie wchodzić mu w drogę i przedzieramy się przez zarośla żeby go ominąć, pierwszy raz widziałem takiego wielkiego psa. Sporo w wiosce uli, uprawiać tutaj raczej się nic nie da, więc mieszkańcy radzą sobie jak mogą. Mijamy domy które wyglądają jak by były zbudowane ze wszystkiego co było akurat pod ręką, ciekawe jak wyglądają w środku?  Nie mają kominów, więc są ogrzewane gazem, który jest doprowadzony do wioski. Zatrzymujemy się nad rzeką, fajny plener, robimy zdjęcia dla Mild-a, w końcu umowa musi być zrealizowana. Sielanka nie trwa jednak w nieskończoność, robi się coraz zimniej, zachodzimy do jedynego baru i zamiast piwa bierzemy ciepłą herbatę. Rozmawiamy z właścicielką, mówi nam że większość mieszkańców Juty jest ze sobą spokrewniona, a tylko niewielka część mieszka tutaj na stałe, Ona mieszka w Tbilisi i przyjeżdża na sezon. Bywają lata że wioska ze względu na obfite opady śniegu jest odcięta od świata kilka miesięcy, trzeba narobić sporo zapasów żeby przetrwać zimę, dlatego większość decyduje się wyjechać na zimę. Po jakiejś godzinie wychodzi słońce i robi się ciepło, decydujemy się z Arturem że będziemy schodzić w dół, po drodze spotkamy Wasilija, w końcu jest tutaj tylko jedna droga. Schodzimy pięknym wąwozem, w dole wije się rzeka, na trawiastych zboczach wypasa się bydło, dookoła piękne góry, w oddali widać przepiękny masyw Kazbeku, lata nad nim helikopter (po powrocie dowiedzieliśmy się że zabierał prezydenta Szakaszwilego, nie udało mu się wejść na szczyt). Po drodze widzimy opuszczone domy, niestety starzy mieszkańcy odchodzą a młodzi wybierają łatwiejsze życie w dużych miastach, dolina pustoszeje:(nie spiesząc się pomału dochodzimy do Sno, mijamy wioskę i idziemy w kierunku Kazbegi, Wasilij powinien już być, jak dochodzimy do rozdroża dzwonię do Niego, mówi że zamiast Jego do Juty pojechał jego syn innym autem i teraz czeka na Nas w wiosce, tłumaczę mu że my zeszliśmy i gdzie jesteśmy, każe nam czekać , po jakimś czasie przyjeżdża auto którym kieruje syn Wasilija, okazuje się że mijał nas po drodze ale nie wiedział że to po nas jedzie na górę. Jak już sobie wszystko wyjaśniliśmy, wracamy do Kazbegi, idziemy do wypożyczalni oddać sprzęt który już nam się nie przyda, jutro jedziemy do Tbilisi. Wracamy na kwaterę, okazuje się że jest grupa młodych Izraelitów, zaczynamy z nimi rozmawiać, są strasznie hałaśliwi, jedna dziewczyna mówi że jej dziadkowie pochodzą z Polski lecz ona nie zna języka polskiego.  Nie mam uprzedzeń rasowych ale strasznie nie podoba mi się ich zachowanie, staram się jednak nie odzywać. Jemy kolacje i idziemy połazić po miasteczku, piwo w barze, rozmowy i robi się późno, wracamy, wszyscy chyba śpią, to dobrze. Kładziemy się , zanim zasnę myślę o naszej przygodzie z Kazbekiem, jutro wszystko się zakończy, mocno mi dała w kość ta góra, ale będę chciał na nią wrócić, tylko już z większą pokorą, przypomina mi się uczucie jakie miałem przy dojściu do Meteo, że nie uda mi się wejść na Kazbek, może coś jednak w tym było, może to nie mój czas na Tę górę, jest po 24.00, zasypiam.

