Spis treści

O tym jak chciałem walczyć z lękiem wysokości podczas wspinania i jak smakuje prawdziwa Sangria :)

HISZPANIA 01.03 – 09.03 2019

Pomysł na wyjazd zrodził się u Marka, ja zdecydowałem się dosyć późno po rozmowach z Markiem jak będzie wyglądał cały wyjazd. Nie ukrywam że bałem się tego wspinania, jestem laikiem i do tego mam jeszcze lęk wysokości. Stwierdziłem jednak że trzeba spróbować, będzie co będzie, a jak było to przeczytacie poniżej.

Dzień 0 | Podróż

Zwalniam się z pracy o 18.00 i jadę pociągiem do Wrocławia, gdzie jestem po 20.00, jestem umówiony z Dorotą idziemy na pizzę i piwo a następnie jedziemy do Boba, skąd wyruszymy  2 samochodami w 9 osób, Ja, Marek, Bob, Artur, Dyzio, Krzysiek, Paweł, Michał, Piotrka zgarniemy po drodze w Kostomłotach (Sławek doleci z Londynu do Hiszpanii). U Boba są już Artur i Michał, jest około 22.00, otwieramy jakieś piwo i czekamy na resztę, do godziny 23.00 wszyscy się schodzą, pakujemy się do aut i w drogę do Berlina na Tegel skąd mamy samolot do Alicante. Po drodze zabieramy Piotrka, ja z Michałem kupujemy sobie mały zapas Soplicy i opróżniamy go w czasie jazdy, bez żadnych niespodzianek docieramy około 4.00 rano do Berlina, zostawiamy auto na parkingu w mieście niedaleko lotniska. Wylot mamy o 6.00, odprawiamy się, mamy jeszcze trochę czasu. Po wejściu do samolotu dość szybko zasypiam, nie pamiętam nawet startu, lot trwa około 2,5 godziny. Jesteśmy w Hiszpanii :)

Po nocnym opróżnianiu Soplicy mam apetyt na delikatne śniadanie.

 

Dzień 1 | Calpe

Około 8.30 lądujemy w Alicante, odbieramy bagaże i czekamy na Sławka który ma dolecieć z Londynu. Mam ochotę na hiszpańskie piwo, zamawiam więc San Miguel a do tego bagietkę z hiszpańską szynką, pyszności. Marek z Dyziem w tym czasie załatwiają auta w wypożyczalni, okazuje się że będziemy musieli dopłacić za jakieś ubezpieczenie, trudno i tak bywa, dostajemy Fiata 500 X i Dacie Duster. Dolatuje Sławek, pakujemy się do aut i w drogę, do przejechania około 60 km do miejscowości Calpe, tam mamy wynajęty dom. Po drodze robimy w markecie zakupy, a następnie stwierdzamy że szkoda dnia i ja, Marek, Piotrek Michał i Sławek zamiast do domu jedziemy się wspinać, wjeżdżamy w miasteczku na sam szczyt i dosłownie po 3 minutach marszu jesteśmy u podnóża Sierra de Toix gdzie są wytyczone drogi wspinaczkowe, każdy znajdzie tu coś dla siebie. Jest godzina 12.30, sporo czasu przed nami, w skałach jest parę osób, widoki piękne, szacuję że jesteśmy około 100 metrów na taflą morza, wieje dość mocny zimny wiatr, lecz nie przeszkadza przy wspinaniu. Ja jakoś nie za bardzo mam ochotę na spotkanie ze skałą więc kręcę się po okolicy, podziwiam widoki i robię zdjęcia. Obserwuję ptaki które gnieżdżą się w skałach i jaszczurki wygrzewające się w promieniach słońca. Podziwiam skały na których jest wytyczone bardzo dużo dróg wspinaczkowych, jest to raj dla wspinaczy, trudności różne, formacje piękne, fantastyczne miejsce, no i to morze w dole. Około 15.00 chłopaki już mają dość więc wracamy, odnajdujemy nasz dom okazuje się że jest około 10 minut na piechotę od skał :) W domu rozpakowujemy się, jest obszerny, ma parter i piętro, niestety tylko 8 miejsc w sypialniach więc 2 osoby muszą spać w salonie na kanapie, ja i Sławek decydujemy się na takie rozwiązanie, przy domu jest basen no i grill, będzie gdzie przesiadywać wieczorem. Jedziemy z Markiem i Sławkiem na zakupy, niestety do najbliższego sklepu jest około 20 minut jazdy samochodem po wąskich krętych dróżkach.

