Spis treści

Dzień 6 | Atak na szczyt

Wstajemy o 3.00 niestety w nocy jakaś grupa dosyć głośno się zachowywała więc część z nas jest niewyspana. Ja czuję się nawet dobrze, emocje i adrenalina dają znać o sobie  :)

Śniadanie, owsianka, tuńczyk z puszki, herbata i około 4.30 wychodzimy, 9 osób z DGN ( Monika, Aga, Dorota, Edyta, Damian, Kamil, Wojtek, Wentyl, no i Ja ) + jedna dziewczyna z Austrii. Przed nami wyszła grupa 4 osób z Polski i 3 Irańczyków.

Ja z Wojtkiem łapiemy podobne tempo i wysuwamy się na czoło grupy, idzie mi się dużo lepiej niż podczas wczorajszej aklimatyzacji :)

Jest jeszcze ciemno, około 1,5 godz. do wschodu słońca, kilka stopni na minusie wieje wiatr. Podczas wschodu słońca robi się jeszcze zimniej ( tak niestety słyszałem i sprawdziło się :( ) na szczęście Wojtek ma ciepłą herbatę a ja ogrzewacze chemiczne więc się wspomagamy.

Doganiamy tę 3 Irańczyków i jakiś czas idziemy razem, niedaleko szczytu dochodzą do nas inne osoby z naszej grupy, a także Dyzio i Marek ( dlaczego mnie to nie dziwi ) którzy wyszli później ze schroniska. Widać już kłęby buchającej siarki wydobywające się z wnętrza góry i teraz już wiem dlaczego ten wulkan nazywa się „uśpiony”.  Wyziewy siarki chwilami są nie do wytrzymania, nieopatrznie wchodzę na jedno takie „pole” i po kilku wdechach muszę uklęknąć żeby się nie przewrócić, na szczęście powiew wiatru rozgania „smrodek” i jest czym oddychać ( haha, oddychać na wysokości 5600 m ;) )  Na szczyt docieram około 9 rano razem z Dorotą i tą Austriaczką.

Chwilę przed nami są Wojtek, Dyzio, Marek i Edyta. Okrążam krater, robię zdjęcia ( jedno dla Pawła z cebulą :) ).

Niesamowite uczucie, jestem na wysokości 5671 m i chce mi się krzyczeć z radości, mój nowy rekord wysokości :), główny cel wyjazdu do Iranu zaliczony. W międzyczasie na szczyt wchodzi Kamil i decydujemy się razem z chodzić na dół.

Około 100 m od szczytu spotykamy resztę naszej grupy,  chwilę rozmawiamy, motywuję ich ( daję nawet buziaki :) )  choć widzę ich ogromne zmęczenie to wiem że wejdą, że nie odpuszczą, po to tu przybyliśmy.

Schodzę z Kamilem, w okolicach lodospadu na chwilę się rozdzielamy. Kamil schodzi a ja  odbijam  ze szlaku i idę pod lodospad, z bliska jest potężny robię zdjęcia i udaje mi się dogonić Kamila. Do schroniska docieramy po godz. 14 czyli jakieś 10 godzin zajęło nam zdobycie Damavandu :)

Część ekipy decyduje się zejść do obozu 2, ja kładę się na jakieś 1,5 – 2 godz. Ze szczytu schodzi reszta grupy i decydujemy że zostajemy w 8 osób ( Monika, Aga, Dorota, Damian, Artur, Kamil, Sławko i ja ) na nocleg w schronisku. Schronisko pustoszeje, zostaje dosłownie kilka osób, jemy kolację, rozmawiamy, dzielimy się wrażeniami, uzgadniamy że pobudka o 7.00 i kładziemy się spać.

Zanim zasnę chcę na bieżąco spisać relację, zmęczenie ogromne ale emocje biorą górę.

Mimo że na górę wchodzę sam to tak naprawdę jest tak że podczas ogromnego zmęczenia, podczas chwil słabości a nawet zwątpienia czy dam radę i po co mi to w ogóle, myślę o najbliższych, o Oli,  o rodzinie. Wiem że mimo że są daleko to myślą o mnie i wierzą że mi się uda, to daje mi dodatkowe siły i motywacje. To też dla Nich zdobywam góry :)

Trudność Damavandu nie jest duża, taki trekking tylko że na wysokość ponad 5600, gdzie wysokość robi swoje i jest ciężko z oddychaniem, ale z doświadczenia wiem że nie ignoruje się żadnej góry bo to się później okrutnie mści :( Ostatnie 10 m do szczytu szedłem jakieś 3 min. i 2 razy się zatrzymywałem. To do tej pory najwyższa zdobyta przeze mnie góra, wymęczyła mnie strasznie.