 

Dzień 9 | Do Tbilisi

Pobudka o 8.00, wychodzimy na śniadanie, Izraelska grupa już jest, są jeszcze bardziej hałaśliwi niż wczoraj, zachowują się strasznie przy stole, mają pretensje do Wasilija że jest za mało jedzenia   (choć jest go bardzo dużo) biorą wędliny, sery, rękami próbują, wąchają a następnie odkładają z powrotem na półmiski, nie licząc się z tym że my to za chwilę będziemy jedli, staramy się z Arturem panować nad sobą ale z chęcią któremuś bym dał po mordzie. Sądząc po minie Wasilija, też ma ich dość a jednak stara się jak może żeby wszyscy byli zadowoleni. Kończymy szybko śniadanie, nie mam ochoty z nimi przebywać, pakujemy się i idziemy na placyk skąd odjeżdżają marszrutki. Jest rześko, świeci słońce, widok na Kazbek piękny, będę musiał go sobie zapisać w głowie, postanawiam też że tu wrócę. Wasilij dał nam namiary na polski hostel w Tbilisi, więc się kontaktuję, umawiamy się że jak będziemy na miejscu to ktoś po nas podjedzie. Wsiadamy do marszrutki, pomału się zapełnia, ruszamy, czeka nas jazda po górskiej drodze pełnej zakrętów i przepaści :) Droga trwa około 3 godzin, z tego 2 godziny wrażeń i emocji nad urwiskami przepaściami i z przepięknymi widokami na Kaukaz, oczywiście miejsca w marszrutce za wiele nie ma więc gnietliśmy się niemiłosiernie. Około 13. Jesteśmy na miejscu , tzn. na Placu Didube w Tbilisi, nie wzieliśmy pod uwagę że tutaj będzie znacznie cieplej jak w górach, mamy na sobie ciepłe ciuchy a temperatura przekracza 20 stopni, dzwonię do hostelu, umawiamy się na pobliskiej stacji benzynowej. Po jakiś 15 minutach przyjeżdża Jurek, właściciel hostelu, pakujemy się i ruszamy ulicami Tbilisi. Przeraża mnie jazda Gruzinów, wygląda to tak jakby nie obowiązywały tutaj żadne przepisy, Jurek udziela nam rad jak się poruszać po mieście i na co uważać.

Dojeżdżamy do hostelu, budynek 3 piętrowy ale niewiele w nim gości, dostajemy pokój, prymitywny, 2 piętrowe łóżka i nic więcej, dobre że jest balkon to będzie gdzie się piwa napić :)  przebieramy się i razem z Jurkiem idziemy na rekonesans, pokazuje nam knajpkę gdzie można zjeść i jak dojść do stacji metra. Zostajemy w knajpce i tutaj zdziwienie cena piwa jest dużo niższa niż w Kazbegi, oj będzie się działo :). po piwku ruszamy w stronę metra, hostel jest położony na obrzeżach miasta, na szczęście metro w Tbilisi dojeżdża wszędzie. My na razie poznajemy najbliższą okolicę, trafiamy na bazar gdzie robimy zakupy, małe poruszenie wśród handlarek sprawia nasz wygląd, ja łysy z kitką z tyłu głowy a Artur łysy z brodą, odznaczamy się wśród miejscowej ludności. Wracamy do hostelu, siadamy na balkonie i podziwiamy bloki które stoją niedaleko, prawie każde okno jest inne, nie ma tutaj żadnych obowiązujących norm budowlanych, okolica wygląda na ubogą, wszystko szare i odrapane tylko jak wyspa na oceanie stoi kościół który bardzo mocno się wyróżnia bogactwem. Decydujemy się pojechać do centrum, idziemy na stację metra kupujemy karty które musimy zasilić, udaje się :) dojeżdżamy do centrum jest późne popołudnie kręcimy się przy głównej ulicy Rustaveli i Placu Wolności, trafiamy do knajpki w fajnych podziemiach.  Piwo i wino mają naprawdę w śmiesznych cenach, po 3 lari a czaczę za 5, raj dla spragnionych turystów. Po kilku kolejkach idziemy dalej, kręcimy się po bocznych uliczkach, jest tutaj spokojnie, żadnych agresywnych zachowań. Dość wrażeń na dzisiaj, decydujemy się wracać, a więc w metro i po kilkunastu minutach jesteśmy już na naszej dzielnicy, zakupy w sklepie i do hostelu. Szybka kolacja i zasiadamy na balkonie, jest wieczór a na dworze gorąco, siadamy z jeszcze zimnym piwkiem i obserwujemy życie mieszkańców, jak przechodziliśmy obok kościoła zauważyłem że Gruzini przechodząc obok świątyni robią znak krzyża, nie ważne czy młodzi czy starzy, nawet w przejeżdżających autach kierowcy się żegnali. Oczywiście dzwonię do domu, krótka rozmowa, żeby się nie martwili. Przychodzi Jurek i proponuje nam wypożyczenie auta na cały dzień, opcja godna uwagi. Jest dosyć późno więc szykujemy  się spać, jesteśmy sami w pokoju, a nawet na piętrze.