Część gdzie mieszkamy  jest położone na wzgórzu, a centrum jest ulokowane nad morzem, wszędzie drzewka pomarańczowe na których wiszą pomarańcze, niestety nie są smaczne, strasznie kwaśne. Po powrocie odpoczywamy, dzwonię do domu, opowiadam wrażenia z pierwszego dnia, część idzie na krótką drzemkę, ja ze Sławkiem siedzę na tarasie przy piwku, dawno się nie widzieliśmy, ostatni raz półtora roku temu na wyjeździe w Iranie więc jest o czym pogadać. San Miguel dobrze wchodzi podczas wspominek, robi się chłodno, wieje zimy wiatr, przenosimy się więc do środka, schodzą się inni, część była pochodzić po najbliższej okolicy, zbliża się wieczór. Rozpalamy grilla, dość mocno wieje więc nie dane nam będzie siedzieć na zewnątrz. Na ruszt lądują cienkie kiełbaski, mięso i papryka, do szklanek leje się piwko, jest super. Omawiamy plan na jutro, zapada decyzja że wszyscy idziemy się wspinać w tą okolicę co byliśmy dzisiaj. Na rozmowach schodzi nam do 1.00, umawiamy się że około 8.00 robimy śniadanie i idziemy spać. W domu jest dosyć chłodno, nie jest ogrzewany a zimny wiatr zrobił swoje, nie brałem śpiwora więc muszę zadowolić się kocem. Wczorajsza podróż daje znać o sobie, szybko zasypiam.

 

Dzień 2 | Calpe

Wstajemy około 8.30, robimy wspólne śniadanie, parówki, jajka na twardo, wędlina, ser, pomidory. Podczas śniadania ustalamy składkę na wyżywienie po 50 euro od osoby, będzie łatwiej robić wspólne zakupy. Nikt nie chce zostać skarbnikiem więc ja się zgadzam i u mnie ląduje 500 euro, można ruszać w miasto :)

Po śniadaniu pakujemy sprzęt i około 10.30 wychodzimy w skały, idziemy wyżej niż wczoraj i po około 20 minutach jesteśmy u podnóża skały, gdzie drogi są bardziej wymagające niż wczoraj, pogoda przepiękna, może jak na wspinanie się za bardzo grzeje słońce, bo skała jest nasłoneczniona nie ma nic cienia.

Chłopaki wybierają sobie drogi i ruszają w górę, ja robię zdjęcia. Krzysiek z Arturem zakładają „wędkę ‘’ i ja też robię sobie jedną drogę,  nie wiem dlaczego ale jakoś niepewnie się czuję, nawet nie wiem dlaczego. Stwierdzam że jednak to nie dla mnie i rezygnuję z dalszej wspinaczki. Kurczę miał być to wyjazd wspinaczkowy a mi coś nie idzie, za bardzo się spinam, w Sokolikach nie miałem tych problemów, może trzeba po powrocie poćwiczyć na spokojnie. Chłopaki za to rozkręcają  się coraz bardziej, robią coraz to nowe i trudniejsze drogi. Bob stwierdza że jest trochę zmęczony i schodzi na dół, spróbuje zejść do morza i tamtędy do miasteczka. Ja podchodzę jeszcze wyżej i znajduję fajną formację skalną, coś jak komin, schodzę mówię o niej chłopakom i część idzie tam popróbować. Na miejscu są 2 osoby okazuje się że to para z Polski, też przyjechali się tutaj wspinać, fajne miejsce, wymagające, obserwuję jak reszta się zmaga ze skałą. W międzyczasie obserwuję małe ptaszki które baraszkują w niskich zaroślach, są zwinne i fajnie śpiewają, z pod nóg uciekają zielone jaszczurki, mimo że się nie wspinam to dzień można zaliczyć do udanych. Około 14.00 większość robi sobie odpoczynek, rozkładamy się na nagrzanych skałach i korzystamy z kąpieli słonecznych. Tylko najbardziej wytrwali meczą się w skałach dalej, około 16.00 decydujemy się na powrót do domu. W skałach zostają Sławek, Piotrek, Marek i Michał, będą walczyć dalej. W domu szybkie przebranie się, po piwku i jedziemy do miasta na zakupy, dzisiaj wieczorem znów będzie grill. Wózek wypełnia się cienkimi kiełbaskami, będą na grilla, pomidorami, papryką, sokami z pomarańczy, pysznymi kiełbasami Chorizo, wyśmienitym dojrzewającym serem, jest też Pesto i oczywiście bardzo dużo jajek. Jeśli chodzi o alkohole to każdy kupuje sam to na co ma ochotę, w markecie jest promocja na piwo o pojemności 0,33 l, co prawda nie Sam Miguel ale cena za zgrzewkę 24 szt. 5 euro przyciąga uwagę, no i oczywiście Sangria, nie można być w Hiszpanii i nie napić się tego trunku, całe 1,20 euro za litrową butelkę :). Wracając po drodze z zakupów zabieramy Boba który dotarł do miasta przez plażę. W domu już jest reszta ekipy, rozpalamy grilla, jest zimno i wieje wiatr, nie da rady posiedzieć na zewnątrz, zastanawiam się czy przy takiej pogodzie uda się do końca wyjazdu skorzystać z basenu. Dzwonię do domu, opowiadam jak minął dzień, wysyłam kilka zdjęć. Siedzimy wszyscy w środku w naszej zaimprowizowanej jadalni, na zewnątrz pali się grill, co jakiś czas wychodzę sprawdzić jak się wszystko piecze, kiełbaski, papryka, piersi z kurczaka, same pyszności. Jesteśmy wszyscy więc omawiamy plan na jutro, zapada decyzja że jedziemy do Walencji, chłopaki chcą zrobić mały reset od skał, a mi to pasuje. Na stół lądują coraz to lepsze smakołyki, Chorizo, skrojony w kostkę ser, Dyzio nakupił chipsów ze świńskiej skóry, pierwszy raz coś takiego jadłem, idealne do piwa. Piwka schodzą duże ilości, do tego sangria, jest fajnie. Daję się namówić na jutro rano na małe bieganie, Paweł mówi że jakiś krótki dystans, więc czemu nie, umawiamy się z Pawłem, Arturem i Bobem na 8.00 rano. Czas fajnie płynie już jest 24.00, idziemy więc spać. W domu jest dosyć chłodno, dzisiaj udało nam się załatwić 2 grzejniki elektryczne, po jednym na piętro, jest to jednak trochę za mało żeby nagrzać wszystkie pomieszczenia, zimny wiatr na zewnątrz skutecznie oziębia wnętrza. Zawijam się w koc, po głowie chodzą mi niepowodzenia we wspinaczce, miało być inaczej, cieszyłem się na ten wyjazd, chciałem nabrać doświadczenia od chłopaków a tu taki zonk, no trudno może to jest jednak nie na moje siły (czytaj mój lęk wysokości) Wiem że nie mogę robić nic na siłę, tu nie popełnia się błędów .Jutro jedziemy do jednego z piękniejszych miast w Hiszpanii.


