Spis treści

Dzień 3 | Walencja

Wstajemy o 8.00, ja, Artur, Paweł i Bob idziemy pobiegać, zgodziłem się wieczorem to nie ma co rozdrapywać ran. Paweł mówił że będzie lekkie i krótkie bieganie, biegniemy droga raz w górę raz w dół, i niebezpiecznie zbliżamy się do centrum miasta. Teraz wiem że mam ze sobą zbyt dobrych zawodników, no ale cóż nie będę się wyłamywał. Kierują się cały czas w stronę Penon de ifach, potężnej skały która góruje nad miastem, na szczęście nie dobiegamy tam, zawracamy a ja czuję że zaraz braknie mi sił. Biegniemy wzdłuż głównej ulicy, zaczyna trochę odstawać od chłopaków, przed skrętem w naszą dzielnicę, poczekali na mnie i razem dobiegamy do domu. Jestem zgrzany i ledwo trzymam się na nogach, kurczę następnym razem  dwa razy się zastanowię zanim podejmę decyzję że z Nimi pobiegnę. W domu reszta chłopaków kończy śniadanie a ja dla ochłody wskakuje do basenu, woda lodowata ale jaka ulga, nie chce się wychodzić. Po krótkiej kąpieli idę na śniadanie, Paweł mówi że zrobiliśmy  około 14 kilometrów, dla nich to niedużo, dla mnie to już spory dystans, choć cieszę się że pobiegłem z Nimi, przynajmniej sprawdziłem swoje możliwości. Około 11.00 ruszamy do Walencji, do której docieramy około 12.30, znajdujemy podziemny parking i zostawiamy auto, po wyjściu na powierzchnię okazuje się że jesteśmy przy Mercado Central, głównym targu w Walencji. Wchodzimy do środka, stragany ze wszystkim, owoce morza, mięsa, wędliny, sery, słodycze, a najbardziej rzuca się w oczy architektura, coś wspaniałego, na dodatek ogromne masy ludzi które robią tutaj zakupy. Wychodzimy na zewnątrz, w bocznych uliczkach są stragany z pamiątkami, robimy szybkie zakupy.

 Mijamy po drodze Katedrę w której znajduje się kaplica Świętego Kielicha, tradycja chrześcijańska głosi że z największym prawdopodobieństwem to właśnie ten kielich który jest tutaj przechowywany był używany przez Jezusa podczas ostatniej wieczerzy. Ze względu na duży tłum ludzi nie wchodzimy do środka, obok katedry jest ustawiana drewniana konstrukcja z twarzą matki Boskiej trzymającą małego Jezusa , jest to przygotowanie do święta Oferenda które jest 17 marca i polega na ofiarowaniu Matce Boskiej bukietów kwiatów, które zapełnia cała konstrukcję. Udajemy się do Parku Turia który utworzono w korycie rzeki.