Kolejny dzień pełen wrażeń, dotarliśmy do stolicy Gruzji, nie miałem pojęcia jak się tutaj odnajdziemy, miasto jest duże, położone na kilku wzgórzach. Zaczyna do mnie docierać że jednak takie podróżowanie jest fajne, od nikogo nie jesteśmy zależni, robimy to na co mamy ochotę, jest fajnie. Zasypiam optymistycznie patrząc na to co przyniosą nam kolejne dni.

 

Dzień 10 | Tbilisi

Pobudka przed 8.00, za oknem już mocno świeci słońce, nie tracimy czasu, zbieramy się i idziemy na targ, kupujemy pomidory, paprykę, kiszony czosnek, płacimy około 4 lari, do tego jeszcze chleb w piekarni i wracamy do hostelu, szykujemy śniadanie. Poznajemy parę Polaków, byli pod Kazbegiem, nie udało im się wejść, ich znajomi tam czekają na okno pogodowe, dogadujemy się że jutro wypożyczymy auto i gdzieś pojedziemy w czwórkę. Po śniadaniu kawka na balkonie, ale szkoda czasu, zbieramy się i wyruszamy w miasto. Po drodze wchodzimy do już znajomej knajpki, po zimnym piwku, krótka rozmowa z obsługą i  idziemy na metro. Metrem dostajemy się do centrum, schodzimy do rzeki, mijamy po drodze wspaniałe budynki z drewnianymi balkonami, zatrzymujemy się przy pomniku który wygląda jak grupa tańczących osób, robimy sobie zdjęcia i ruszamy dalej. Przechodzimy przez Most Pokoju, futurystyczną budowlę która powstała 3 lata temu, łączy dwie części miasta, Stare Miasto i nowoczesną dzielnicę. Pomysł prezydenta Szakaszwilego, zaprojektowany i zbudowany we Włoszech, dotarł do Tbilisi na 200 tirach. Za mostem jest nowoczesny park, i dolna stacja kolejki gondolowej która można wjechać nad starym Miastem do Twierdzy Narikali. Korzystamy z tej atrakcji i po kilku minutach jazdy jesteśmy na wzgórzu nad miastem, są tu ruiny Twierdzy, a nieopodal stoi ogromny pomnik Matki Gruzji, w jednej ręce trzyma miecz na wrogów a w drugiej puchar wina dla przyjaciół, pomnik góruje nad miastem, z drugiej strony wzgórza jest ogród botaniczny, jednak tym razem nie korzystamy z okazji zwiedzenia go. Jest około 13.00, słońce pali niemiłosiernie, schodzimy wąskimi uliczkami do miasta.