Dzień 3 | Walencja

Wstajemy o 8.00, ja, Artur, Paweł i Bob idziemy pobiegać, zgodziłem się wieczorem to nie ma co rozdrapywać ran. Paweł mówił że będzie lekkie i krótkie bieganie, biegniemy droga raz w górę raz w dół, i niebezpiecznie zbliżamy się do centrum miasta. Teraz wiem że mam ze sobą zbyt dobrych zawodników, no ale cóż nie będę się wyłamywał. Kierują się cały czas w stronę Penon de ifach, potężnej skały która góruje nad miastem, na szczęście nie dobiegamy tam, zawracamy a ja czuję że zaraz braknie mi sił. Biegniemy wzdłuż głównej ulicy, zaczyna trochę odstawać od chłopaków, przed skrętem w naszą dzielnicę, poczekali na mnie i razem dobiegamy do domu. Jestem zgrzany i ledwo trzymam się na nogach, kurczę następnym razem  dwa razy się zastanowię zanim podejmę decyzję że z Nimi pobiegnę. W domu reszta chłopaków kończy śniadanie a ja dla ochłody wskakuje do basenu, woda lodowata ale jaka ulga, nie chce się wychodzić. Po krótkiej kąpieli idę na śniadanie, Paweł mówi że zrobiliśmy  około 14 kilometrów, dla nich to niedużo, dla mnie to już spory dystans, choć cieszę się że pobiegłem z Nimi, przynajmniej sprawdziłem swoje możliwości. Około 11.00 ruszamy do Walencji, do której docieramy około 12.30, znajdujemy podziemny parking i zostawiamy auto, po wyjściu na powierzchnię okazuje się że jesteśmy przy Mercado Central, głównym targu w Walencji. Wchodzimy do środka, stragany ze wszystkim, owoce morza, mięsa, wędliny, sery, słodycze, a najbardziej rzuca się w oczy architektura, coś wspaniałego, na dodatek ogromne masy ludzi które robią tutaj zakupy. Wychodzimy na zewnątrz, w bocznych uliczkach są stragany z pamiątkami, robimy szybkie zakupy.

 Mijamy po drodze Katedrę w której znajduje się kaplica Świętego Kielicha, tradycja chrześcijańska głosi że z największym prawdopodobieństwem to właśnie ten kielich który jest tutaj przechowywany był używany przez Jezusa podczas ostatniej wieczerzy. Ze względu na duży tłum ludzi nie wchodzimy do środka, obok katedry jest ustawiana drewniana konstrukcja z twarzą matki Boskiej trzymającą małego Jezusa , jest to przygotowanie do święta Oferenda które jest 17 marca i polega na ofiarowaniu Matce Boskiej bukietów kwiatów, które zapełnia cała konstrukcję. Udajemy się do Parku Turia który utworzono w korycie rzeki.

