Spis treści

Dzień 6 | Calp

Wstaję około 9.00, reszta jeszcze śpi tylko Artur robi kawę, dołączam do niego, po kawie przygotowujemy śniadanie, przed 10.00 zaczynają wstawać chłopaki, jemy śniadanie. Po śniadaniu Artur, Piotrek, Bob i Sławek jadą się wspinać, Dyzio i Paweł idą dalej spać a ja, Marek, Krzysiek i Michał jedziemy do miasta. Podjeżdżamy autem pod samo wejście na szlak na Penon de Ifach, chcemy wejść na górę, okazuje się że prowadzi na nią na początek szeroka ścieżka, następnie dochodzimy do wykutego w skale tunelu a za nim wiedzie niezbyt wymagająca, klucząca  wśród skał ścieżka która jest w większości zabezpieczony liną. Po dotarciu na szczyt mamy fantastyczny widok na miasto które leży 332 metry od nami, widok oszałamiający. Okazuje się że na tej górze mieszka sporo mew które dosłownie pozują do zdjęć, spędzamy tutaj około 15 minut i schodzimy, w połowie góry odbijamy na drugi szlak który prowadzi na klif, robimy tam zdjęcia i schodzimy na dół, bardzo się cieszę że tutaj dzisiaj przyszliśmy. Zjeżdżamy autem, zostawiamy je w okolicach centrum i idziemy szukać jakiejś knajpki na promenadzie, chłopaki chcą popróbować owoców morza a ja mam ochotę na coś hiszpańskiego, z racji tego że jeszcze sezon się nie zaczął część knajp jest zamknięta, udaje Nam się wreszcie znaleźć coś gdzie będziemy mogli spełnić Nasze zachcianki kulinarne. Okazuje się że są dostępne fajne zestawy, każdy coś dla siebie znajdzie, ja zamawiam zupę z owocami morza i paello, kelner pyta się czy na pewno to chce zamówić sam, trochę się dziwię tym pytaniem ale trwam przy swoim. Na początek dostajemy jakieś przystawki, potem zupa, w mojej pływa ogromna krewetka, małże, malutkie ośmiorniczki i makaron, jest bardzo dobra.

Teraz czas na danie główne, jak kelner przynosi moje paello to mówi że na kuchni się dziwili że jedna osoba to zamówiła, spoglądam na tę ogromną patelnię na której jest stos ryżu, mięsa i warzyw i już rozumiem jego zdziwienie przy zamówieniu. Porcja jest ogromna, kelner widząc moje zdziwienie i przerażenie zarazem z wielką satysfakcją zaczyna mi nakładać porcje na talerz, mówię że już wystarczy lecz On tylko się uśmiecha i oznajmia że całość jest moja i ma nadzieję że będzie mi smakować i nic nie zostawię. Dobrze że do posiłku dostaliśmy 2,5 butelki wina. Niestety porcja paello mnie przerosła, po zjedzeni ¾ zawartości patelni poddaje się, jestem tak nażarty że nie mam siły się ruszać, nawet wino nie pomaga, czuję się jakbym miał zaraz pęknąć. Po zapłaceniu rachunku wychodzimy na zewnątrz, zaczął wiać silny wiatr, stoimy na promenadzie a ja oznajmiam chłopakom że idę się wykąpać, może to mi jakoś ulży na żołądku,  nikogo nie ma na plaży, ściągam ciuchy i wskakuje do wody , jest zimna, dodatkowo jeszcze zimny wiatr, ale przychodzi lekka ulga, po kilku minutach wychodzę, trochę zmarznięty ale orzeźwiony, to był dobry pomysł, przebieram się i idziemy dalej. Kręcimy się po mieście, robimy zakupy i wracamy do domu. Zbliża się wieczór, ucichł wiatr, zrobiło się przyjemnie, rozpalamy grilla lecz tym razem nie uciekamy do środka tylko zostajemy na zewnątrz. Nie ma wiatru więc i grill nie chce się palić, przynosimy więc wentylator, sprawdzony sposób, przy pomocy wentylatora grill się szybko rozpala. Na ruszt lądują kiełbaski, papryka, filety z kurczaka, kroi się ser i chorizo,  do picia piwko, sangria i rum. Jak zwykle w takich sytuacjach czas szybko płynie. Od początku pobytu chcę iść na wschód słońca, tym razem umawiam się z Markiem że jutro na pewno pójdziemy, Artur się śmieje że słyszy to codziennie wieczorem a rano nie ma z tego żadnych efektów. Około 1.00 idziemy spać, pakuje jeszcze aparat i ciuchy, nastawiam budzik na 4.50 i mam nadzieję że uda mi się wstać, to ostatnia szansa żeby zobaczyć wschód słońca na tym wyjeździe.