Przechodzimy obok Siarkowych łaźni, mocny zapach siarkowodoru unosi się po okolicy, jest to dość spory kompleks, z charakterystycznymi kopulastymi ceglanymi daszkami, przechodząc obok łaźni kierujemy się do wodospadu  który jest ukryty wśród skał dosłownie kilka minut od łaźni, jest tutaj fajny chłód. Decydujemy się spróbować chaczapuri po Adżarsku, trochę inne danie niż popularne chaczapuri, jest owalne przypomina kształtem łódkę bo jest daniem z nadmorskiego regionu Adżarii, na gotowy upieczony placek jest wbijane jajko które ścina się pod wpływem ciepła, znajdujemy lokal gdzie można spróbować tej potrawy. Po posiłku ruszamy dalej wąskimi uliczkami, jest tak gorąco że szukamy zacienionych miejsc, co rusz trafiamy na jakieś fajne miejsca. Postanawiamy przeczekać upał w fajnej, już znanej Nam z wczoraj knajpce znajdującej się tak jakby w piwnicy, jest tutaj chłodno. Zamawiamy po piwie, rozmawiamy, nagle słyszymy jak do knajpki wchodzą ludzie i rozmawiają po polsku, jednak jest tutaj sporo Polaków, dzwonię do Marka, umawiamy się na spotkanie wieczorem, jest około 17.30. decydujemy się na wyjście na zewnątrz, idziemy główną reprezentacyjną ulicą miasta, Aleją Rustaweli, dochodzimy do Placu Wolności, najbardziej reprezentacyjnego placu w mieście w wielkim pomnikiem św. Jerzego i ratuszem. Jest to też swego rodzaju rondo, ogromne rondo, stoimy kilka minut i nie mamy pojęcia jak kierowcy tutaj jeżdżą i jakie obowiązują zasady.  O 19.00 spotykamy się z Markiem, rozmawiamy, następnie Marek prowadzi nas do fajnej knajpki, jemy kolację, tym razem szaszłyki, grillowane papryki, no i oczywiście po lampce wina, trzeba przyznać że wino mają w Gruzji wyśmienite :). Metro jeździ do 23, więc pomału żegnamy się z Markiem, idziemy na najbliższą stację metra i wracamy do hostelu,  siadamy na balkonie, robi się fajnie, już nie ma tego skwaru. Spotykamy tę parę Polaków z którymi rozmawialiśmy rano i umawiamy się na jutro na 7.00, weźmiemy auto i pojedziemy w okolice Dawid Garedża. Okazuje się że w hostelu są nasi znajomi Rosjanie z Kazbegi, przyjechali tu na mecz eliminacyjny do mistrzostw świata 2014 w Brazylii, Gruzja – Francja, już jest po meczu a my będąc na mieście nawet nie zauważyliśmy nic szczególnego, żadnych grup kibiców, czy coś podobnego. Chwilę rozmawiam z Olą, opowiadam co dzisiaj robiliśmy, na szczęście w Polsce jest 2 godziny do tyłu więc nie jest jeszcze u Niej tak późno.

Kolejny bardzo aktywnie spędzony dzień, mimo moich niedociągnięć z językiem rosyjskim jakoś daje się dogadać z miejscowymi :) jednak zasada że jak ktoś chce się z Tobą dogadać to na pewno to zrobi, działa.

 

Dzień 11 | Dawid Garedża

Pobudka o 6.00, szybkie śniadanie, nasi znajomi czyli Monika i Tomek, para studentów już też są gotowi, bierzemy auto, terenowego jeepa i chcemy jak najszybciej wyjechać z miasta, widząc jak jeżdżą miejscowi mamy obawy jak nam się uda dostosować do panujących reguł. Musimy jeszcze zatankować, zjeżdżamy na stację paliw i pierwszy zgrzyt, nie mamy pojęcia jak się otwiera wlew paliwa, zajmuje nam to sporo czasu zanim go otworzymy. Po perypetiach na stacji paliw, ruszamy dalej kierujemy się na południe w kierunku granicy z Azerbejdżanem, robi się coraz bardziej gorąco a za oknami auta krajobraz zamienia się w step, po drodze parę razy wypytujemy o drogę i w końcu docieramy do maleńkiej miejscowości Udabno gdzie znajduje się Oasis Club, maleńka knajpka którą prowadzi para Polaków, Ksawery i Kinga,  można się tutaj napić kawy, coś zjeść, bardzo fajne klimatyczne miejsce, tym bardziej że w promieniu kilkudziesięciu kilometrów jest to jedyne takie miejsce. Korzystamy z gościny, oglądamy wystrój , który jest raczej surowy, większość mebli jest zrobiona z palet i desek, ale jest czysto i schludnie, jest sporo polskich książek, rozmawiamy z właścicielami, opowiadają co ich skłoniło do zamieszkania tutaj i jakie mają plany na przyszłość, podjeżdża następny samochód i okazuje się że to też Polacy, jednak to prawda że dużo Polaków odwiedza Gruzję. Właściciele Oasis sugerują że skoro mamy takie terenowe auto to możemy trochę zboczyć z trasy i pojechać wertepami do kompleksu klasztornego Udabno, tak też robimy.