Jest to największy park miejski w Europie, został utworzony w dawnym korycie rzeki Turia, którą skierowano na obrzeża miasta ze względu na częste powodzie i zatapianie centrum miasta. Robi ogromne wrażenie, szczególnie jak się przechodzi pod kamiennymi mostami w dawnym korycie rzeki. Wstępujemy do jednej z licznych kawiarenek, fajnie jest posiedzieć w cieniu drzew i wypić zimne piwko. Po około pół godzinie ruszamy dalej, mijamy place zabaw, boiska, skateparki,  drzewka pomarańczowe pełne owoców, niestety bardzo kwaśnych, nawet jest maleńka ścianka wspinaczkowa z lokalizowana pod jednym z mostów. Naszym celem wędrówki jest Miasteczko Sztuki i Nauki które już widać w oddali, ciekawe budynki ze szkła i stali fantastycznie komponują się z otaczającą je wodą. Jest to ogromny kompleks budynków ze stali i szkła o dziwnych kształtach, w komponowanych w wodę, znajduje się tu też ogród, największe w Europie akwarium oraz kino. Można sobie popływać kajakami wokół budowli, lub usiąść w cieniu drzew. Spędzamy tam jakieś 30 minut, a można by cały dzień. Udajemy się w stronę starego miasta, szukamy zbawczego cienia, słońce bardzo mocno grzeje, idziemy się schłodzić do …lodziarni, robią tutaj naprawdę pyszne lody, warte swojej ceny. Kontynuujemy nasz spacer po mieście, stare budynki mieszają się z nowym budownictwem, dochodzimy do Areny Walki Byków, obiekt przypomina starożytny stadion, jest zamknięty, Nas na szczęście nie kręcą takie atrakcje więc nie ma czego żałować. Przechodzimy obok dworca kolejowego, jest to piękny kompleks pochodzący z początku XX wieku, fasada bogato zdobiona motywami roślinnymi, kwiatami pomarańczy oraz samymi pomarańczami, ma to nawiązywać do rolniczego krajobrazu Wenecji. Nasza podróż po tym jakże pięknym mieście dobiega końca, powinno się tutaj spędzić kilka dni a nie kilka godzin. Około 17.30 wyjeżdżamy z miasta, w drodze powrotnej zatrzymujemy się na zakupy, funkcja skarbnika zobowiązuje :). Przed 20.00 jesteśmy już w domu, szykujemy grilla na kolację, jest ciepło więc siedzimy na zewnątrz, Nie wieje wiatr, więc grill nie chce nam się palić, ustawiamy więc przed nim wentylator i z jego pomocą bardzo szybko udaj nam się rozpalić i podtrzymać żar. Dzisiaj grillujemy sporo warzyw, miał być bezmięsny dzień, lecz nie udaje się to do końca, na ruszcie lądują kiełbaski :) Fajnie upływa czas, szybko znika Sangria z butelek, po 23.00 przenosimy się do środka, na dworze robi się chłodno, część idzie spać, kilku z nas zostaje, siedzimy rozmawiamy, wspominamy poprzednie wyjazdy, słuchamy muzyki, opróżniamy kolejne butelki hiszpańskiego trunku, około 3.00 idziemy spać. Umawiamy się na pobudkę 0 7.00, chcemy wyruszyć z rana na przejście grani Cami de Bernia. Dzisiaj szybko zasypiam, ciekawe czy to zmęczenie czy słońce zawarte w czerwonej barwie Sangrii tak mnie ukołysało do snu ?

 

Dzień 4 | Miała być grań a jest reset ;)

Wstaję o 8.00, strasznie niewyspany, dzisiaj śniadanie jemy na dole więc schodzę do chłopaków, część z nich już się krząta w kuchni, pomagam i siadamy do śniadania, nie wszyscy wstali, część odsypia „nocne rozmowy”. Marek, Artur, Piotrek, Sławek i Michał chcą jechać w inny rejon się wspinać, reszta odsypia. Po śniadaniu wybieram się sam szukać ścieżki którą widziałem z dołu z drogi, wiedzie ona na skały nad miastem. Kluczę wąskimi uliczkami, często muszę się wracać, lecz po jakiś 30 minutach dochodzę do końca drogi, jest tu szlaban a za nim dość szeroka droga wiedzie do góry. Mam wrażenie jak bym był jakiś spowolniony, to chyba kac, trochę wczoraj się działo. Ruszam do góry, po około 10 minutach dochodzę do platformy widokowej ,jestem na Mirador Monte Toix, widać całe Calp jak na dłoni, ścieżka skręca dalej więc idę i widzę w oddali duże maszty i nadajniki, te same widziałem 2 dni temu z drugiej strony jak byliśmy się wspinać. Po przejściu połowy drogi wchodzę na skały, mama fantastyczny widok na cała okolicę, robię zdjęcia, dzwonię do Oli, opowiadam Jej co widzę, potem siadam na skale i cieszę wzrok super widokami. Jestem jakieś 200 metrów nad morzem, widoki super, całe miasto pode mną, przyglądam się zabudowie, jest tutaj bardzo gęsta i przy większości budynków jest basen, takie małe niebieskie oczka, fajnie to z góry wygląda. Idę dalej, naprzeciwko mnie idzie kobieta z dwójką psów, psy biegają bez smyczy, są dosyć spore ale próbuję nie okazywać strachu, podbiegają do mnie zaczynają mnie obwąchiwać, kobieta wcale  nie reaguje, przechodzi obok mnie i idzie dalej.

