Spis treści

Dzień 4 | Wyjście aklimatyzacyjne

Wstajemy około 8.00, noc nie do końca przespana, jestem zmęczony ale nie ma co się mazać, robimy herbatę i naradzamy się co dalej, nie wspominam jednak Arturowi o moich nocnych przemyśleniach. Idziemy do schroniska, jest tam prymitywna świetlica, siedzi tam większość ludzi, spotykamy Polaków którzy chcą wyjść dzisiaj na wyjście aklimatyzacyjne, umawiamy się że idziemy z Nimi, Marka dopadła biegunka, odpuszcza sobie i będzie chyba schodził, szkoda bo okazał się fajnym człowiekiem, nawet Artur się do Niego przekonał. Pod schronisko podjeżdża kilkanaście osób na koniach i z kałachami na plecach, podejrzewamy że to jacyś przemytnicy, bo tak też wyglądają, nie warto z takimi zadzierać.

Zbieramy się i około 10.00 w kilka osób wychodzimy w górę, idzie z nami chłopak z Polski,  jest rozbity poza obozowiskiem żeby nie płacić za namiot, po chwili rozmowy  okazuje się że jest bezrobotnym i przyjechał do Gruzji sam na stopa. Idą też te 2 dziewczyny z chłopakiem o których już pisałem że zeszli wcześniej z lodowca, są to Polki mieszkające w Anglii i ich angielski znajomy, to ich pierwsze taki wypad, są całkowicie nieprzygotowani, nie wiedzieli że przy schronisku jest woda i wnieśli ze sobą 12 butelek czyli 18 litrów wody. Anglik jeszcze nigdy nie był w górach, nawet nie ma pojęcia gdzie się dokładnie znajduje, ubrał raki i od razu się wywalił, mam nadzieję że odpuści sobie dalsze wejście. Dochodzimy trochę powyżej 4000 metrów, wchodzimy na lodowiec, zakładamy raki, moje pierwsze przejście w rakach, nie ma tragedii. Mocno wieje, decydujemy się wracać. W grupie większość stanowią Polacy, około 10 osób, umawiamy się że jutro próbujemy wejść na Kazbek.

Po powrocie do schroniska okazuje się że rzekomi przemytnicy to świta Prezydenta Gruzji Micheila Saakaszwili który też już jest w schronisku i będzie próbował zdobyć Kazbek.

Idziemy do namiotu, szykujemy jedzenie, ale decydujemy się zjeść w schronisku na świetlicy, na dworze zimno więc wszyscy tam przebywają, jest sporo ludzi. Przysiadamy się do grupy rosyjskiej, mają przewodnika, zaczynamy rozmawiać, pytają się jakie do tej pory zdobyliśmy szczyty, jak im mówię że najwyżej byłem na Snieżce w Karkonoszach, to nie wiedzą o czym mówię, podaję im wysokość Śnieżki i już jest rozluźniona atmosfera. Mówią że w najbliższym czasie nie zapowiada się okno pogodowe i nie będzie szans wyjścia na Kazbek. Mam nadzieję że się mylą.

Po jakimś czasie wchodzi osoba z obsługi schroniska i informuje wszystkich że za pół godziny mamy opuścić jadalnię, Pan Prezydent będzie jadł kolację, wychodząc mijam Go w korytarzu, zwykły normalny człowiek, uśmiecha się, wita i idzie dalej. Wracamy z Arturem do namiotu, Marek zszedł na dół, zaczynamy się szykować na jutrzejsze wyjście, pogoda nie nastraja optymistycznie, pada deszcz i bardzo mocno wieje, kładziemy się szybko spać, budziki nastawione na 1.00. o 2.00 powinniśmy być gotowi do wyjścia. Leżę i myślę co mnie jutro czeka, teraz już wiem że Kazbek to nie przelewki, zbyt pewnie podszedłem do tego wyjazdu, wiem że nie będzie łatwo, co ja gadam będzie bardzo trudno, nie wiem co nas może czekać wyżej, jak się będzie oddychać, już dzisiaj na wysokości 4000 m było mi z tym ciężko. Nie mogę zasnąć, większość nocy leżę i wsłuchuję się w wiatr który momentami  bardzo mocno wieje, do tego pada deszcz, a to oznacza że nie będzie możliwe wyjście, udaje mi się zasnąć.