Jest to największy park miejski w Europie, został utworzony w dawnym korycie rzeki Turia, którą skierowano na obrzeża miasta ze względu na częste powodzie i zatapianie centrum miasta. Robi ogromne wrażenie, szczególnie jak się przechodzi pod kamiennymi mostami w dawnym korycie rzeki. Wstępujemy do jednej z licznych kawiarenek, fajnie jest posiedzieć w cieniu drzew i wypić zimne piwko. Po około pół godzinie ruszamy dalej, mijamy place zabaw, boiska, skateparki,  drzewka pomarańczowe pełne owoców, niestety bardzo kwaśnych, nawet jest maleńka ścianka wspinaczkowa z lokalizowana pod jednym z mostów. Naszym celem wędrówki jest Miasteczko Sztuki i Nauki które już widać w oddali, ciekawe budynki ze szkła i stali fantastycznie komponują się z otaczającą je wodą. Jest to ogromny kompleks budynków ze stali i szkła o dziwnych kształtach, w komponowanych w wodę, znajduje się tu też ogród, największe w Europie akwarium oraz kino. Można sobie popływać kajakami wokół budowli, lub usiąść w cieniu drzew. Spędzamy tam jakieś 30 minut, a można by cały dzień. Udajemy się w stronę starego miasta, szukamy zbawczego cienia, słońce bardzo mocno grzeje, idziemy się schłodzić do …lodziarni, robią tutaj naprawdę pyszne lody, warte swojej ceny. Kontynuujemy nasz spacer po mieście, stare budynki mieszają się z nowym budownictwem, dochodzimy do Areny Walki Byków, obiekt przypomina starożytny stadion, jest zamknięty, Nas na szczęście nie kręcą takie atrakcje więc nie ma czego żałować. Przechodzimy obok dworca kolejowego, jest to piękny kompleks pochodzący z początku XX wieku, fasada bogato zdobiona motywami roślinnymi, kwiatami pomarańczy oraz samymi pomarańczami, ma to nawiązywać do rolniczego krajobrazu Wenecji. Nasza podróż po tym jakże pięknym mieście dobiega końca, powinno się tutaj spędzić kilka dni a nie kilka godzin. Około 17.30 wyjeżdżamy z miasta, w drodze powrotnej zatrzymujemy się na zakupy, funkcja skarbnika zobowiązuje :). Przed 20.00 jesteśmy już w domu, szykujemy grilla na kolację, jest ciepło więc siedzimy na zewnątrz, Nie wieje wiatr, więc grill nie chce nam się palić, ustawiamy więc przed nim wentylator i z jego pomocą bardzo szybko udaj nam się rozpalić i podtrzymać żar. Dzisiaj grillujemy sporo warzyw, miał być bezmięsny dzień, lecz nie udaje się to do końca, na ruszcie lądują kiełbaski :) Fajnie upływa czas, szybko znika Sangria z butelek, po 23.00 przenosimy się do środka, na dworze robi się chłodno, część idzie spać, kilku z nas zostaje, siedzimy rozmawiamy, wspominamy poprzednie wyjazdy, słuchamy muzyki, opróżniamy kolejne butelki hiszpańskiego trunku, około 3.00 idziemy spać. Umawiamy się na pobudkę 0 7.00, chcemy wyruszyć z rana na przejście grani Cami de Bernia. Dzisiaj szybko zasypiam, ciekawe czy to zmęczenie czy słońce zawarte w czerwonej barwie Sangrii tak mnie ukołysało do snu ?

 

Dzień 4 | Miała być grań a jest reset ;)

Wstaję o 8.00, strasznie niewyspany, dzisiaj śniadanie jemy na dole więc schodzę do chłopaków, część z nich już się krząta w kuchni, pomagam i siadamy do śniadania, nie wszyscy wstali, część odsypia „nocne rozmowy”. Marek, Artur, Piotrek, Sławek i Michał chcą jechać w inny rejon się wspinać, reszta odsypia. Po śniadaniu wybieram się sam szukać ścieżki którą widziałem z dołu z drogi, wiedzie ona na skały nad miastem. Kluczę wąskimi uliczkami, często muszę się wracać, lecz po jakiś 30 minutach dochodzę do końca drogi, jest tu szlaban a za nim dość szeroka droga wiedzie do góry. Mam wrażenie jak bym był jakiś spowolniony, to chyba kac, trochę wczoraj się działo. Ruszam do góry, po około 10 minutach dochodzę do platformy widokowej ,jestem na Mirador Monte Toix, widać całe Calp jak na dłoni, ścieżka skręca dalej więc idę i widzę w oddali duże maszty i nadajniki, te same widziałem 2 dni temu z drugiej strony jak byliśmy się wspinać. Po przejściu połowy drogi wchodzę na skały, mama fantastyczny widok na cała okolicę, robię zdjęcia, dzwonię do Oli, opowiadam Jej co widzę, potem siadam na skale i cieszę wzrok super widokami. Jestem jakieś 200 metrów nad morzem, widoki super, całe miasto pode mną, przyglądam się zabudowie, jest tutaj bardzo gęsta i przy większości budynków jest basen, takie małe niebieskie oczka, fajnie to z góry wygląda. Idę dalej, naprzeciwko mnie idzie kobieta z dwójką psów, psy biegają bez smyczy, są dosyć spore ale próbuję nie okazywać strachu, podbiegają do mnie zaczynają mnie obwąchiwać, kobieta wcale  nie reaguje, przechodzi obok mnie i idzie dalej.

