Spis treści

KAUKAZ 2016 – GRUZJA I ARMENIA

Czyli jak to na Elbrus się nie dotarło :(

Po zeszłorocznym wyjeździe na Korsykę z Grupą – Do Góry Nogami zostały wspomnienia, ale też nowe znajomości które zaowocowały pomysłem wyjazdu na górę Elbrus w Rosji. Marek, którego poznałem na Korsyce powiadomił mnie, że będą organizowali wyjazd na Kaukaz, a głównym celem będzie Elbrus. Długo się nie zastanawiałem, skontaktowałem się z Dyziem chłopakiem, który jest głównym organizatorem tego wyjazdu i po tej rozmowie zostałem wciągnięty na listę wyjazdu :) Na początku roku kupiliśmy bilety, w maju zaczęliśmy załatwiać wizy do Rosji, było nas 12 osób, zostaliśmy podzieleni na 4 trzyosobowe zespoły, w których mieliśmy się dogadać w sprawie namiotów i ekwipunku.

W tej grupie znałem 3 osoby, ale z mojego zespołu nie znałem nikogo. Znowu wyjazd z nieznanymi mi ludźmi. Wyjazd był pod szyldem Zdobywamy Koronę Świata, a jak było, zapraszam do lektury dziennika.

 

Uczestnicy wyprawy od lewej Ja, Grzegorz, Kamil, Jarek, Łukasz, Sławko, Grzesiek, Patryk, Marek, Cebul, Dyzio, Wojtek.

 

Dzień 1 | Podróż

Plecak spakowany, ok. 20 kg, będzie ciężko :( jestem umówiony z Markiem, że zabierze mnie z Jaworzyny Śląskiej do Wrocławia, około 18.00 wsiadam do pociągu w Wałbrzychu, w Świebodzicach wsiada Wojtek, w Jaworzynie czeka Marek z Grześkiem, pakujemy się do auta i jedziemy do Wrocławia, tam na dworcu autobusowym zbiera się reszta ekipy skąd mamy Polskiego Busa do Warszawy. Na dworcu spotykamy dziewczyny z DGN które jadą w Beskidy, jest gwarno, wesoło, humory dopisują.

Z racji tego że znam parę osób to nie czuję się osamotniony jak na poprzednich moich wyjazdach :), widzę że to będzie ciekawy wyjazd. O 21.00 wsiadamy do autobusu i po nocnej jeździe około 4.00 rano jesteśmy w Warszawie. 

 

Dzień 2 | Podróż + dojazd do Kazbegi

O godzinie 10.15 wylatujemy do Kijowa, tam mamy kilka godzin na samolot do Kutaisi więc bierzemy 2 taksówki i jedziemy coś zjeść do Pyzatej Chaty, to taka regionalna jadłodajnia dość popularna na Ukrainie. Dobrze najedzeni i napojeni wracamy na lotnisko i o 19.25 wylatujemy do Kutaisi do Gruzji. Po niecałych 3 godzinach lotu jesteśmy na miejscu, i tutaj przykra niespodzianka, jednemu z naszych kolegów, Cebulowi nie dolatuje bagaż, po dłuższym oczekiwaniu i dowiadywaniu się u obsługi lotniska okazuje się, że zaszła pomyłka i jego plecak poleciał do Kazachstanu :( Na szczęście Cebul nauczony doświadczeniem (to nie pierwszy raz jak jego bagaż leci gdzie indziej niż on) kilka niezbędnych rzeczy na wyjście w góry ma w bagażu podręcznym. Pod lotniskiem stoją prywatni taksówkarze, można z nimi pojechać w każdy zakątek Gruzji, nam po dość długich targach (cenę jaką nam zaproponowali była dość wysoka) udaje się zorganizować 2 samochody które przewiozą nas z bagażami do Kazbegi. Jest po północy, ruszamy w prawie 200 kilometrową podróż do pierwszego celu naszej podróży. Jest ciasno, ale udaje nam się trochę pospać. Po drodze, wymieniamy pieniądze, a nad ranem zatrzymujemy się w malutkiej przydrożnej knajpce na posiłek, chaczapuri, jakiś gulasz i piwko. Ruszamy dalej, jedziemy Gruzińską Drogą Wojenną, pięknie usytuowaną, malownicze położoną, krętą, pnącą się coraz wyżej, w najwyższym punkcie na Przełęczy Krzyżowa osiągamy 2379 m. Zjeżdżamy w dół, mijamy fantastyczne nacieki na skałach, gdzie robimy sobie krótki postój i około 8.00 rano jesteśmy w Kazbegi.

