Spis treści

Dzień 8 | Juta

Pobudka o 5.00, wyglądamy przez okno, złapał mróz, jest około – 5 stopni, nad Kazbekiem ogromna chmura, jednak nie jest nam dane tam dotrzeć, rezygnujemy i kładziemy się spać. Wasilij budzi nas o 8.00, pyta czy nie chcemy jechać do Juty, ma dwoje Izraelczyków i szuka jeszcze dwóch osób na tę wycieczkę, decydujemy się że pojedziemy.

Jemy śniadanie, masakra jakie pyszne i jaka różnorodność potraw, a podobno ludzie narzekają na to jedzenie że niby Wasilij oszczędza i nie daje dobrze zjeść. Około 9.00 pakujemy się do Łady Niwy i ruszamy, po drodze mijamy Sno, i zaczyna się ciekawa droga, a raczej bezdroże, z przepaściami po prawej stronie. Po jakiejś godzinie jazdy od Sno docieramy do maleńkiej osady, to Juta, wysiadamy i umawiamy się na powrót, i tutaj ciekawa sytuacja, ja zrozumiałem że wracamy o 5 popołudniu a Artur że za 5 godzin, ciekawe kto będzie miał rację ? wychodzimy na szlak który o dziwo jest oznaczony tak jak w Polsce, okazuje się że oznaczali go Polscy wolontariusze, a więc zaczyna tutaj docierać normalność. Po jakiś 90 minutach stwierdzamy że nie idziemy dalej, wracamy, tym bardziej że naciągają chmury. Docieramy do Juty, na ścieżce za krzakami widzę że stoi spory cielak, niestety jak podchodzimy bliżej okazuje się że to nie cielak tylko pies, jest ogromny, wolimy nie wchodzić mu w drogę i przedzieramy się przez zarośla żeby go ominąć, pierwszy raz widziałem takiego wielkiego psa. Sporo w wiosce uli, uprawiać tutaj raczej się nic nie da, więc mieszkańcy radzą sobie jak mogą. Mijamy domy które wyglądają jak by były zbudowane ze wszystkiego co było akurat pod ręką, ciekawe jak wyglądają w środku?  Nie mają kominów, więc są ogrzewane gazem, który jest doprowadzony do wioski. Zatrzymujemy się nad rzeką, fajny plener, robimy zdjęcia dla Mild-a, w końcu umowa musi być zrealizowana. Sielanka nie trwa jednak w nieskończoność, robi się coraz zimniej, zachodzimy do jedynego baru i zamiast piwa bierzemy ciepłą herbatę. Rozmawiamy z właścicielką, mówi nam że większość mieszkańców Juty jest ze sobą spokrewniona, a tylko niewielka część mieszka tutaj na stałe, Ona mieszka w Tbilisi i przyjeżdża na sezon. Bywają lata że wioska ze względu na obfite opady śniegu jest odcięta od świata kilka miesięcy, trzeba narobić sporo zapasów żeby przetrwać zimę, dlatego większość decyduje się wyjechać na zimę. Po jakiejś godzinie wychodzi słońce i robi się ciepło, decydujemy się z Arturem że będziemy schodzić w dół, po drodze spotkamy Wasilija, w końcu jest tutaj tylko jedna droga. Schodzimy pięknym wąwozem, w dole wije się rzeka, na trawiastych zboczach wypasa się bydło, dookoła piękne góry, w oddali widać przepiękny masyw Kazbeku, lata nad nim helikopter (po powrocie dowiedzieliśmy się że zabierał prezydenta Szakaszwilego, nie udało mu się wejść na szczyt). Po drodze widzimy opuszczone domy, niestety starzy mieszkańcy odchodzą a młodzi wybierają łatwiejsze życie w dużych miastach, dolina pustoszeje:(nie spiesząc się pomału dochodzimy do Sno, mijamy wioskę i idziemy w kierunku Kazbegi, Wasilij powinien już być, jak dochodzimy do rozdroża dzwonię do Niego, mówi że zamiast Jego do Juty pojechał jego syn innym autem i teraz czeka na Nas w wiosce, tłumaczę mu że my zeszliśmy i gdzie jesteśmy, każe nam czekać , po jakimś czasie przyjeżdża auto którym kieruje syn Wasilija, okazuje się że mijał nas po drodze ale nie wiedział że to po nas jedzie na górę. Jak już sobie wszystko wyjaśniliśmy, wracamy do Kazbegi, idziemy do wypożyczalni oddać sprzęt który już nam się nie przyda, jutro jedziemy do Tbilisi. Wracamy na kwaterę, okazuje się że jest grupa młodych Izraelitów, zaczynamy z nimi rozmawiać, są strasznie hałaśliwi, jedna dziewczyna mówi że jej dziadkowie pochodzą z Polski lecz ona nie zna języka polskiego.  Nie mam uprzedzeń rasowych ale strasznie nie podoba mi się ich zachowanie, staram się jednak nie odzywać. Jemy kolacje i idziemy połazić po miasteczku, piwo w barze, rozmowy i robi się późno, wracamy, wszyscy chyba śpią, to dobrze. Kładziemy się , zanim zasnę myślę o naszej przygodzie z Kazbekiem, jutro wszystko się zakończy, mocno mi dała w kość ta góra, ale będę chciał na nią wrócić, tylko już z większą pokorą, przypomina mi się uczucie jakie miałem przy dojściu do Meteo, że nie uda mi się wejść na Kazbek, może coś jednak w tym było, może to nie mój czas na Tę górę, jest po 24.00, zasypiam.