Psy zainteresowały się za to krzakami niedaleko i ganiają wokół jak szalone, wreszcie z krzaków wyskakuje mały zając, rzucają się na niego, zaczynam klaskać, psy stają zdezorientowane a zając ucieka w inne krzaki. Idę dalej, dochodzę do anten, prowadzą stąd dwie ścieżki, jedna w dół, w stronę miejsca gdzie się wspinaliśmy, a druga w górę na grań na szczycie. Upał robi swoje więc decyduję się wracać, przy platformie widokowej siadam na skałach i podziwiam widoki, następnie schodzę w dół, teraz zaczynają się pojawiać ludzie, którzy idą do góry. Około 12.30 docieram do domu, jest już gorąco, wypijam zimne piwko i widzę przez okno że Ci co zostali wylegują się w słońcu nad basenem, ja jednak dzisiaj wolę aktywny wypoczynek, idę więc na ruiny zamku, Castel de Mascarat, tak przynajmniej głosi tablica która wskazuje kierunek. Po około 20 minutach chwilami dość stromego podejścia jestem na górze, stoi tu tylko jedna ściana ale warto było tu wejść, widoki jeszcze lepsze niż z poprzedniego punktu. Siadam i obserwuję wspinaczy którzy wchodzą na turnię Sierra de Toix, która góruje z tej strony miasta, są tak malutcy że gdyby nie kolorowe stroje to bym ich nie dojrzał. Schodzę pomału na dół, przechodzę przez dość gęste zarośla w których widzę stadko małych królików, sądząc po odchodach które mam pod nogami jest tutaj ich bardzo dużo.

Wracam do domu, przebieram się w kąpielówki i dołączam do Dyzia, Pawła i Krzyśka którzy odpoczywają nad basenem, woda zimna ale nie przeszkadza nam się troszeczkę poszaleć, kręcimy filmy ze skoków do wody, jest przednia zabawa. Rozmawiam z Dyziem o renowacji mebli, temat który mnie też interesuje. Około 16.00 postanawiamy się zbierać i wyjść na miasto, wraca Bob który był właśnie na mieście, dajemy sobie 15 minut i wychodzimy. Idziemy krętymi uliczkami w stronę centrum, schodzimy na plażę, siadamy na kamieniach, otwieramy wino, pijemy, robimy zdjęcia, Dyzio, Bob i Krzysiek ubrali się w takie same koszulki :). Rozmawiamy, snujemy plany na przyszłość, Dyziowi marzy się kurs pilotów i mały samolot na wyprawy.

 Ruszamy dalej i po jakiś 15 minutach docieramy plażą do centrum, wchodzimy do nadmorskiej knajpki na pizzę, Dyzio proponuje shoty, długo nie musi namawiać :), próbujemy po 3. Pomału zachodzi słońce, obserwuję czarnoskórych handlarzy którzy sprzedają buty i torebki na promenadzie, wracamy do domu po ciemku, ostatni odcinek to  dość ruchliwa droga wiec każdy ma włączoną latarkę w telefonie żebyśmy byli dobrze widoczni. W domu jest już reszta która wróciła ze wspinania, byli też na mieście, zjedli tam kolację więc nie szykujemy nic do jedzenia. Siadamy, opowiadamy wrażenia z dzisiejszego dnia, zmęczenie jednak robi swoje i około 22.00 idziemy spać, dość szybko, ale jutro też jest dzień. Dzwonię do Oli, w Polsce jest dopiero 21.00, chwile rozmawiamy, lubię te rozmowy :)

 

Dzień 5 | Calp i okolice

Pobudka o 8.00, śniadanie, Dyzio, Paweł, Marek, Artur, Krzysiek, Bob i Sławek zbierają się na grań Cami de Bernia, Piotrek z Michałem idą się wspinać na turnię Sierra De Toix, najwyższą skałę nad naszym domem, żeby to zrobić będą musieli się wspinać wielo wyciągowo. Idę z Nimi pod skałę, obserwuję co będą robić, Michał idzie pierwszy, stoję i rozmawiam z Piotrkiem, jak Michał zrobił na górze stanowisko rusza Piotrek, ja mam na dzisiaj inny plan. Schodzę do miasteczka poniżej, jest to Pueblo Mascarat, małe typowo turystyczne miasteczko, jeszcze jest mało ludzi, idę w stronę plaży i jej brzegiem docieram do fajnego skalnego cypla wznoszącego się jakieś 20 – 30 metrów na morzem, prowadzi po nim ścieżka widokowa, w oddali wznosi się Sierra de Toix usłany drogami wspinaczkowymi, ja schodzę ma maleńką kamienistą plażę, urokliwe miejsce lecz niestety bez butów nie ma jak wejść do wody, robię zdjęcia, Alpik, maskotka która towarzyszy mi w wyjazdach zalicza pierwszy kontakt z wodą. Jest strasznie gorąco, przechodzę z  powrotem przez cypel, jestem na plaży, w oddali jest jakaś mała knajpka w której na krześle przysypia kelner i więcej nikogo nie ma. Postanawiam się wykąpać, mam ze sobą kąpielówki więc szybko wskakuję do wody, ma ona niecałe 20 stopni, spędzam w niej kilka minut, fantastyczne orzeźwienie. Niestety w miasteczku jeszcze nic nie jest otwarte więc po obejściu plaży wracam, obserwuję jeszcze przez chwilę parę Kormoranów siedzących na skałach, a teraz czeka mnie ostre podejście pod górę w pełnym słońcu, około 13.00 jestem w domu, nikogo nie ma, chwilę odpoczywam i ruszam w stronę Calp.