Po dotarciu na miejsce, okazuje się że nie za bardzo lubią tam gości, wyszedł nam na spotkanie mnich, zapytał się skąd jesteśmy, chwilę z nami porozmawiał, jednak nie pozwolił nam zajrzeć do środka, nie był niemiły ale dał nam do zrozumienia żebyśmy już pojechali. Pożegnaliśmy się i ruszyliśmy dalej, po przejechaniu kilku kilometrów natrafiliśmy na przeszkodę w postaci bardzo wąskiej drogi nad kilkunastometrową przepaścią, skały były pod dość ostrym kątem, po kilku przymiarkach stwierdziliśmy że zbyt mało mamy doświadczenia z jazdą takim autem i jednak zawracamy, szukamy innej drogi, udało nam się jakoś zawrócić i po jakimś czasie dotarliśmy do szutrowej drogi która prowadziła do Dawid Garedży. Zostawiliśmy auto na parkingu i weszliśmy na teren kompleksu, następne zdziwienie, nikt nie pobiera żadnych opłat, wszystko jest za darmo. Po zwiedzeniu małego kościółka, udajemy się do miejsca ‘’Łzy Dawida ‘’, jest to maleńka grota, skąd wybija maleńkie źródło, które stało się relikwią. Jest tutaj spora wycieczka z Polski, rozmawiamy z nimi, przyjechali na objazdówkę po Gruzji i są trochę niezadowoleni z szybkości z jaką się ta wycieczka odbywa, zazdroszczą nam tej swobody i czasu jakim dysponujemy.  Decydujemy się wejść na górę, stoi tam maleńka kaplica, środkiem biegnie granica z Azerbejdżanem, a już po Azerskiej stronie są wykute jaskinie, kiedyś to był bardzo duży kompleks, mieszkało tutaj parę tysięcy mnichów. Na szczycie przy kaplicy siedzą Gruzińscy pogranicznicy, odpoczywają w cieniu z kałasznikowami na kolanach. Dookoła piękne widoki, krajobraz przypomina step i półpustynię, tutaj Rosjanie podczas wojny Afgańskiej mieli poligon, gdyż te tereny bardzo przypominają Afganistan. Społeczność gruzińska nie była z tego faktu zadowolona, jest to dla nich święte miejsce. Zaczynamy schodzić w dół, żeby sobie skrócić drogę wybieramy małą ścieżkę wśród na wpół uschniętych krzewów, nie był to dobry pomysł, tereny te są znane jako najbardziej obfite we wszelkiego rodzaju gady, i naocznie mogliśmy się przekonać jak gdzieś coś uciekało z pod nóg, wracamy na właściwą ścieżkę, już nie udajemy twardzieli:(. Po zejściu na dół jeszcze chwilę kręcimy się po okolicy, podziwiamy krzew granatu z dorodnymi owocami. Docierają do nas Monika i Tomek, decydujemy się wracać, nie śpieszymy się po drodze często przystajemy, oglądamy rozległe stepowe tereny, obserwujemy jastrzębia który usiadł na drodze i nie chce z niej zejść, musieliśmy się zatrzymać i poczekać aż sobie odleci. Jest niemiłosiernie gorąco, a pomyśleć że jeszcze parę dni temu marzliśmy pod Kazbekiem. Jak już jesteśmy zmotoryzowani , postanawiamy zajrzeć nad Tbiliskie Morze, jest to sztuczny zbiornik, znajdujący się nad Tbilisi, latem miejsce spotkań i kąpieli. Podjeżdżamy nad sam zbiornik, zostawiamy auto i idziemy się przejść, wieje jak nad prawdziwym morzem, jest już wieczór, słońce pomału zachodzi więc nie decydujemy się na kąpiel, wracamy do auta i wracamy do hostelu. Uświadamiamy sobie że dzisiaj prawie nic nie jedliśmy, poza śniadaniem idziemy więc do już nam znajomej knajpki, już mi trochę bokiem wychodzą chaczapuri i chinkali, więc zamawiam coś na kształt lecza, sporo duszonej papryki, bakłażany i baranina, delikatnie pikantne, do tego wspaniale wchodzi zimne piwko :) . Zmęczenie daje nam do zrozumienia że lepiej się już dzisiaj nie wybierać, robimy więc zakupy, czyli zimne napoje na posiedzenie na balkonie i wracamy do hostelu, nasi dzisiejsi towarzysze pakują się, dostali wiadomość że podobno ma być okno pogodowe i próbują jutro dostać się do Kazbegi. My już nawet o tym nie myślimy, zostały nam 2 dni w Gruzji. Jeśli chcę wejść na Kazbek to muszę pomyśleć o następnej wyprawie. Dzwonię do domu, to już taki rytuał, przynajmniej raz dziennie odzywam się do najbliższych żeby się nie martwili. Siadamy z Arturem na balkonie, zimne piwko przyjemnie smakuje, przychodzi Jurek, właściciel, siada, zaczynamy rozmawiać, opowiada jak się znalazł w Gruzji, dlaczego się zdecydował na taką działalność, już od najmłodszych lat jeździł po świecie, pokazuje nam zdjęcia s przed kilkunastu, a nawet więcej lat, jak był w Azji, Tajlandii, Indiach. Fajnie jest tak spędzać czas, nie wiem jednak czy odważyłbym się na taką daleką podróż. Czas na rozmowie szybko płynie, już jest po północy, na jutro nie mamy żadnych planów, zostanie więc dalsze zwiedzanie Tbilisi.