Psy zainteresowały się za to krzakami niedaleko i ganiają wokół jak szalone, wreszcie z krzaków wyskakuje mały zając, rzucają się na niego, zaczynam klaskać, psy stają zdezorientowane a zając ucieka w inne krzaki. Idę dalej, dochodzę do anten, prowadzą stąd dwie ścieżki, jedna w dół, w stronę miejsca gdzie się wspinaliśmy, a druga w górę na grań na szczycie. Upał robi swoje więc decyduję się wracać, przy platformie widokowej siadam na skałach i podziwiam widoki, następnie schodzę w dół, teraz zaczynają się pojawiać ludzie, którzy idą do góry. Około 12.30 docieram do domu, jest już gorąco, wypijam zimne piwko i widzę przez okno że Ci co zostali wylegują się w słońcu nad basenem, ja jednak dzisiaj wolę aktywny wypoczynek, idę więc na ruiny zamku, Castel de Mascarat, tak przynajmniej głosi tablica która wskazuje kierunek. Po około 20 minutach chwilami dość stromego podejścia jestem na górze, stoi tu tylko jedna ściana ale warto było tu wejść, widoki jeszcze lepsze niż z poprzedniego punktu. Siadam i obserwuję wspinaczy którzy wchodzą na turnię Sierra de Toix, która góruje z tej strony miasta, są tak malutcy że gdyby nie kolorowe stroje to bym ich nie dojrzał. Schodzę pomału na dół, przechodzę przez dość gęste zarośla w których widzę stadko małych królików, sądząc po odchodach które mam pod nogami jest tutaj ich bardzo dużo.

Wracam do domu, przebieram się w kąpielówki i dołączam do Dyzia, Pawła i Krzyśka którzy odpoczywają nad basenem, woda zimna ale nie przeszkadza nam się troszeczkę poszaleć, kręcimy filmy ze skoków do wody, jest przednia zabawa. Rozmawiam z Dyziem o renowacji mebli, temat który mnie też interesuje. Około 16.00 postanawiamy się zbierać i wyjść na miasto, wraca Bob który był właśnie na mieście, dajemy sobie 15 minut i wychodzimy. Idziemy krętymi uliczkami w stronę centrum, schodzimy na plażę, siadamy na kamieniach, otwieramy wino, pijemy, robimy zdjęcia, Dyzio, Bob i Krzysiek ubrali się w takie same koszulki :). Rozmawiamy, snujemy plany na przyszłość, Dyziowi marzy się kurs pilotów i mały samolot na wyprawy.

 Ruszamy dalej i po jakiś 15 minutach docieramy plażą do centrum, wchodzimy do nadmorskiej knajpki na pizzę, Dyzio proponuje shoty, długo nie musi namawiać :), próbujemy po 3. Pomału zachodzi słońce, obserwuję czarnoskórych handlarzy którzy sprzedają buty i torebki na promenadzie, wracamy do domu po ciemku, ostatni odcinek to  dość ruchliwa droga wiec każdy ma włączoną latarkę w telefonie żebyśmy byli dobrze widoczni. W domu jest już reszta która wróciła ze wspinania, byli też na mieście, zjedli tam kolację więc nie szykujemy nic do jedzenia. Siadamy, opowiadamy wrażenia z dzisiejszego dnia, zmęczenie jednak robi swoje i około 22.00 idziemy spać, dość szybko, ale jutro też jest dzień. Dzwonię do Oli, w Polsce jest dopiero 21.00, chwile rozmawiamy, lubię te rozmowy :)

 

Dzień 5 | Calp i okolice

Pobudka o 8.00, śniadanie, Dyzio, Paweł, Marek, Artur, Krzysiek, Bob i Sławek zbierają się na grań Cami de Bernia, Piotrek z Michałem idą się wspinać na turnię Sierra De Toix, najwyższą skałę nad naszym domem, żeby to zrobić będą musieli się wspinać wielo wyciągowo. Idę z Nimi pod skałę, obserwuję co będą robić, Michał idzie pierwszy, stoję i rozmawiam z Piotrkiem, jak Michał zrobił na górze stanowisko rusza Piotrek, ja mam na dzisiaj inny plan. Schodzę do miasteczka poniżej, jest to Pueblo Mascarat, małe typowo turystyczne miasteczko, jeszcze jest mało ludzi, idę w stronę plaży i jej brzegiem docieram do fajnego skalnego cypla wznoszącego się jakieś 20 – 30 metrów na morzem, prowadzi po nim ścieżka widokowa, w oddali wznosi się Sierra de Toix usłany drogami wspinaczkowymi, ja schodzę ma maleńką kamienistą plażę, urokliwe miejsce lecz niestety bez butów nie ma jak wejść do wody, robię zdjęcia, Alpik, maskotka która towarzyszy mi w wyjazdach zalicza pierwszy kontakt z wodą. Jest strasznie gorąco, przechodzę z  powrotem przez cypel, jestem na plaży, w oddali jest jakaś mała knajpka w której na krześle przysypia kelner i więcej nikogo nie ma. Postanawiam się wykąpać, mam ze sobą kąpielówki więc szybko wskakuję do wody, ma ona niecałe 20 stopni, spędzam w niej kilka minut, fantastyczne orzeźwienie. Niestety w miasteczku jeszcze nic nie jest otwarte więc po obejściu plaży wracam, obserwuję jeszcze przez chwilę parę Kormoranów siedzących na skałach, a teraz czeka mnie ostre podejście pod górę w pełnym słońcu, około 13.00 jestem w domu, nikogo nie ma, chwilę odpoczywam i ruszam w stronę Calp.