 

 

Dzień 3 | Kazbegi

Około 8.00 rano jesteśmy w Kazbegi, jestem tutaj 3 raz czuję się więc swobodnie, otaczają nas ludzie, którzy proponują, kwaterę, przejazdy i wszystko inne. Nauczony doświadczeniem wiem, że trzeba nie okazywać zainteresowania i mocno się targować o cenę. Udaję nam się załatwić dość tani nocleg, kupić gaz do kuchenek, a także transport na jutrzejszy ranek, do kościółka, jest to mały, kamienny, ale piękny symbol wiary, górujący wysoko nad miastem, skąd wyruszymy dalej w stronę Meteo, bazy pod Kazbekiem. Na kwaterze szybkie prysznic    i idziemy coś zjeść. Kręcimy się trochę po miasteczku, nie byłe tu ponad rok, trochę się zmieniło. Wracamy na kwaterę, proponuję chłopakom wyjście na obiadokolację do knajpki, gdzie można dobrze zjeść, po drodze wchodzimy do wypożyczalni sprzętu, gdzie Cebul zaopatruje się w kilka rzeczy, jego plecak dotrze dopiero za kilka dni do Gruzji. Kolacja jest obfita, wracamy najedzeni i dość szybko idziemy spać, jutro o 5.00 mamy umówione 2 auta które nas podwiozą do kościółka na wysokość ok. 2200 m.

Rozmawiam jeszcze chwilę przez whatsappa z Olą, próbuję zasnąć, ale to trudna sprawa, jestem tu po raz trzeci, pod Kazbekiem, dwa poprzednie wejścia były nieudane, wraca dużo wspomnień i emocji. Jutro znowu stanę z Tą górą twarzą w twarz, reszta ekipy traktuje to jako aklimatyzację przed Elbrusem. Dla mnie jest to osobiste wyzwanie, to tutaj dostałem najwięcej w kość, nauczyłem się szacunku i nabrałem pokory do Gór. Ta góra zmieniła mój pogląd co do odpowiedzialności za osoby będące razem na wyjeździe. Wiem, że jutro znowu będą pot i łzy, ale jestem na to przygotowany, cieszę się że znowu tu jestem.

 

 


Dzień 4 | Dojście do Meteo i... Dalej ;)