Idę krętymi uliczkami, nie schodzę w stronę morza, staram się zagłębić w ten labirynt wąskich krętych uliczek, kilka razy muszę zawracać bo uliczka kończy się niespodziewanie i nie ma dalej przejścia. Podziwiam  zabudowę terenów zielonych, nie spieszy mi się, dopiero po około 90 minutach docieram do centrum, dzwoni do mnie Michał, zeszli ze skał więc umawiamy się że przyjdą z Piotrkiem i pójdziemy gdzieś razem coś zjeść.  Calp miasto turystyczne, tylko jeszcze przed sezonem więc nie ma dużo ludzi, wchodzę do sklepu kupuję podobno najlepszą Sangrię ( tak wynika z etykiety ) i idę na plażę, słońce mocno świeci więc znajduję sobie cień pod kępą krzaków i zapadam w błogi odpoczynek, jest trochę ludzi na plaży ale do wody weszły tylko 2 osoby, czyżby była zimna ? Delektuję się Sangrią, rzeczywiście jest dobra, już wiem co kupię na wieczór zamiast piwa :) Dzwonię do Oli, a potem do siostry, lubię te rozmowy z najbliższymi, około 17.00 spotykam się z Michałem i Piotrkiem idziemy do pizzerii na promenadzie, zamawiamy po pizzy i lokalne piwo, nie czekamy długo na pizzę i muszę przyznać jest to jedna z lepszych pizz jakie jadłem w życiu, naprawdę nie spodziewałem się że będzie taka dobra. Michał otrzymuje wiadomość że reszta ekipy wróciła i są w miasteczku niedaleko od nas i jedzą kolację, znajdujemy ich, chwilę czekamy i idziemy na zakupy, dzisiaj już nie będziemy robić grilla, więc kupujemy na wieczór chipsy, około kilograma dojrzewającego sera ,kiełbasę Chorizo, 10 litrów Sangrii, dodatkowo każdy jeszcze bierze jakieś piwko. Po powrocie do domu, wszyscy schodzimy do naszej jadalni, po wcześniejszych dniach zostały jakieś alkohole, Paweł zlewa je do 5 litrowej butelki i dopełnia sangrią, kroimy ser i Chorizo, wychodzą czubate talerze, zaczynamy biesiadę. Chłopaki opowiadają wrażenia z grani, Piotrek opowiada o dzisiejszym wspinaniu z Michałem, czas fajnie upływa, nie ubywa za to napoju w naszej 5 litrowej butelce, gdyż po każdym rozlaniu Paweł dopełnia ją alkoholem który akurat ma pod ręką :) robi się wesoło, w końcu jesteśmy na urlopie, zaczynamy słuchać muzyki a nawet trochę śpiewać. Każdy chyba potrzebuje od czasu do czasu takiego resetu, mimo że w Polsce bardzo mało czasu spędzam z Tymi ludźmi to super się z Nimi dogaduję. Około 2.00 w nocy najbardziej wytrwali jednak decydują że trzeba iść spać, sen przychodzi szybko, na jutro nie ma za bardzo planów więc chyba pośpimy trochę dłużej.

Najnowsze komentarze

  • Marcin Flieger powiedział(a) Więcej
    GRATULUJĘ! Nagroda w pełni zasłużona za lata promocji Gminy Mieroszów na całym świecie! Wielkie BRAWA również... czwartek, 06 czerwiec 2019
  • Ewa Tracewska powiedział(a) Więcej
    Super jak zawsze  piątek, 30 listopad 2018
  • Damian powiedział(a) Więcej
    To ja dziękuję za tak wspaniałą ekipę ! ;)) Czym byłaby Korsyka bez was, i przy waszych ohhhhah i ahhhach i tak se... piątek, 30 listopad 2018
  • Monika powiedział(a) Więcej
    WOW :D środa, 28 listopad 2018
  • Iga powiedział(a) Więcej
    Też Cię kocham Braciszku :*
    Dzięki za przypomnienie tego wyjazdu. Przepiękne miejsce i fantastyczni ludzie.... środa, 14 listopad 2018