Idę krętymi uliczkami, nie schodzę w stronę morza, staram się zagłębić w ten labirynt wąskich krętych uliczek, kilka razy muszę zawracać bo uliczka kończy się niespodziewanie i nie ma dalej przejścia. Podziwiam  zabudowę terenów zielonych, nie spieszy mi się, dopiero po około 90 minutach docieram do centrum, dzwoni do mnie Michał, zeszli ze skał więc umawiamy się że przyjdą z Piotrkiem i pójdziemy gdzieś razem coś zjeść.  Calp miasto turystyczne, tylko jeszcze przed sezonem więc nie ma dużo ludzi, wchodzę do sklepu kupuję podobno najlepszą Sangrię ( tak wynika z etykiety ) i idę na plażę, słońce mocno świeci więc znajduję sobie cień pod kępą krzaków i zapadam w błogi odpoczynek, jest trochę ludzi na plaży ale do wody weszły tylko 2 osoby, czyżby była zimna ? Delektuję się Sangrią, rzeczywiście jest dobra, już wiem co kupię na wieczór zamiast piwa :) Dzwonię do Oli, a potem do siostry, lubię te rozmowy z najbliższymi, około 17.00 spotykam się z Michałem i Piotrkiem idziemy do pizzerii na promenadzie, zamawiamy po pizzy i lokalne piwo, nie czekamy długo na pizzę i muszę przyznać jest to jedna z lepszych pizz jakie jadłem w życiu, naprawdę nie spodziewałem się że będzie taka dobra. Michał otrzymuje wiadomość że reszta ekipy wróciła i są w miasteczku niedaleko od nas i jedzą kolację, znajdujemy ich, chwilę czekamy i idziemy na zakupy, dzisiaj już nie będziemy robić grilla, więc kupujemy na wieczór chipsy, około kilograma dojrzewającego sera ,kiełbasę Chorizo, 10 litrów Sangrii, dodatkowo każdy jeszcze bierze jakieś piwko. Po powrocie do domu, wszyscy schodzimy do naszej jadalni, po wcześniejszych dniach zostały jakieś alkohole, Paweł zlewa je do 5 litrowej butelki i dopełnia sangrią, kroimy ser i Chorizo, wychodzą czubate talerze, zaczynamy biesiadę. Chłopaki opowiadają wrażenia z grani, Piotrek opowiada o dzisiejszym wspinaniu z Michałem, czas fajnie upływa, nie ubywa za to napoju w naszej 5 litrowej butelce, gdyż po każdym rozlaniu Paweł dopełnia ją alkoholem który akurat ma pod ręką :) robi się wesoło, w końcu jesteśmy na urlopie, zaczynamy słuchać muzyki a nawet trochę śpiewać. Każdy chyba potrzebuje od czasu do czasu takiego resetu, mimo że w Polsce bardzo mało czasu spędzam z Tymi ludźmi to super się z Nimi dogaduję. Około 2.00 w nocy najbardziej wytrwali jednak decydują że trzeba iść spać, sen przychodzi szybko, na jutro nie ma za bardzo planów więc chyba pośpimy trochę dłużej.


Dzień 6 | Calp

Wstaję około 9.00, reszta jeszcze śpi tylko Artur robi kawę, dołączam do niego, po kawie przygotowujemy śniadanie, przed 10.00 zaczynają wstawać chłopaki, jemy śniadanie. Po śniadaniu Artur, Piotrek, Bob i Sławek jadą się wspinać, Dyzio i Paweł idą dalej spać a ja, Marek, Krzysiek i Michał jedziemy do miasta. Podjeżdżamy autem pod samo wejście na szlak na Penon de Ifach, chcemy wejść na górę, okazuje się że prowadzi na nią na początek szeroka ścieżka, następnie dochodzimy do wykutego w skale tunelu a za nim wiedzie niezbyt wymagająca, klucząca  wśród skał ścieżka która jest w większości zabezpieczony liną. Po dotarciu na szczyt mamy fantastyczny widok na miasto które leży 332 metry od nami, widok oszałamiający. Okazuje się że na tej górze mieszka sporo mew które dosłownie pozują do zdjęć, spędzamy tutaj około 15 minut i schodzimy, w połowie góry odbijamy na drugi szlak który prowadzi na klif, robimy tam zdjęcia i schodzimy na dół, bardzo się cieszę że tutaj dzisiaj przyszliśmy. Zjeżdżamy autem, zostawiamy je w okolicach centrum i idziemy szukać jakiejś knajpki na promenadzie, chłopaki chcą popróbować owoców morza a ja mam ochotę na coś hiszpańskiego, z racji tego że jeszcze sezon się nie zaczął część knajp jest zamknięta, udaje Nam się wreszcie znaleźć coś gdzie będziemy mogli spełnić Nasze zachcianki kulinarne. Okazuje się że są dostępne fajne zestawy, każdy coś dla siebie znajdzie, ja zamawiam zupę z owocami morza i paello, kelner pyta się czy na pewno to chce zamówić sam, trochę się dziwię tym pytaniem ale trwam przy swoim. Na początek dostajemy jakieś przystawki, potem zupa, w mojej pływa ogromna krewetka, małże, malutkie ośmiorniczki i makaron, jest bardzo dobra.