 

Dzień 5 | Odwrót :(

Budziki dzwonią o 1.00, wstajemy, wyglądamy przed namiot, nie widać gwiazd, niebo zasnute chmurami, pada deszcz ze śniegiem, nikogo nie widać żeby się szykował do wyjścia, idę do ubikacji (tej bez dachu) następnie zaglądam do schroniska, nikt nie będzie dzisiaj wychodził na szczyt, wracam do namiotu i podejmujemy z Arturem decyzję że też sobie odpuszczamy. Kładziemy się spać, wstajemy około 7.00 i idziemy na stołówkę, tam nastroje nieciekawe, prognozy na najbliższe dni nie są optymistyczne, większość ekip chce schodzić na dół. Rozmawiam z Rosjanami, oni też schodzą, nie ma szans na zdobycie góry w najbliższym czasie. Nastroje złe, kurczę może jednak zostać i poczekać, ale jak mamy bezsensownie tracić tutaj czas to lepiej pozwiedzać Gruzję. Podejmujemy z Arturem decyzję że też schodzimy, idziemy złożyć namiot i spakować się, niełatwe zadanie jak pada deszcz. Przed 10.00 zaczynamy schodzić, razem z nami idzie jeszcze kilka osób, przejście przez lodowiec nie sprawia trudności, nie ma żadnych szczelin, a teraz idziemy w rakach więc dość szybko pokonujemy lodowiec. Krótki postój przy wodospadzie, robimy zdjęcia i idziemy dalej, dochodzimy do rzeki, znowu szukamy miejsca gdzie można się przeprawić, uzupełniamy tez wodę. Udaje nam się przejść bez strat, decydujemy się zrobić następny postój na przełęczy, dojście tam zajmuje nam około 40 minut. Niestety na przełęczy wieje więc szybko zaczynamy schodzić dalej, w oddali widać już kościółek, jakieś 60 minut i tam będziemy. Jest fajna pogoda, w dole zbierają się małe chmurki, a dookoła wysokie góry i super widoki. Schodzimy z czwórką Polaków, mają zarezerwowaną kwaterę więc decydujemy się że też tam spróbujemy sobie załatwić nocleg. Przed kościółkiem Artura zaczyna boleć noga, decyduje się że zjedzie od kościółka samochodem, podjeżdżają tam samochody terenowe, pytamy się jednego kierowcy czy Go zabierze, zgadza się, tylko musi poczekać jakieś 20 minut więc Artur zostaje a my schodzimy dalej. Na dole spotykamy się przy takim małym sklepie, gdzie można też zjeść i wypić piwo, po piwie idziemy oddać sprzęt do wypożyczalni a następnie na kwaterę do Wasilija,  to chyba najbardziej znany człowiek w Kazbegi, ma miejsce więc zostajemy u Niego na noc, nocleg ze śniadaniem i kolacją 35 lari czyli jakieś 70 zł.

Na kwaterze jest jeden prysznic więc kąpiel dla 6 osób zajmuje nam trochę czasu, już wykąpani dostajemy kolację i idziemy na jakieś piwko, spędzamy w miasteczku czas do późnego wieczora, piwko, winko, fajnie leci czas, tylko ogromny niedosyt że musieliśmy odpuścić sobie Kazbek. Wracamy na kwaterę, dzwonię do domu, rozmawiam z mamą, jeszcze długo siedzimy i rozmawiamy, Kinga i Marek to para, mają wynajęty samochód, jutro chcemy z Nimi podjechać przez Wąwóz Darialski do granicy, podobna są tam bardzo piękne widoki. Późno po północy idziemy spać, budziki nastawione na 8.00. zanim zasnę myślę o całej sytuacji, zdobyłem nowe doświadczenie, ta góra jest strasznie wysoka, za bardzo ją zignorowałem, wiem że jeszcze kiedyś będę chciał ją zdobyć.

 