 

Dzień 9 | Do Tbilisi

Pobudka o 8.00, wychodzimy na śniadanie, Izraelska grupa już jest, są jeszcze bardziej hałaśliwi niż wczoraj, zachowują się strasznie przy stole, mają pretensje do Wasilija że jest za mało jedzenia   (choć jest go bardzo dużo) biorą wędliny, sery, rękami próbują, wąchają a następnie odkładają z powrotem na półmiski, nie licząc się z tym że my to za chwilę będziemy jedli, staramy się z Arturem panować nad sobą ale z chęcią któremuś bym dał po mordzie. Sądząc po minie Wasilija, też ma ich dość a jednak stara się jak może żeby wszyscy byli zadowoleni. Kończymy szybko śniadanie, nie mam ochoty z nimi przebywać, pakujemy się i idziemy na placyk skąd odjeżdżają marszrutki. Jest rześko, świeci słońce, widok na Kazbek piękny, będę musiał go sobie zapisać w głowie, postanawiam też że tu wrócę. Wasilij dał nam namiary na polski hostel w Tbilisi, więc się kontaktuję, umawiamy się że jak będziemy na miejscu to ktoś po nas podjedzie. Wsiadamy do marszrutki, pomału się zapełnia, ruszamy, czeka nas jazda po górskiej drodze pełnej zakrętów i przepaści :) Droga trwa około 3 godzin, z tego 2 godziny wrażeń i emocji nad urwiskami przepaściami i z przepięknymi widokami na Kaukaz, oczywiście miejsca w marszrutce za wiele nie ma więc gnietliśmy się niemiłosiernie. Około 13. Jesteśmy na miejscu , tzn. na Placu Didube w Tbilisi, nie wzieliśmy pod uwagę że tutaj będzie znacznie cieplej jak w górach, mamy na sobie ciepłe ciuchy a temperatura przekracza 20 stopni, dzwonię do hostelu, umawiamy się na pobliskiej stacji benzynowej. Po jakiś 15 minutach przyjeżdża Jurek, właściciel hostelu, pakujemy się i ruszamy ulicami Tbilisi. Przeraża mnie jazda Gruzinów, wygląda to tak jakby nie obowiązywały tutaj żadne przepisy, Jurek udziela nam rad jak się poruszać po mieście i na co uważać.