Teraz czas na danie główne, jak kelner przynosi moje paello to mówi że na kuchni się dziwili że jedna osoba to zamówiła, spoglądam na tę ogromną patelnię na której jest stos ryżu, mięsa i warzyw i już rozumiem jego zdziwienie przy zamówieniu. Porcja jest ogromna, kelner widząc moje zdziwienie i przerażenie zarazem z wielką satysfakcją zaczyna mi nakładać porcje na talerz, mówię że już wystarczy lecz On tylko się uśmiecha i oznajmia że całość jest moja i ma nadzieję że będzie mi smakować i nic nie zostawię. Dobrze że do posiłku dostaliśmy 2,5 butelki wina. Niestety porcja paello mnie przerosła, po zjedzeni ¾ zawartości patelni poddaje się, jestem tak nażarty że nie mam siły się ruszać, nawet wino nie pomaga, czuję się jakbym miał zaraz pęknąć. Po zapłaceniu rachunku wychodzimy na zewnątrz, zaczął wiać silny wiatr, stoimy na promenadzie a ja oznajmiam chłopakom że idę się wykąpać, może to mi jakoś ulży na żołądku,  nikogo nie ma na plaży, ściągam ciuchy i wskakuje do wody , jest zimna, dodatkowo jeszcze zimny wiatr, ale przychodzi lekka ulga, po kilku minutach wychodzę, trochę zmarznięty ale orzeźwiony, to był dobry pomysł, przebieram się i idziemy dalej. Kręcimy się po mieście, robimy zakupy i wracamy do domu. Zbliża się wieczór, ucichł wiatr, zrobiło się przyjemnie, rozpalamy grilla lecz tym razem nie uciekamy do środka tylko zostajemy na zewnątrz. Nie ma wiatru więc i grill nie chce się palić, przynosimy więc wentylator, sprawdzony sposób, przy pomocy wentylatora grill się szybko rozpala. Na ruszt lądują kiełbaski, papryka, filety z kurczaka, kroi się ser i chorizo,  do picia piwko, sangria i rum. Jak zwykle w takich sytuacjach czas szybko płynie. Od początku pobytu chcę iść na wschód słońca, tym razem umawiam się z Markiem że jutro na pewno pójdziemy, Artur się śmieje że słyszy to codziennie wieczorem a rano nie ma z tego żadnych efektów. Około 1.00 idziemy spać, pakuje jeszcze aparat i ciuchy, nastawiam budzik na 4.50 i mam nadzieję że uda mi się wstać, to ostatnia szansa żeby zobaczyć wschód słońca na tym wyjeździe.

 

Dzień 7 | Wyjazd w okolice Gandii

Budzik dzwoni o 4.50, dla mnie to środek nocy, ale wstaję, ubieram się po cichu, Marek już też wyszedł, a więc ruszamy na wschód słońca. Idziemy uśpionymi uliczkami, jest jeszcze ciemno i nawet zimno, idziemy dosyć szybko żeby się rozgrzać, dochodzimy do końca drogi i ruszamy pod górę, jesteśmy na punkcie widokowym Mirador Monte Toix, zaczyna świtać, patrzę w stronę wschodu, przed nami piętrzy się Penon de Ifach, czyżby miał by zasłaniać wschód słońca, jednak nie, słońce zaczyna wschodzić  trochę obok, pomału tarcza słoneczna wynurza się z morskich głębin, robi się coraz większa. Rozmawiam z Markiem że to już kolejny wschód słońca na naszych wyjazdach który oglądamy, tarcza słońca już cała wynurzyła się z morza i już czuć jak robi się ciepło, chwilę jeszcze stoimy, delektuję się ciszą, i wspaniałym widokiem. Ruszamy z  powrotem, mijamy po drodze malutki jednoosobowy samochodzik Renault, takie małe cudo. W domu wszyscy jeszcze śpią, ja też się kładę, udaje mi się zasnąć, budzę się około 9.00, większość jeszcze śpi, tylko Artur robi kawę, dołączam do Niego, myślał że nie poszliśmy na wschód, że znowu nam się nie chciało. Po kawie zaczynamy szykować śniadanie, wstaje reszta, razem siadamy do stołu, dzisiaj Marek, Piotrek, Michał i Sławek chcą jechać w okolice Gandii i tam się wspinać, Bob z Dyziem wybierają się na Sierra de Toix, chcą się po wspinać wielo wyciągowo, Artur rusza na zakupy na miasto, Krzysiek z Pawłem zostają nad basenem, nie mam ochoty następnego dnia spędzić w Calp więc jadę do Gandii. Wyruszamy około 11.00 i po około godzinie jesteśmy na miejscu, zostawiamy auto przy korycie wyschniętej rzeki i ruszamy pod górę, podchodzimy około 15 minut i jesteśmy pod skałą, jest tutaj sporo ludzi, są też wspinacze z Polski. Chłopaki ruszają w skałę a ja idę na przegląd okolicy, znajdujemy się kilkadziesiąt metrów nad pomarańczowymi gajami które ciągną się aż do podnóża gór znajdujących się na horyzoncie, siadam na skałę i dzwonię do Oli, mówię jej że znajduję się w pomarańczowym raju :) ruszam dalej, obserwuję jaszczurki wygrzewające się na skałach. Spore urwisko kończy mój spacer, wracam do chłopaków, kilkudniowe wspinanie ich wymęczyło, Marek z Michałem sobie odpuszczają, tylko Piotrek ze Sławkiem jeszcze próbują coś zrobić, około 16.00 jednak i Oni odpuszczają, schodzimy na dół. Zastanawiam się kiedy płynie woda w tej wyschniętej rzece, koryto jest spore i widać że wody tutaj też duża się przewala, na okolicznych krzakach są pozostałości roślin które naniosła woda. Z Markiem próbujemy zerwać pomarańcze które są za płotem, udaje się nam, są małe i nieciekawie wyglądają ale okazuje się że są bardzo słodkie i pyszne. Ruszamy z powrotem, zatrzymujemy się w nadmorskim miasteczku idziemy na promenadę coś zjeść, nikogo nie spotykamy po drodze a wszystkie knajpki są zamknięte, coś jakby wymarłe miasto,  ruszamy więc dalej, przyjeżdżamy do domu, przebieramy się i jedziemy na kolację do miasta, reszta chłopaków już tam jest, chcemy iść na tę dobrą pizze co wczoraj jednak wychodzi inaczej, wchodzimy do innej knajpki, każdy wybiera coś dla siebie, ja decyduję się na jakieś tajskie danie z makaronem, warzywami, chińskimi grzybami i orzechami, nic szczególnego.  Po kolacji ostatnie zakupy w markecie i jeszcze zaglądamy do sklepu sportowego, ceny dosyć znośne ale nie ma nic godnego uwagi, po ciemku wracamy do domu. Wieczór spokojny, tylko jakieś piwko, rozmowy, pakujemy się, rano o 2.00 pobudka więc wszyscy grzecznie idziemy spać.