 

Dzień 7 | Wyjazd w okolice Gandii

Budzik dzwoni o 4.50, dla mnie to środek nocy, ale wstaję, ubieram się po cichu, Marek już też wyszedł, a więc ruszamy na wschód słońca. Idziemy uśpionymi uliczkami, jest jeszcze ciemno i nawet zimno, idziemy dosyć szybko żeby się rozgrzać, dochodzimy do końca drogi i ruszamy pod górę, jesteśmy na punkcie widokowym Mirador Monte Toix, zaczyna świtać, patrzę w stronę wschodu, przed nami piętrzy się Penon de Ifach, czyżby miał by zasłaniać wschód słońca, jednak nie, słońce zaczyna wschodzić  trochę obok, pomału tarcza słoneczna wynurza się z morskich głębin, robi się coraz większa. Rozmawiam z Markiem że to już kolejny wschód słońca na naszych wyjazdach który oglądamy, tarcza słońca już cała wynurzyła się z morza i już czuć jak robi się ciepło, chwilę jeszcze stoimy, delektuję się ciszą, i wspaniałym widokiem. Ruszamy z  powrotem, mijamy po drodze malutki jednoosobowy samochodzik Renault, takie małe cudo. W domu wszyscy jeszcze śpią, ja też się kładę, udaje mi się zasnąć, budzę się około 9.00, większość jeszcze śpi, tylko Artur robi kawę, dołączam do Niego, myślał że nie poszliśmy na wschód, że znowu nam się nie chciało. Po kawie zaczynamy szykować śniadanie, wstaje reszta, razem siadamy do stołu, dzisiaj Marek, Piotrek, Michał i Sławek chcą jechać w okolice Gandii i tam się wspinać, Bob z Dyziem wybierają się na Sierra de Toix, chcą się po wspinać wielo wyciągowo, Artur rusza na zakupy na miasto, Krzysiek z Pawłem zostają nad basenem, nie mam ochoty następnego dnia spędzić w Calp więc jadę do Gandii. Wyruszamy około 11.00 i po około godzinie jesteśmy na miejscu, zostawiamy auto przy korycie wyschniętej rzeki i ruszamy pod górę, podchodzimy około 15 minut i jesteśmy pod skałą, jest tutaj sporo ludzi, są też wspinacze z Polski. Chłopaki ruszają w skałę a ja idę na przegląd okolicy, znajdujemy się kilkadziesiąt metrów nad pomarańczowymi gajami które ciągną się aż do podnóża gór znajdujących się na horyzoncie, siadam na skałę i dzwonię do Oli, mówię jej że znajduję się w pomarańczowym raju :) ruszam dalej, obserwuję jaszczurki wygrzewające się na skałach. Spore urwisko kończy mój spacer, wracam do chłopaków, kilkudniowe wspinanie ich wymęczyło, Marek z Michałem sobie odpuszczają, tylko Piotrek ze Sławkiem jeszcze próbują coś zrobić, około 16.00 jednak i Oni odpuszczają, schodzimy na dół. Zastanawiam się kiedy płynie woda w tej wyschniętej rzece, koryto jest spore i widać że wody tutaj też duża się przewala, na okolicznych krzakach są pozostałości roślin które naniosła woda. Z Markiem próbujemy zerwać pomarańcze które są za płotem, udaje się nam, są małe i nieciekawie wyglądają ale okazuje się że są bardzo słodkie i pyszne. Ruszamy z powrotem, zatrzymujemy się w nadmorskim miasteczku idziemy na promenadę coś zjeść, nikogo nie spotykamy po drodze a wszystkie knajpki są zamknięte, coś jakby wymarłe miasto,  ruszamy więc dalej, przyjeżdżamy do domu, przebieramy się i jedziemy na kolację do miasta, reszta chłopaków już tam jest, chcemy iść na tę dobrą pizze co wczoraj jednak wychodzi inaczej, wchodzimy do innej knajpki, każdy wybiera coś dla siebie, ja decyduję się na jakieś tajskie danie z makaronem, warzywami, chińskimi grzybami i orzechami, nic szczególnego.  Po kolacji ostatnie zakupy w markecie i jeszcze zaglądamy do sklepu sportowego, ceny dosyć znośne ale nie ma nic godnego uwagi, po ciemku wracamy do domu. Wieczór spokojny, tylko jakieś piwko, rozmowy, pakujemy się, rano o 2.00 pobudka więc wszyscy grzecznie idziemy spać.