Dojeżdżamy do hostelu, budynek 3 piętrowy ale niewiele w nim gości, dostajemy pokój, prymitywny, 2 piętrowe łóżka i nic więcej, dobre że jest balkon to będzie gdzie się piwa napić :)  przebieramy się i razem z Jurkiem idziemy na rekonesans, pokazuje nam knajpkę gdzie można zjeść i jak dojść do stacji metra. Zostajemy w knajpce i tutaj zdziwienie cena piwa jest dużo niższa niż w Kazbegi, oj będzie się działo :). po piwku ruszamy w stronę metra, hostel jest położony na obrzeżach miasta, na szczęście metro w Tbilisi dojeżdża wszędzie. My na razie poznajemy najbliższą okolicę, trafiamy na bazar gdzie robimy zakupy, małe poruszenie wśród handlarek sprawia nasz wygląd, ja łysy z kitką z tyłu głowy a Artur łysy z brodą, odznaczamy się wśród miejscowej ludności. Wracamy do hostelu, siadamy na balkonie i podziwiamy bloki które stoją niedaleko, prawie każde okno jest inne, nie ma tutaj żadnych obowiązujących norm budowlanych, okolica wygląda na ubogą, wszystko szare i odrapane tylko jak wyspa na oceanie stoi kościół który bardzo mocno się wyróżnia bogactwem. Decydujemy się pojechać do centrum, idziemy na stację metra kupujemy karty które musimy zasilić, udaje się :) dojeżdżamy do centrum jest późne popołudnie kręcimy się przy głównej ulicy Rustaveli i Placu Wolności, trafiamy do knajpki w fajnych podziemiach.  Piwo i wino mają naprawdę w śmiesznych cenach, po 3 lari a czaczę za 5, raj dla spragnionych turystów. Po kilku kolejkach idziemy dalej, kręcimy się po bocznych uliczkach, jest tutaj spokojnie, żadnych agresywnych zachowań. Dość wrażeń na dzisiaj, decydujemy się wracać, a więc w metro i po kilkunastu minutach jesteśmy już na naszej dzielnicy, zakupy w sklepie i do hostelu. Szybka kolacja i zasiadamy na balkonie, jest wieczór a na dworze gorąco, siadamy z jeszcze zimnym piwkiem i obserwujemy życie mieszkańców, jak przechodziliśmy obok kościoła zauważyłem że Gruzini przechodząc obok świątyni robią znak krzyża, nie ważne czy młodzi czy starzy, nawet w przejeżdżających autach kierowcy się żegnali. Oczywiście dzwonię do domu, krótka rozmowa, żeby się nie martwili. Przychodzi Jurek i proponuje nam wypożyczenie auta na cały dzień, opcja godna uwagi. Jest dosyć późno więc szykujemy  się spać, jesteśmy sami w pokoju, a nawet na piętrze.

Kolejny dzień pełen wrażeń, dotarliśmy do stolicy Gruzji, nie miałem pojęcia jak się tutaj odnajdziemy, miasto jest duże, położone na kilku wzgórzach. Zaczyna do mnie docierać że jednak takie podróżowanie jest fajne, od nikogo nie jesteśmy zależni, robimy to na co mamy ochotę, jest fajnie. Zasypiam optymistycznie patrząc na to co przyniosą nam kolejne dni.

 