 

Dzień 8 | Powrót

Pobudka o 2.00, pakowanie, sprzątanie, mimo że codziennie się wynosiło śmieci to nazbierało się kilka worków, około 3.00 ruszamy, jedziemy jeszcze oddać klucze od domu do agencji, zajmuje to nam około 30 minut i ruszamy na lotnisko do Alicante, po dotarciu na miejsce oddajemy auta. Mamy jeszcze trochę czasu, okazuje się że Sławkowi zmieniono godzinę wylotu i zamiast lecieć o 5.00 rano leci po 19.00, będzie siedział cały dzień na lotnisku. Nasz odlot nie ulega zmianie i przed 6.00 startujemy w stronę Berlina, tam jesteśmy około 8.30, na szczęście dolatują wszystkie bagaże, ruszamy do auta które jest zaparkowane jakieś 10 minut od lotniska, udaje nam się sprawnie wyjechać z Berlina, po przekroczeniu granicy zatrzymujemy się na posiłek, ruskie pierogi i ruszamy dalej, we Wrocławiu żegnamy się z Markiem, Michał jedzie do Świebodzic więc podwiezie Piotrka do Żarowa, a mnie podwozi do Wałbrzycha, w domu jestem około 19.00. Zmęczony.

Wyjazd który był nastawiony typowo na wspinanie się, mi jednak nie udało się przełamać moich lęków, jednak nie uważam że był to stracony wyjazd, poznałem nowy kraj, nowe obyczaje i utwierdziłem się w przekonaniu że na ludziach z DGN można polegać. Jednak wspinanie się to nie jest to co będę chciał robić, to niebezpieczny sport, polegający na wzajemnym zaufaniu. Ja mam bardzo znikome doświadczenie, choć nie ukrywam że będę chciał jeszcze tego popróbować, ale tutaj na miejscu.

Jeśli chodzi o Sangrię to nie będę ukrywał że tam w Hiszpanii jest najlepsza na świecie, będę chciał tam kiedyś wrócić żeby znowu pokosztować tego trunku :)

 

KOSZTY

  • Bilet lotniczy  Berlin – Alicante, Alicante – Berlin - 250 zł
  • Koszt wynajęcia domu, samochodów i transport Wrocław- Berlina i z powrotem – 250 zł
  • Wspólne wyżywienie na miejscu - 50 euro
  • Wydatki na miejscu – 120 euro

 


GALERIA

 

 

 

 

 

 

Najnowsze komentarze

  • Marcin Flieger powiedział(a) Więcej
    GRATULUJĘ! Nagroda w pełni zasłużona za lata promocji Gminy Mieroszów na całym świecie! Wielkie BRAWA również... czwartek, 06 czerwiec 2019
  • Ewa Tracewska powiedział(a) Więcej
    Super jak zawsze  piątek, 30 listopad 2018
  • Damian powiedział(a) Więcej
    To ja dziękuję za tak wspaniałą ekipę ! ;)) Czym byłaby Korsyka bez was, i przy waszych ohhhhah i ahhhach i tak se... piątek, 30 listopad 2018
  • Monika powiedział(a) Więcej
    WOW :D środa, 28 listopad 2018
  • Iga powiedział(a) Więcej
    Też Cię kocham Braciszku :*
    Dzięki za przypomnienie tego wyjazdu. Przepiękne miejsce i fantastyczni ludzie.... środa, 14 listopad 2018