Ale to też nowe doświadczenie, lekcja pokory przed naturą, wiara we własne możliwości i umiejętność współpracy w grupie, wszystko to przyda się podczas następnego wyjazdu który na pewno już w przyszłym roku ( choć jeszcze nie wiem gdzie )   

Na 17 osób z DGN,  14 stanęło na szczycie Damavandu, to naprawdę dobry wynik :)

 

 

Dzień 7 | Zejście i zawirowania

Wstajemy o 7.00, pakujemy się, schodzimy do jadalni i szykujemy sobie śniadanie, Tm razem na słodko (herbata, ciastka, chałwa, owsianka ). Po śniadaniu zaczynamy schodzić do obozu 2, tam składamy pozostawione namioty i załatwiamy auto które zwiezie nas do Polour.   W międzyczasie dogadujemy się z miejscowym że zakwaterujemy się u niego w hotelu, więc po spotkaniu się z resztą ekipy która czekała na nas w camp 1, jedziemy około 30 km do tego wspaniałego miejsca.  Po dojechaniu na miejsce okazało się że nie był to dobry pomysł, hotel wyglądał trochę inaczej niż w opowieściach właściciela :(

Staramy się ułożyć jakiś alternatywny plan lecz niestety większa część grupy zostawia nas i stara się jakoś dostać do Polour a potem do Teheranu. Zostajemy w 5 osób ( ja, Damian, Monika, Aga i Kamil ) i mamy trochę niemiłą rozmowę z właścicielem hotelu. Po zapłaceniu jakiejś kwoty pieniędzy udaje nam się opuścić hotel. Idziemy zjeść jakiś obiad. Udaje nam się załatwić transport  i tu niespodzianka, za kwotę 60 $ mamy autobus który zawozi nas do Teheranu pod terminal z którego odjeżdżają autobusy do Isfahanu. Dworzec jest ogromny, a to 1 z 4 w Teheranie, ruch jak na giełdzie, ciągle z obsługi ktoś chodzi i coś wykrzykuje. Wszystko niestety opisane tylko po  persku, więc trudno się w tym połapać . Na dworcu kupujemy kebab z ryżem, ogromne porcje, nie do przejedzenia. Okazuje się że wzbudzamy zainteresowanie w śród miejscowych, ludzie podchodzą, pytają się czy nam jakoś pomóc. Dodatkowo 4 młode Iranki przechodząc koło nas machają i uśmiechają się do nas, a tyle naczytałem się o tych zasadach moralnych, gdzie one są ?

Jest godz. 23 wsiadamy do autobusu V.I.P i ruszamy do Isfahanu, do celu jakieś 300 km, autobus bardzo wygodny, w środku jest tylko 26 miejsc z rozkładanymi siedzeniami więc podróż będzie bardzo wygodna :), na miejscu powinniśmy być około 5 rano. W autobusie rozdają soki, wodę i jakieś ciastka oraz owoce :)

Mam nadzieję że to niefortunne rozstanie się grupy nie wpłynie negatywnie na dalsze zwiedzanie, jesteśmy w kontakcie i mamy się spotkać w Isfahanie. Piszę dość chaotycznie ale dopiero teraz w autobusie mam czas na tę relację, tyle się dzieje że nie jestem w stanie wszystkiego przelać na papier. Zmęczenie bierze górę, idę spać.

 

 

Dzień 8 | Isfahan

Jesteśmy na miejscu około 5 rano, pierwszy raz żałuję że podróż już się skończyła, tak było wygodnie w autobusie :). Bierzemy taksówkę która zawozi na do Hostelu Amir Kabir, tam czekamy na resztę grupy która dojeżdża około godzinę później.  Jeszcze nie ma dla nas pokoi, więc siedzimy na dziedzińcu gdzie jest darmowe Wi–Fi :) Około 8 rano decydujemy się iść na miasto (Ja, Monika, Damian, Aga i Kamil ) bo pokoje dostaniemy nie wcześniej jak o 12.00

Do południa byliśmy na placu Imama Chomeiniego, największym placu w Isfahanie, jest wcześnie więc nie ma jeszcze ludzi,  oraz w meczecie. Te mozaiki to dzieła sztuki, jest po prostu przepięknie.