Dzień 10 | Tbilisi

Pobudka przed 8.00, za oknem już mocno świeci słońce, nie tracimy czasu, zbieramy się i idziemy na targ, kupujemy pomidory, paprykę, kiszony czosnek, płacimy około 4 lari, do tego jeszcze chleb w piekarni i wracamy do hostelu, szykujemy śniadanie. Poznajemy parę Polaków, byli pod Kazbegiem, nie udało im się wejść, ich znajomi tam czekają na okno pogodowe, dogadujemy się że jutro wypożyczymy auto i gdzieś pojedziemy w czwórkę. Po śniadaniu kawka na balkonie, ale szkoda czasu, zbieramy się i wyruszamy w miasto. Po drodze wchodzimy do już znajomej knajpki, po zimnym piwku, krótka rozmowa z obsługą i  idziemy na metro. Metrem dostajemy się do centrum, schodzimy do rzeki, mijamy po drodze wspaniałe budynki z drewnianymi balkonami, zatrzymujemy się przy pomniku który wygląda jak grupa tańczących osób, robimy sobie zdjęcia i ruszamy dalej. Przechodzimy przez Most Pokoju, futurystyczną budowlę która powstała 3 lata temu, łączy dwie części miasta, Stare Miasto i nowoczesną dzielnicę. Pomysł prezydenta Szakaszwilego, zaprojektowany i zbudowany we Włoszech, dotarł do Tbilisi na 200 tirach. Za mostem jest nowoczesny park, i dolna stacja kolejki gondolowej która można wjechać nad starym Miastem do Twierdzy Narikali. Korzystamy z tej atrakcji i po kilku minutach jazdy jesteśmy na wzgórzu nad miastem, są tu ruiny Twierdzy, a nieopodal stoi ogromny pomnik Matki Gruzji, w jednej ręce trzyma miecz na wrogów a w drugiej puchar wina dla przyjaciół, pomnik góruje nad miastem, z drugiej strony wzgórza jest ogród botaniczny, jednak tym razem nie korzystamy z okazji zwiedzenia go. Jest około 13.00, słońce pali niemiłosiernie, schodzimy wąskimi uliczkami do miasta.

Przechodzimy obok Siarkowych łaźni, mocny zapach siarkowodoru unosi się po okolicy, jest to dość spory kompleks, z charakterystycznymi kopulastymi ceglanymi daszkami, przechodząc obok łaźni kierujemy się do wodospadu  który jest ukryty wśród skał dosłownie kilka minut od łaźni, jest tutaj fajny chłód. Decydujemy się spróbować chaczapuri po Adżarsku, trochę inne danie niż popularne chaczapuri, jest owalne przypomina kształtem łódkę bo jest daniem z nadmorskiego regionu Adżarii, na gotowy upieczony placek jest wbijane jajko które ścina się pod wpływem ciepła, znajdujemy lokal gdzie można spróbować tej potrawy. Po posiłku ruszamy dalej wąskimi uliczkami, jest tak gorąco że szukamy zacienionych miejsc, co rusz trafiamy na jakieś fajne miejsca. Postanawiamy przeczekać upał w fajnej, już znanej Nam z wczoraj knajpce znajdującej się tak jakby w piwnicy, jest tutaj chłodno. Zamawiamy po piwie, rozmawiamy, nagle słyszymy jak do knajpki wchodzą ludzie i rozmawiają po polsku, jednak jest tutaj sporo Polaków, dzwonię do Marka, umawiamy się na spotkanie wieczorem, jest około 17.30. decydujemy się na wyjście na zewnątrz, idziemy główną reprezentacyjną ulicą miasta, Aleją Rustaweli, dochodzimy do Placu Wolności, najbardziej reprezentacyjnego placu w mieście w wielkim pomnikiem św. Jerzego i ratuszem. Jest to też swego rodzaju rondo, ogromne rondo, stoimy kilka minut i nie mamy pojęcia jak kierowcy tutaj jeżdżą i jakie obowiązują zasady.  O 19.00 spotykamy się z Markiem, rozmawiamy, następnie Marek prowadzi nas do fajnej knajpki, jemy kolację, tym razem szaszłyki, grillowane papryki, no i oczywiście po lampce wina, trzeba przyznać że wino mają w Gruzji wyśmienite :). Metro jeździ do 23, więc pomału żegnamy się z Markiem, idziemy na najbliższą stację metra i wracamy do hostelu,  siadamy na balkonie, robi się fajnie, już nie ma tego skwaru. Spotykamy tę parę Polaków z którymi rozmawialiśmy rano i umawiamy się na jutro na 7.00, weźmiemy auto i pojedziemy w okolice Dawid Garedża. Okazuje się że w hostelu są nasi znajomi Rosjanie z Kazbegi, przyjechali tu na mecz eliminacyjny do mistrzostw świata 2014 w Brazylii, Gruzja – Francja, już jest po meczu a my będąc na mieście nawet nie zauważyliśmy nic szczególnego, żadnych grup kibiców, czy coś podobnego. Chwilę rozmawiam z Olą, opowiadam co dzisiaj robiliśmy, na szczęście w Polsce jest 2 godziny do tyłu więc nie jest jeszcze u Niej tak późno.