Pobudka po 4.00, śniadanie, o 5.00 są już 2 auta, pakujemy plecaki na dach, sadowimy się wewnątrz i w drogę, czeka nas mały offroad po ciekawej, wąskiej, krętej, pełnej kałuż i wyboi drodze do kościółka, na miejscu już możemy liczyć tylko na własne siły, więc plecaki na plecy i w górę. Pogoda zapowiada się dobra, jest trochę chmur na niebie, ale nie powinno padać, podchodzimy coraz wyżej dostrzegam, że w porównaniu do poprzednich lat jak tu byłem jest teraz więcej śniegu, na dole w miasteczku mówili, że zima była długa i obfita w opady. Idziemy mozolnie w górę, już wiem, że będzie ciężko, chłopaki dużo młodsze ode mnie, wysportowane, wyskoczyły do przodu, więc trzeba ich gonić. Pierwszy postój robimy nad rzeką, której nie ma, tyle naopowiadałem o tym że trudno będzie przekroczyć rwącą rzekę, a rzeki nie ma, jest dużo śniegu który nie topnieje i nie spływa. Na postoju przyczepia się do nas bezpański pies, dużo ich w Gruzji, nazywamy ją Ochłapka, idzie z nami dalej do góry. Na lodowcu pełno śniegu, wydeptana ścieżka wskazuje kierunek marszu, chłopaki znowu wystrzelili do przodu. Ja idę z Patrykiem, jak schodzimy z lodowca i jesteśmy pod stromym podejściem do Meteo, część ekipy już prawie jest na górze, chwilę odpoczywamy i po jakiś 20 minutach morderczego marszu ostro w górę meldujemy się pod Meteo. Jest to była stacja meteorologiczna przerobiona na prymitywne schronisko, beż prądu i wody, obok znajduje się pole namiotowe. Robimy sobie posiłek i ciepłą herbatę, obserwujemy chmury które zaczynają nachodzić i już wiemy, że będzie padał deszcz. Mieliśmy się tu rozbić, ale podejmujemy decyzję, żeby podejść jeszcze wyżej, do wysokości 3900 – 4000 m. Tam zamiast deszczu złapie nas śnieg, ruszamy i po jakiejś godzinie dochodzimy do fajnego wypłaszczenia gdzie stoją już jakieś namioty. Decydujemy, że zostajemy, szykujemy miejsca pod namioty, rozbijamy się. Zaczyna padać śnieg, chowamy się do namiotów, po jakimś czasie przestaje padać, wychodzimy na zewnątrz, topimy śnieg (tylko nie żółty) na herbatę, wszyscy tak robią, jak nie ma dostępu do wody. Jest trochę poniżej zera, umawiamy się, że jutro robimy wyjście aklimatyzacyjne. Obok nas rozbija się trójka Czechów, jest z kim pogadać, opowiadają nam, że byli w Armenii na Aragacu, a za 4 dni wracają już do domu. Nie ma tutaj zasięgu, trzeba zejść jakieś 10-15 min. w dół, żeby mieś sygnał. Dzisiaj sobie odpuszczam, jestem zmęczony, jutro zadzwonię do domu. Robi się pomału ciemno i coraz zimniej, biorę butelkę ze śniegiem do śpiwora, będzie się pomału roztapiać a ja będę miał co w nocy pić :)  

W nocy budzi mnie krzyk, tak jakby damski głos wołał RATUNKU, leżę i zastanawiam się czy mi się coś śniło, czy słyszę to naprawdę, dziwne, za chwilę znowu damski głos krzyczy RATUNKU WILKI, w języku polskim cholera, ale mam zwidy, przecież tu nie ma wilków, no i kto w wysokich górach w Gruzji krzyczy po polsku, jestem pewien że to jakieś majaki senne, może związane z wysokością. Słyszę jednak że w namiocie obok też się pobudzili, więc to chyba nie majaki, już na trzeci krzyk, większość z nas wychodzi z namiotów. A tam stoi chłopak z czekanem w ręku w pozycji obronnej, za jego plecami chowa się dziewczyna, a przed nimi stoi nasza Ochłapka, okazało się, że byli rozbici jeszcze wyżej, w nocy chłopaka dopadł straszny ból głowy, szybko się spakowali, zostawili namiot i zaczęli schodzić na dół, w stronę Meteo. Jak przechodzili obok naszych namiotów, podbiegła do nich Ochłapka, a oni po ciemku myśleli, że to wilk, sytuacja się wyjaśniła, oni zeszli na dół, a my poszliśmy spać.

Pół roku później, w grudniu, spotkałem tego chłopaka w Tatrach w schronisku w Roztoce prawda, że świat jest mały ;)

 

 