 

Dzień 8 | Powrót

Pobudka o 2.00, pakowanie, sprzątanie, mimo że codziennie się wynosiło śmieci to nazbierało się kilka worków, około 3.00 ruszamy, jedziemy jeszcze oddać klucze od domu do agencji, zajmuje to nam około 30 minut i ruszamy na lotnisko do Alicante, po dotarciu na miejsce oddajemy auta. Mamy jeszcze trochę czasu, okazuje się że Sławkowi zmieniono godzinę wylotu i zamiast lecieć o 5.00 rano leci po 19.00, będzie siedział cały dzień na lotnisku. Nasz odlot nie ulega zmianie i przed 6.00 startujemy w stronę Berlina, tam jesteśmy około 8.30, na szczęście dolatują wszystkie bagaże, ruszamy do auta które jest zaparkowane jakieś 10 minut od lotniska, udaje nam się sprawnie wyjechać z Berlina, po przekroczeniu granicy zatrzymujemy się na posiłek, ruskie pierogi i ruszamy dalej, we Wrocławiu żegnamy się z Markiem, Michał jedzie do Świebodzic więc podwiezie Piotrka do Żarowa, a mnie podwozi do Wałbrzycha, w domu jestem około 19.00. Zmęczony.

Wyjazd który był nastawiony typowo na wspinanie się, mi jednak nie udało się przełamać moich lęków, jednak nie uważam że był to stracony wyjazd, poznałem nowy kraj, nowe obyczaje i utwierdziłem się w przekonaniu że na ludziach z DGN można polegać. Jednak wspinanie się to nie jest to co będę chciał robić, to niebezpieczny sport, polegający na wzajemnym zaufaniu. Ja mam bardzo znikome doświadczenie, choć nie ukrywam że będę chciał jeszcze tego popróbować, ale tutaj na miejscu.

Jeśli chodzi o Sangrię to nie będę ukrywał że tam w Hiszpanii jest najlepsza na świecie, będę chciał tam kiedyś wrócić żeby znowu pokosztować tego trunku :)

 

KOSZTY

  • Bilet lotniczy  Berlin – Alicante, Alicante – Berlin - 250 zł
  • Koszt wynajęcia domu, samochodów i transport Wrocław- Berlina i z powrotem – 250 zł
  • Wspólne wyżywienie na miejscu - 50 euro
  • Wydatki na miejscu – 120 euro

 

Najnowsze komentarze

  • Marcin Flieger powiedział(a) Więcej
    GRATULUJĘ! Nagroda w pełni zasłużona za lata promocji Gminy Mieroszów na całym świecie! Wielkie BRAWA również... czwartek, 06 czerwiec 2019
  • Ewa Tracewska powiedział(a) Więcej
    Super jak zawsze  piątek, 30 listopad 2018
  • Damian powiedział(a) Więcej
    To ja dziękuję za tak wspaniałą ekipę ! ;)) Czym byłaby Korsyka bez was, i przy waszych ohhhhah i ahhhach i tak se... piątek, 30 listopad 2018
  • Monika powiedział(a) Więcej
    WOW :D środa, 28 listopad 2018
  • Iga powiedział(a) Więcej
    Też Cię kocham Braciszku :*
    Dzięki za przypomnienie tego wyjazdu. Przepiękne miejsce i fantastyczni ludzie.... środa, 14 listopad 2018