Kolejny bardzo aktywnie spędzony dzień, mimo moich niedociągnięć z językiem rosyjskim jakoś daje się dogadać z miejscowymi :) jednak zasada że jak ktoś chce się z Tobą dogadać to na pewno to zrobi, działa.

 

Dzień 11 | Dawid Garedża

Pobudka o 6.00, szybkie śniadanie, nasi znajomi czyli Monika i Tomek, para studentów już też są gotowi, bierzemy auto, terenowego jeepa i chcemy jak najszybciej wyjechać z miasta, widząc jak jeżdżą miejscowi mamy obawy jak nam się uda dostosować do panujących reguł. Musimy jeszcze zatankować, zjeżdżamy na stację paliw i pierwszy zgrzyt, nie mamy pojęcia jak się otwiera wlew paliwa, zajmuje nam to sporo czasu zanim go otworzymy. Po perypetiach na stacji paliw, ruszamy dalej kierujemy się na południe w kierunku granicy z Azerbejdżanem, robi się coraz bardziej gorąco a za oknami auta krajobraz zamienia się w step, po drodze parę razy wypytujemy o drogę i w końcu docieramy do maleńkiej miejscowości Udabno gdzie znajduje się Oasis Club, maleńka knajpka którą prowadzi para Polaków, Ksawery i Kinga,  można się tutaj napić kawy, coś zjeść, bardzo fajne klimatyczne miejsce, tym bardziej że w promieniu kilkudziesięciu kilometrów jest to jedyne takie miejsce. Korzystamy z gościny, oglądamy wystrój , który jest raczej surowy, większość mebli jest zrobiona z palet i desek, ale jest czysto i schludnie, jest sporo polskich książek, rozmawiamy z właścicielami, opowiadają co ich skłoniło do zamieszkania tutaj i jakie mają plany na przyszłość, podjeżdża następny samochód i okazuje się że to też Polacy, jednak to prawda że dużo Polaków odwiedza Gruzję. Właściciele Oasis sugerują że skoro mamy takie terenowe auto to możemy trochę zboczyć z trasy i pojechać wertepami do kompleksu klasztornego Udabno, tak też robimy.