Dzień 5 | Wyjście aklimatyzacyjne

Po nocnych przygodach, lekko niewyspani wstajemy około 8.00, topimy śnieg na herbatę i jakieś śniadanie, szykujemy się do wyjścia, dzisiaj nikomu się nie śpieszy, planujemy podejść na jakieś 4500 m. wychodzimy w zespołach, Nie ma słońca, niebo zasłane chmurami, trochę wieje, podchodzimy coraz wyżej, zaczyna schodzić mgła, robi się słaba widoczność. Idziemy jeszcze trochę, ale decydujemy się wracać, schodząc na dół, mijamy opuszczony namiot naszych nocnych gości, rzeczywiście szybko go opuszczali, nawet go nie zapieli, przez co wiatr go potargał i połamał. Wracamy do obozowiska, chwilę odpoczywamy i decydujemy się na zejście do Meteo żeby nabrać wody, bierzemy wszystkie puste butelki, a także kuchenkę, na miejscu zrobimy sobie obiad. Po niecałej godzinie jesteśmy pod Meteo, jest sporo ludzi, dużo namiotów, spędzamy tam ponad godzinę na jedzeniu i rozmowach. Napełniwszy wszystkie butelki wodą prosto ze strumyka, który wypływa z lodowca, wracamy do naszego obozu. W międzyczasie dzwonię do domu, krótka rozmowa, co robiliśmy i co planujemy. Będąc już na miejscu, szykujemy się na jutro, jutro atak szczytowy, pakowanie niezbędnych rzeczy, przeglądnięcie sprzętu. Krótkie rozmowy, umawiamy się, że pobudka o 1.30, jakaś herbata i wszyscy wcześniej się kładą spać, ciężko jest zasnąć na takiej wysokości, po głowie chodzi jutrzejszy dzień, czy tym razem się uda? jakoś udaje mi się trochę zasnąć. 


Dzień 6 | Atak szczytowy :)