Dzień 6 | Kazbegi

Wstajemy około 8.00, dostajemy śniadanie, pyszne rzeczy i nie tak mało, najadamy się i myślimy co dalej, pada drobny deszcz, ja, Artur, Kinga i Marek wybieramy się około 11.00 wąwozem w stronę granicy. W wąwozie gniazdują sępy płowe i orłosępy, ale na zobaczenie tych ptaków nie ma dzisiaj szans. Dojeżdżamy prawie pod granicę, zatrzymujemy się pod monastyrem Archaniołów Michała i Gabriela, znanym jako Czerwony Monastyr z racji koloru kamienia z którego został zbudowany. Jak tak stoimy i robimy zdjęcia podjeżdża samochód wywrotka  a w szoferce siedzi mnich w habicie, ciekawy widok. Ruszamy z powrotem, niebo zasnute chmurami, podobno miejscami ściany wąwozu mają około 1000 m wysokości, dzisiaj niestety nie jest nam dane tego oglądać, chmury wiszą bardzo nisko. Dojeżdżamy do Kazbegi, żegnamy się z Kingą i Markiem oni ruszają w dalszą drogę a my idziemy coś zjeść. Trafiamy do małej knajpki, zamawiamy piwo i szaszłyki, piwo dostajemy szybko natomiast szaszłyki będą dopiero szykowane. Siedzimy i obserwujemy jak pan z obsługi szykuje szaszłyki a następnie rozpala ognisko z desek które najprawdopodobniej pochodzą z budowy, na dwóch pustakach ma zrobiony prymitywny ruszt i tam lądują nasze szaszłyki. Wyposażenie, warunki higieniczne nie do przyjęcia u nas w Polsce tutaj są standardem. Zamawiamy po drugim piwie, przynosi je nam chłopak trochę młodszy od nas, pyta skąd jesteśmy, nawiązuje się rozmowa. Okazuje się że lokal prowadzą jego rodzice a On mieszka w Tbilisi, jak jest tutaj to im pomaga. Pyta się nas po co przyjechaliśmy do Gruzji, długo rozmawiamy, w międzyczasie nasze szaszłyki już są gotowe i lądują przed nami, są ogromne i pyszne. Młody gospodarz mówi że jesteśmy jego gośćmi i częstuje nas czaczą, jest to gruziński bimber, bardzo dobry.

Po posiłku idziemy zwiedzić muzeum które znajduje się w miasteczku, muzeum niewielkie, dużo starych zdjęć i mebli, trochę przedmiotów codziennego użytku, sporo obrazów, niestety wszystko opisane językiem gruzińskim więc za wiele nie dowiedzieliśmy się historii miasteczka i okolic. Po wyjściu z muzeum, spotykamy na główny placu Wasilija naszego gospodarza, po rozmowie z Nim idziemy do poleconej przez Niego  knajpki, która znajduj się w Gergeti wiosce przez którą idzie się jak chce się wejść na Kazbek. Knajpka leży na samym szczycie wioski, mijamy po drodze opuszczone domostwa, a także zamieszkane które wyglądają jak by je budowano z materiałów które akurat były pod ręką. Po drodze kręcą się cielaki, krowy, indyki, trafiamy też na świnkę która sobie spaceruje po jezdni. Dochodzimy do baru, jest piękny widok na okolicę, do tego jeszcze wychodzi słońce i na niebie ukazuje się tęcza, Pytam dziewczyny z baru jak się to wymawia w ich języku, niestety nie potrafiłem tego wypowiedzieć, Ona za to świetnie poradziła sobie z językiem polskim. Schodząc w dół zachodzimy do małego sklepiku, okazuje się że właściciel to brat Wasilija, zamawiamy u Niego czaczę, ma kilka smaków więc trochę schodzi popróbowanie wszystkich. Jesteśmy jedynymi klientami więc właściciel siedzi z nami, pytamy jak im się tu żyje, co robią zimą jak nie ma turystów, On jest ciekawy co nas skłoniło do przyjazdu do Gruzji, na tych rozmowach schodzi nam prawie do wieczora, już na lekkim rauszu schodzimy do miasteczka. Wracamy na kwaterę, zbliża się pora kolacji, jest trójka Rosjan, jemy razem i rozmawiamy, są z Czelabińska, w lutym tego roku spadł u nich meteoryt, dość głośno było o tym w mediach. Po kolacji częstujemy ich winem, Oni wyciągają rosyjską wódkę, dwóch starszych to bracia, a młodszy jest synem jednego z nich, na rozmowach schodzi nam do nocy, okazuje się że nasz rosyjski nie jest taki najgorszy :) Jutro planujemy dalsze zwiedzanie okolic, pogoda się poprawia więc zaczynamy myśleć o ponownej próbie wejścia na Kazbek. Ale to jutro, dzisiaj szybko zasypiamy, „rozmowa” z Rosjanami zrobiła swoje :)

 