 

Dzień 12-13 | Tbilisi + Powrót do domu

Wstajemy po 8.00 rano, schodzimy do jadalni, pusto, nasi wczorajsi towarzysze pojechali jednak na Kazbek, nie ma nikogo, szykujemy śniadanie i zastanawiamy się co dalej. Dzisiaj już kończy się nasz pobyt w Gruzji, trzeba się spakować. Dogadaliśmy się z Jurkiem że plecaki zostawimy u niego w biurze i On nas odwiezie wieczorem na lotnisko. Po spakowaniu się wychodzimy z hostelu i idziemy w stronę metra, jedziemy do centrum, schodzimy do mostu Pokoju i przechodzimy nim na drugą stronę. Kręcimy się po Parku, siadamy na ławkach, obserwujemy ludzi którzy tutaj przychodzą, czas powoli płynie. Około 13.00 idziemy coś zjeść, szczerze to już trochę mam dość kolendry którą ładują w ogromnych ilościach do  chinkali. Znajdujemy miłą knajpkę, decyduję się na gulasz i jakieś sałatki. Po obiedzie jeszcze trochę siedzimy w knajpce, na zewnątrz mocno grzeje słońce a tutaj jest miło i chłodno, niestety coś co dobre szybko się kończy, wychodzimy na wrześniowe słońce, nie mamy ochoty jednak przebywać w upale, więc wybieramy boczne wąskie uliczki i spokojnie sobie nimi spacerujemy, podziwiamy piękne choć mocno zaniedbane drewniane balkony, trafiamy pod jedyną w Tbilisi synagogę, jest zamknięta więc oglądamy ją tylko z zewnątrz. Na straganach robimy ostatnie zakupy, pamiątki dla bliskich i czurczele, to Gruziński przysmak, orzechy moczone w syropie z winogron. Powoli dociera do mnie że za kilka godzin skończy się ta sielanka, trzeba wracać, idziemy do stacji metra i w drogę  do hostelu.

Przed hostelem zaglądamy do knajpki w której bywaliśmy dosyć często, żegnamy się z obsługą, bardzo miłą. Kurcze Ci ludzie traktują Nas jak dobrych znajomych :)

Jest około 18.00 dzień minął dzisiaj wyjątkowo leniwie, w hostelu zatrzymała się czwórka dziewczyn z Polski jest czas na rozmowy, One dopiero przyjechały do Gruzji więc są ciekawe co można tutaj pozwiedzać. Czujemy się jak starzy bywalcy mówiąc im co i gdzie można zobaczyć.  