Następny szok to zachowanie ludzi, nawet przejeżdżające samochody potrafią zwolnić zatrąbić i pomachać. Przechodnie zagadują, pytają się skąd jesteśmy i czy nam się podoba w Iranie. Dwoje młodych chłopaków na rowerach zapytało nas czy mamy kilka minut żeby porozmawiać. Chcieli się dowiedzieć po co przyjechaliśmy, co robimy w Polsce i opowiedzieli o sobie. Oni też opowiedzieli o sobie i w ten sposób spędziliśmy kilkanaście minut, na koniec doradzili nam gdzie można zjeść coś tradycyjnego., no i oczywiście zrobili sobie z nami zdjęcie ;)

Nie pamiętam nazwy tego jedzenia, ale był to placek podobny do naleśnika nadziewany dwoma rodzajami mięsnego farszu. Nie wiedzieliśmy jak się za niego zabrać, pomogła nam pani z obsługi J Rwało się ten placek na kawałki, rolowało z farszem, dodawało jeszcze świeży anyż i skrapiało sokiem z limonki. Jak przystawka coś w rodzaju „ ajranu ” z kawałkami pomidora i papryki, z dużą ilością cynamonu i oleju, w tym moczyło się chleb ( chyba ? ). Trudne do opisania jakie to było w smaku ;) W tej restauracji też z zaciekawieniem obserwowali nas i nasze poczynania z jedzeniem. Oczywiście też było pytania o cel naszego pobytu i zdjęcia, najlepsze to te robione nam z ukrycia.

Po wizycie w restauracji poszliśmy do hostelu, były już pokoje więc się zakwaterowaliśmy. Po 2 godzinach odpoczynku i 2 piwach Baltika ( bezalkoholowych :( ) idziemy na bazar na Plac Imama, spędzamy tam sporo czasu, kupujemy irańskie koszule w kolorze marchewkowym ;) Panuje bardzo fajny klimat na bazarze, można wszystko oglądać, dotykać i przymierzać a nikt nie jest nachalny i nie namawia do kupowania jak np. w Maroku. Można też robić zdjęcia. Kupiliśmy sobie na spróbowanie lody szafranowe, pyszne, ten smak będę naprawdę długo pamiętał po powrocie z Iranu :).

 Zbliża się wieczór, decydujemy się pójść na most 33 łuków, miejsce bardzo tłumnie odwiedzane wieczorami przez miejscowych i turystów. Most jest wspaniałe podświetlony, przechodzimy nim na drugą stronę do dzielnicy Ormiańskiej, całkiem innej niż cały Isfahan.  Niestety jesteśmy zmęczeni więc nie zapuszczamy się dalej, z Damianem idziemy tylko  kawałek żeby kupić coś do picia i w kilku miejscach wyczuwamy charakterystyczny zapach "zioła" :). Powrót na drugą stronę robimy sobie wyschniętym korytem rzeki, spotykamy miejscowego który bardzo chce nam towarzyszyć, lecz staramy się go pozbyć, jest „upalony” i niestety trochę go czuć :(

Robimy zakupy i w hotelu szykujemy kolację. Schodzi się reszta naszej grupy więc zaczynają się rozmowy i opowieści , Istak rządzi :) Umawiamy się na 8 rano na śniadanie i idziemy spać.

 

Najnowsze komentarze

  • Beata powiedział(a) Więcej
    Super! Bardzo inspirujące są Twoje dzienniki! Dziękuję :D czwartek, 20 sierpień 2020
  • Marcin Flieger powiedział(a) Więcej
    GRATULUJĘ! Nagroda w pełni zasłużona za lata promocji Gminy Mieroszów na całym świecie! Wielkie BRAWA również... czwartek, 06 czerwiec 2019
  • Ewa Tracewska powiedział(a) Więcej
    Super jak zawsze  piątek, 30 listopad 2018
  • Damian powiedział(a) Więcej
    To ja dziękuję za tak wspaniałą ekipę ! ;)) Czym byłaby Korsyka bez was, i przy waszych ohhhhah i ahhhach i tak se... piątek, 30 listopad 2018
  • Monika powiedział(a) Więcej
    WOW :D środa, 28 listopad 2018