Dzień 7 | Sno + Trekking nad Kazbegi

Pobudka o 8.00, trochę boli głowa po nocnych „rozmowach’’ z Rosjanami, zbieramy się na śniadanie, przy stole dwójka Rosjan, trzeci nie dał rady wstać, proponuję im po lampce wina, bronią się jak diabeł przed święconą wodą :) Jemy śniadanie i myślimy co dalej, chcemy znowu spróbować wejść na Kazbek, ale najpierw lekkie rozruszanie, idziemy do Sno. Kilka kilometrów drogą, nic ciekawego, oprócz starszego pana z wielbłądem, spotykamy tam też chłopaka studenta z Polski, pomaga oporządzać wielbłąda, wyjaśnia nam że to wielbłądzica, pochodzi z cyrku z Rosji a idą z nią do Iranu, muszą zdążyć przed zimą, jeszcze kawał drogi przed nimi. Po krótkiej rozmowie idziemy dalej. Po drodze kręcą się osiołki, krowy, nikt ich nie pilnuje, w pewnym momencie widzimy jak spaceruje sobie dość spory byczek, rozglądamy się gdzie by tu można w razie czego uciec, nie ma żadnych drzew tylko jakiś płot z pordzewiałego żelastwa, marne schronienie, na szczęście byczek mija nas nawet nie zwracając na nas uwagi, uff. po jakiejś godzinie mijamy po drodze kamienne twarze wykute z wielkich głazów porozrzucanych po łące a następnie dochodzimy do Sno, malutka wioseczka z jedną wieżą rodową i kościołem, jest to letnia rezydencja patriarchy kościoła Gruzińskiego, teraz rozumiem dlaczego ten kawałek drogi jest tak dobrze zrobiony, żadnych dziur i wertepów, widzimy jak podjeżdża samochód, wysiada z niego młody człowiek a po chwili wychodzi z kościoła zakonnik i święci to auto, teraz będzie mógł już bezpiecznie szaleć po górskich drogach :) Chwilę się kręcimy po wiosce, jest malutka, przepływa przez nią rzeka na której jest zbudowana tama i pływa bardzo dużo pstrągów. Wracamy, około południa jesteśmy z powrotem w Kazbegi, idziemy do wypożyczalni i uzupełniamy sprzęt na jutrzejsze wyjście, następnie obiad w knajpie i idziemy pokręcić się po okolicy, wychodzimy nad miasteczko, fantastyczny widok na Kazbek i okolice, świeci słonce jest ciepło, obserwujemy pasące się w zagrodzeniu krowy. Schodzimy do miasteczka i udajemy się w stronę granicy, chcemy dojść do wodospadu Gveleti, ruch na drodze spory, jest to droga do jedynego przejścia granicznego z Rosją, trzeba uważać na przejeżdżające samochody. Widzimy jak jedno auto zaczyna wyprzedzać drugie i gdybyśmy nie odskoczyli to mogło by nas zahaczyć, w międzyczasie przejeżdża policja, której jest dosyć sporo, widząc ten manewr zatrzymuje feralne auto, po czym podjeżdżają do nas i pytają się czy nic nam się nie stało, po krótkiej rozmowie i zapewnieniu że jest wszystko ok. odjeżdżają, a my ruszamy dalej. Niestety do wodospadu nie dochodzimy, wracamy, spotykamy po drodze czwórkę Gruzinów którzy chcą zrobić sobie z nami zdjęcia, następnie chwilę rozmawiamy, fajne nastawienie ludzi do turystów :) Wracamy obowiązkowy przystanek w barze na głównym placu, piwko i idziemy na kolację, dzisiaj Rosjan nie ma, więc będzie spokojnie :) po kolacji pakujemy się na wyjście i część rzeczy zostawiamy na kwaterze, idziemy wcześniej spać, jutro z rana pobudka. Dzwonię do Oli i mówię że chcemy jeszcze raz spróbować zdobyć Kazbek. Zanim zasypiam analizuje to co chcemy jutro zrobić, wiem że znowu będzie trudno ale jak spoglądam na tę górę to mam wielką ochotę na nią wejść, jest Piękna.

 

Najnowsze komentarze

  • Beata powiedział(a) Więcej
    Super! Bardzo inspirujące są Twoje dzienniki! Dziękuję :D czwartek, 20 sierpień 2020
  • Marcin Flieger powiedział(a) Więcej
    GRATULUJĘ! Nagroda w pełni zasłużona za lata promocji Gminy Mieroszów na całym świecie! Wielkie BRAWA również... czwartek, 06 czerwiec 2019
  • Ewa Tracewska powiedział(a) Więcej
    Super jak zawsze  piątek, 30 listopad 2018
  • Damian powiedział(a) Więcej
    To ja dziękuję za tak wspaniałą ekipę ! ;)) Czym byłaby Korsyka bez was, i przy waszych ohhhhah i ahhhach i tak se... piątek, 30 listopad 2018
  • Monika powiedział(a) Więcej
    WOW :D środa, 28 listopad 2018