Na rozmowach schodzi nam do 22.00, jesteśmy umówieni że o 23.00 Jurek zawiezie nas na lotnisko. Żegnamy się z dziewczynami które idą na miasto, my szybki prysznic, pakowanie suwenirów dla najbliższych i przed 23.00 jesteśmy gotowi. Znosimy plecaki (które znowu są ciężkie) na schody przed hostelem, Jurek już czeka więc pakujemy się do auta i w drogę na lotnisko. Jedziemy dłuższą trasą, nie śpieszy się Nam, a z chęcią pooglądamy jeszcze miasto nocą.  Około 24.00 jesteśmy na lotnisku odlot mamy o 4.55, więc jeszcze sporo czasu. Zegnamy się z Jurkiem, fajnie poznawać takich ludzi, mam nadzieję że jak kiedyś się odważę jeszcze wybrać w jakąś podróż to spotkam więcej takich osób na swojej drodze. Po odprawie  bagaży, siadamy sobie spokojnie na lotnisku i nawet udaje nam się trochę zdrzemnąć. Przed 5.00 odlatujemy do Warszawy, gdzie jesteśmy około 6.00. naszego czasu, podróż minęła szybko i bezpiecznie. Z Warszawy mamy lot do Wrocławia o 10.35, jest czas żeby się trochę zdrzemnąć, znajdujemy spokojne miejsce i próbujemy zasnąć. Artur dostrzega pod siedzeniami telefon, podnosi go i decyduje że zaniesie do informacji. Ja zostaję przy bagażach i zauważam że niedaleko od nas pewien pan zaczyna się nerwowo klapać po kieszeniach a następnie zaczyna rozglądać po holu lotniska, podchodzę do Niego, okazuje się że to Włoch i zgubił telefon, jest bardzo zdenerwowany, dzwonię szybko do Artura, okazuje się że już oddał telefon w informacji. Mówię więc Włochowi że najprawdopodobniej jego telefon jest w informacji i pokazuję gdzie ma się udać. Przychodzi Artur i mówię Mu o całej sytuacji, po kilku minutach podchodzi już uspokojony Włoch i bardzo nam dziękuje za oddanie telefonu i uczciwość. Tym sympatycznym akcentem żegnamy się z Warszawą, wsiadamy do samolotu i około 11.20 lądujemy we Wrocławiu. Odbieramy ciężkie plecaki, na lotnisko przyjechał po nas Tato Artura, ruszamy więc do domu, około 14.00 jestem już w domu, ogromnie zmęczony ale też szczęśliwy że bezpiecznie tutaj dotarłem.

Już w drodze powrotnej rozmawiałem z Arturem, że jednak chciałbym wrócić na Kazbek, On też by chciał więc mam nadzieję że w przyszłym roku znowu stanę na Gruzińskiej, jakże przyjaznej ziemi i zmierzę się z górą która wycisła ze mnie litry potu i łez. Ta podróż bardzo dużo mnie nauczyła, nic w górach nie można lekceważyć i najważniejsze jest doświadczenie którego jeszcze nie mam.

Na tym wyjeździe też przekonałem się co warta jest prawdziwa przyjaźń i całym sercem mogę powiedzieć że Artur jesteś prawdziwym przyjacielem.

 

Koszta transportu i noclegów

  • Bilet lotniczy 1500 zł.

  • 2 noclegi pod Meteo 20 lari za namiot : na 2 osoby = 10 lari

  • 4 noclegi u Wasilija 140 lari od osoby

  • Transport do Juty 20 lari za osobę

  • Transport Kazbegi Tbilisi 20 lari za osobę

  • 3 noclegi w hostelu w Tbilisi 60 lari od osoby

  • Metro w Tbilisi około 10 lari od osoby

  • Wypożyczenie auta do Dawid Garedży 25 lari od osoby + paliwo 15 lari od osoby

  • Transport na lotnisko w Tbilisi 20 lari od osoby

  • Transport Mieroszów – Wrocław, Wrocław – Mieroszów  100 zł

  • do tego koszty wyżywienia...

Wrażenia i przemyślenia
Klaudiusz Cezar Słomczyński

Najnowsze komentarze

  • Beata powiedział(a) Więcej
    Super! Bardzo inspirujące są Twoje dzienniki! Dziękuję :D czwartek, 20 sierpień 2020
  • Marcin Flieger powiedział(a) Więcej
    GRATULUJĘ! Nagroda w pełni zasłużona za lata promocji Gminy Mieroszów na całym świecie! Wielkie BRAWA również... czwartek, 06 czerwiec 2019
  • Ewa Tracewska powiedział(a) Więcej
    Super jak zawsze  piątek, 30 listopad 2018
  • Damian powiedział(a) Więcej
    To ja dziękuję za tak wspaniałą ekipę ! ;)) Czym byłaby Korsyka bez was, i przy waszych ohhhhah i ahhhach i tak se... piątek, 30 listopad 2018
  • Monika powiedział(a) Więcej
    WOW :D środa, 28 listopad 2018