Po dotarciu na miejsce, okazuje się że nie za bardzo lubią tam gości, wyszedł nam na spotkanie mnich, zapytał się skąd jesteśmy, chwilę z nami porozmawiał, jednak nie pozwolił nam zajrzeć do środka, nie był niemiły ale dał nam do zrozumienia żebyśmy już pojechali. Pożegnaliśmy się i ruszyliśmy dalej, po przejechaniu kilku kilometrów natrafiliśmy na przeszkodę w postaci bardzo wąskiej drogi nad kilkunastometrową przepaścią, skały były pod dość ostrym kątem, po kilku przymiarkach stwierdziliśmy że zbyt mało mamy doświadczenia z jazdą takim autem i jednak zawracamy, szukamy innej drogi, udało nam się jakoś zawrócić i po jakimś czasie dotarliśmy do szutrowej drogi która prowadziła do Dawid Garedży. Zostawiliśmy auto na parkingu i weszliśmy na teren kompleksu, następne zdziwienie, nikt nie pobiera żadnych opłat, wszystko jest za darmo. Po zwiedzeniu małego kościółka, udajemy się do miejsca ‘’Łzy Dawida ‘’, jest to maleńka grota, skąd wybija maleńkie źródło, które stało się relikwią. Jest tutaj spora wycieczka z Polski, rozmawiamy z nimi, przyjechali na objazdówkę po Gruzji i są trochę niezadowoleni z szybkości z jaką się ta wycieczka odbywa, zazdroszczą nam tej swobody i czasu jakim dysponujemy.  Decydujemy się wejść na górę, stoi tam maleńka kaplica, środkiem biegnie granica z Azerbejdżanem, a już po Azerskiej stronie są wykute jaskinie, kiedyś to był bardzo duży kompleks, mieszkało tutaj parę tysięcy mnichów. Na szczycie przy kaplicy siedzą Gruzińscy pogranicznicy, odpoczywają w cieniu z kałasznikowami na kolanach. Dookoła piękne widoki, krajobraz przypomina step i półpustynię, tutaj Rosjanie podczas wojny Afgańskiej mieli poligon, gdyż te tereny bardzo przypominają Afganistan. Społeczność gruzińska nie była z tego faktu zadowolona, jest to dla nich święte miejsce. Zaczynamy schodzić w dół, żeby sobie skrócić drogę wybieramy małą ścieżkę wśród na wpół uschniętych krzewów, nie był to dobry pomysł, tereny te są znane jako najbardziej obfite we wszelkiego rodzaju gady, i naocznie mogliśmy się przekonać jak gdzieś coś uciekało z pod nóg, wracamy na właściwą ścieżkę, już nie udajemy twardzieli:(. Po zejściu na dół jeszcze chwilę kręcimy się po okolicy, podziwiamy krzew granatu z dorodnymi owocami. Docierają do nas Monika i Tomek, decydujemy się wracać, nie śpieszymy się po drodze często przystajemy, oglądamy rozległe stepowe tereny, obserwujemy jastrzębia który usiadł na drodze i nie chce z niej zejść, musieliśmy się zatrzymać i poczekać aż sobie odleci. Jest niemiłosiernie gorąco, a pomyśleć że jeszcze parę dni temu marzliśmy pod Kazbekiem. Jak już jesteśmy zmotoryzowani , postanawiamy zajrzeć nad Tbiliskie Morze, jest to sztuczny zbiornik, znajdujący się nad Tbilisi, latem miejsce spotkań i kąpieli. Podjeżdżamy nad sam zbiornik, zostawiamy auto i idziemy się przejść, wieje jak nad prawdziwym morzem, jest już wieczór, słońce pomału zachodzi więc nie decydujemy się na kąpiel, wracamy do auta i wracamy do hostelu. Uświadamiamy sobie że dzisiaj prawie nic nie jedliśmy, poza śniadaniem idziemy więc do już nam znajomej knajpki, już mi trochę bokiem wychodzą chaczapuri i chinkali, więc zamawiam coś na kształt lecza, sporo duszonej papryki, bakłażany i baranina, delikatnie pikantne, do tego wspaniale wchodzi zimne piwko :) . Zmęczenie daje nam do zrozumienia że lepiej się już dzisiaj nie wybierać, robimy więc zakupy, czyli zimne napoje na posiedzenie na balkonie i wracamy do hostelu, nasi dzisiejsi towarzysze pakują się, dostali wiadomość że podobno ma być okno pogodowe i próbują jutro dostać się do Kazbegi. My już nawet o tym nie myślimy, zostały nam 2 dni w Gruzji. Jeśli chcę wejść na Kazbek to muszę pomyśleć o następnej wyprawie. Dzwonię do domu, to już taki rytuał, przynajmniej raz dziennie odzywam się do najbliższych żeby się nie martwili. Siadamy z Arturem na balkonie, zimne piwko przyjemnie smakuje, przychodzi Jurek, właściciel, siada, zaczynamy rozmawiać, opowiada jak się znalazł w Gruzji, dlaczego się zdecydował na taką działalność, już od najmłodszych lat jeździł po świecie, pokazuje nam zdjęcia s przed kilkunastu, a nawet więcej lat, jak był w Azji, Tajlandii, Indiach. Fajnie jest tak spędzać czas, nie wiem jednak czy odważyłbym się na taką daleką podróż. Czas na rozmowie szybko płynie, już jest po północy, na jutro nie mamy żadnych planów, zostanie więc dalsze zwiedzanie Tbilisi.

 

Dzień 12-13 | Tbilisi + Powrót do domu

Wstajemy po 8.00 rano, schodzimy do jadalni, pusto, nasi wczorajsi towarzysze pojechali jednak na Kazbek, nie ma nikogo, szykujemy śniadanie i zastanawiamy się co dalej. Dzisiaj już kończy się nasz pobyt w Gruzji, trzeba się spakować. Dogadaliśmy się z Jurkiem że plecaki zostawimy u niego w biurze i On nas odwiezie wieczorem na lotnisko. Po spakowaniu się wychodzimy z hostelu i idziemy w stronę metra, jedziemy do centrum, schodzimy do mostu Pokoju i przechodzimy nim na drugą stronę. Kręcimy się po Parku, siadamy na ławkach, obserwujemy ludzi którzy tutaj przychodzą, czas powoli płynie. Około 13.00 idziemy coś zjeść, szczerze to już trochę mam dość kolendry którą ładują w ogromnych ilościach do  chinkali. Znajdujemy miłą knajpkę, decyduję się na gulasz i jakieś sałatki. Po obiedzie jeszcze trochę siedzimy w knajpce, na zewnątrz mocno grzeje słońce a tutaj jest miło i chłodno, niestety coś co dobre szybko się kończy, wychodzimy na wrześniowe słońce, nie mamy ochoty jednak przebywać w upale, więc wybieramy boczne wąskie uliczki i spokojnie sobie nimi spacerujemy, podziwiamy piękne choć mocno zaniedbane drewniane balkony, trafiamy pod jedyną w Tbilisi synagogę, jest zamknięta więc oglądamy ją tylko z zewnątrz. Na straganach robimy ostatnie zakupy, pamiątki dla bliskich i czurczele, to Gruziński przysmak, orzechy moczone w syropie z winogron. Powoli dociera do mnie że za kilka godzin skończy się ta sielanka, trzeba wracać, idziemy do stacji metra i w drogę  do hostelu.

Przed hostelem zaglądamy do knajpki w której bywaliśmy dosyć często, żegnamy się z obsługą, bardzo miłą. Kurcze Ci ludzie traktują Nas jak dobrych znajomych :)

Jest około 18.00 dzień minął dzisiaj wyjątkowo leniwie, w hostelu zatrzymała się czwórka dziewczyn z Polski jest czas na rozmowy, One dopiero przyjechały do Gruzji więc są ciekawe co można tutaj pozwiedzać. Czujemy się jak starzy bywalcy mówiąc im co i gdzie można zobaczyć.  

Na rozmowach schodzi nam do 22.00, jesteśmy umówieni że o 23.00 Jurek zawiezie nas na lotnisko. Żegnamy się z dziewczynami które idą na miasto, my szybki prysznic, pakowanie suwenirów dla najbliższych i przed 23.00 jesteśmy gotowi. Znosimy plecaki (które znowu są ciężkie) na schody przed hostelem, Jurek już czeka więc pakujemy się do auta i w drogę na lotnisko. Jedziemy dłuższą trasą, nie śpieszy się Nam, a z chęcią pooglądamy jeszcze miasto nocą.  Około 24.00 jesteśmy na lotnisku odlot mamy o 4.55, więc jeszcze sporo czasu. Zegnamy się z Jurkiem, fajnie poznawać takich ludzi, mam nadzieję że jak kiedyś się odważę jeszcze wybrać w jakąś podróż to spotkam więcej takich osób na swojej drodze. Po odprawie  bagaży, siadamy sobie spokojnie na lotnisku i nawet udaje nam się trochę zdrzemnąć. Przed 5.00 odlatujemy do Warszawy, gdzie jesteśmy około 6.00. naszego czasu, podróż minęła szybko i bezpiecznie. Z Warszawy mamy lot do Wrocławia o 10.35, jest czas żeby się trochę zdrzemnąć, znajdujemy spokojne miejsce i próbujemy zasnąć. Artur dostrzega pod siedzeniami telefon, podnosi go i decyduje że zaniesie do informacji. Ja zostaję przy bagażach i zauważam że niedaleko od nas pewien pan zaczyna się nerwowo klapać po kieszeniach a następnie zaczyna rozglądać po holu lotniska, podchodzę do Niego, okazuje się że to Włoch i zgubił telefon, jest bardzo zdenerwowany, dzwonię szybko do Artura, okazuje się że już oddał telefon w informacji. Mówię więc Włochowi że najprawdopodobniej jego telefon jest w informacji i pokazuję gdzie ma się udać. Przychodzi Artur i mówię Mu o całej sytuacji, po kilku minutach podchodzi już uspokojony Włoch i bardzo nam dziękuje za oddanie telefonu i uczciwość. Tym sympatycznym akcentem żegnamy się z Warszawą, wsiadamy do samolotu i około 11.20 lądujemy we Wrocławiu. Odbieramy ciężkie plecaki, na lotnisko przyjechał po nas Tato Artura, ruszamy więc do domu, około 14.00 jestem już w domu, ogromnie zmęczony ale też szczęśliwy że bezpiecznie tutaj dotarłem.

Już w drodze powrotnej rozmawiałem z Arturem, że jednak chciałbym wrócić na Kazbek, On też by chciał więc mam nadzieję że w przyszłym roku znowu stanę na Gruzińskiej, jakże przyjaznej ziemi i zmierzę się z górą która wycisła ze mnie litry potu i łez. Ta podróż bardzo dużo mnie nauczyła, nic w górach nie można lekceważyć i najważniejsze jest doświadczenie którego jeszcze nie mam.

Na tym wyjeździe też przekonałem się co warta jest prawdziwa przyjaźń i całym sercem mogę powiedzieć że Artur jesteś prawdziwym przyjacielem.

 

Koszta transportu i noclegów

  • Bilet lotniczy 1500 zł.

  • 2 noclegi pod Meteo 20 lari za namiot : na 2 osoby = 10 lari

  • 4 noclegi u Wasilija 140 lari od osoby

  • Transport do Juty 20 lari za osobę

  • Transport Kazbegi Tbilisi 20 lari za osobę

  • 3 noclegi w hostelu w Tbilisi 60 lari od osoby

  • Metro w Tbilisi około 10 lari od osoby

  • Wypożyczenie auta do Dawid Garedży 25 lari od osoby + paliwo 15 lari od osoby

  • Transport na lotnisko w Tbilisi 20 lari od osoby

  • Transport Mieroszów – Wrocław, Wrocław – Mieroszów  100 zł

  • do tego koszty wyżywienia...

Wrażenia i przemyślenia
Klaudiusz Cezar Słomczyński

Najnowsze komentarze

  • Beata powiedział(a) Więcej
    Super! Bardzo inspirujące są Twoje dzienniki! Dziękuję :D czwartek, 20 sierpień 2020
  • Marcin Flieger powiedział(a) Więcej
    GRATULUJĘ! Nagroda w pełni zasłużona za lata promocji Gminy Mieroszów na całym świecie! Wielkie BRAWA również... czwartek, 06 czerwiec 2019
  • Ewa Tracewska powiedział(a) Więcej
    Super jak zawsze  piątek, 30 listopad 2018
  • Damian powiedział(a) Więcej
    To ja dziękuję za tak wspaniałą ekipę ! ;)) Czym byłaby Korsyka bez was, i przy waszych ohhhhah i ahhhach i tak se... piątek, 30 listopad 2018
  • Monika powiedział(a) Więcej
    WOW :D środa, 28 listopad 2018