1.30 dzwoni budzik, pierwsze co robię to wychylam się z namiotu i patrzę w niebo, JEST widać gwiazdy, czyli pogoda dopisała.  Od razu znika niewyspanie, wstaje reszta ekipy, jest mróz, zaczynamy grzać wodę na herbatę, jeszcze raz sprawdzam czy wszystko mam, robię też owsiankę na śniadanie, nie powiem trochę mnie dopada euforia, nigdy się tak nie cieszyłem na widok gwieździstego nieba :) Pierwsza ekipa już rusza na trasę, my następni, za nami reszta. Idzie sprawnie, tylko zimno, po jakiś 15 – 20 minutach Patryk z mojego zespołu stwierdza, że mocno przemarzł w nogi i odpuszcza, schodzi do obozu, na nic zdają się próby namówienia go żeby nie rezygnował. Idziemy dalej we dwójkę z Jarkiem, mam nadzieję, że osłabienie naszego zespołu nie wpłynie na zdobycie szczytu. Z góry widzimy światełka czołówek, to ludzie, którzy idą z Meteo, dochodzimy do trawersu i tam wiążemy się liną, to już nie przelewki, droga prowadzi coraz bardziej pod górę, jest bardzo dużo śniegu, pierwsza ekipa toruje drogę. Zaczyna wschodzić słońce i robi się jeszcze zimniej, zawsze tak jest o wschodzie, za to ukazują się nam fantastyczne widoki, boże jak tu pięknie, ośnieżone szczyty potężnych gór po horyzont. Pomału dopada nas zmęczenie, ekipy które mają więcej siły idą dalej my z Jarkiem robi krótki postój. Ruszamy dalej i wyżej i wyżej i wyżej :) jak zbliżamy się do przełęczy zaczyna nachodzić na szczyt chmura, obawiam się żeby nie pokrzyżowała nam planów, na przełęczy robimy odpoczynek, Jarek wykończony, ja ledwo łapię oddech, motywujemy się wzajemnie, wyciągam żel i batona, dzielę się z Jarkiem. Jak gryzę tego batona to nachodzą mnie takie myśli że to będzie „baton zwycięstwa” od przełęczy do szczytu prowadzi bardzo strome kilkudziesięciometrowe podejście, motywuję się że już jestem tak blisko, że nie odpuszczę, do trzech razy sztuka. Dochodzą do nas Wojtek, Marek i Grzesiek, razem zaczynamy ostatnie podejście, większość trasy dosłownie na kolanach brnąc w śniegu, który miejscami sięga do ud. Spotykamy pierwszą ekipę, czyli Dyzia, Cebula i Sławka, schodzą ze szczytu mówią, że jeszcze kilkanaście metrów i jesteśmy na górze. Wskrzeszam naprawdę ostatnie siły i po kilku minutach wychodzimy na wypłaszczenie, HURA, jesteśmy na szczycie Kazbeku. Padam ze zmęczenia na kolana, opieram dłonie o śnieg i zaczynam dziękować tej górze, że pozwoliła mi wejść, łzy napłynęły mi do oczu, ze szczęścia, dociera do mnie pomału co zrobiłem, tak 22 czerwca 2016 r. zdobyłem swój pierwszy pięciotysięcznik, ten niedostępny przez ostatnie 3 lata, który wycisnął ze mnie tyle potu i łez. Ale koniec tego mazania się, ocieram twarz z łez wstaję, ściskam się z chłopakami, robimy sobie zdjęcia, niestety widoków nie ma żadnych, widoczność na kilka metrów. Wchodzą następne ekipy, robi się trochę tłoczno, decydujemy się schodzić, droga powrotna zawsze jest trudniejsza, idziemy ostrożnie w dół, na szczęście nic złego się nie dzieje i po około 5 godzinach docieramy do obozu, wejście i zejście zajęło mi 12 godzin, przed naszym obozem jest rozbita grupa Rosjan, proponują herbatę, chwilę rozmawiamy, oni jutro będą wchodzić na szczyt. Docieramy do namiotów, jestem ogromnie zmęczony, ale szczęśliwy zarazem. Chłopaki chcą schodzić na dół i rozbić się w okolicach rzeki, mi z Jarkiem nie chce się rozbijać całego majdanu jeszcze raz więc decydujemy się zostać. Reszta schodzi a my szykujemy sobie jakieś jedzenie, po posiłku idę trochę w dół, łapię sygnał i dzwonię do siostry, że wreszcie mi się udało zdobyć Kazbek, następnie dzwonię do Oli, chwilę rozmawiamy. Wracam do obozu, został już tylko nasz namiot i kilkadziesiąt metrów wyżej namioty Rosjan, znowu świeci słońce, siadamy na skale i delektujemy się ciepłymi promieniami słońca. Po 17.00 zaczyna słońce zachodzić za górę i robi się coraz zimniej, wchodzimy do namiotu, chwilę rozmawiamy, ale zmęczenie bierze górę, idziemy spać, chcemy wstać, skoro świt i schodzić na dół. Szybko zasypiam, w nocy nawet nie słyszę jak obok naszego namiotu przechodzą ekipy idące na szczyt. To był naprawdę ciężki, ale też ogromnie emocjonalny dla mnie dzień, miałem wrażenie, że za pierwszym razem w 2013 roku kiedy przyjechałem zdobyć Kazbek, byłem zbyt pewny siebie i to się zemściło, Ta góra po prostu nie pozwoliła mi się zdobyć dopóki nie nabrałem respektu i pokory. To była dobra lekcja.

 

 


Dzień 7 | Jak nie Elbrus to co?

Wstajemy ok. 7.00, jemy śniadanie, składamy namiot i nie śpiesząc się schodzimy w dół, jest super pogoda, tutaj lekki mrozik, ale schodząc coraz niżej już trzeba będzie się rozbierać. Podziwiamy widoki, robimy zdjęcia, krótki postój przy kościółku, robi się coraz cieplej, mam na sobie grube spodnie, nie ma za bardzo się, gdzie przebrać więc trzeba się będzie męczyć ten ostatni odcinek :( Około południa jesteśmy w Kazbegi, wstępujemy na piwo do mojego znajomego, Jarek jeszcze zostaje coś zjeść a ja idę na pokój się wykąpać, śpimy w tym samym miejscu co pierwszej nocy. Po drodze mijam informację turystyczną, nie było jej tu 2 lata temu, widzę napis, że organizują Supry, czyli uczty gruzińskie, więc wchodzę do środka się dowiedzieć, jak to organizują. I niespodzianka, właścicielką jest Polka, Ewa Stachura obiecuje, że dzisiaj zorganizuje Suprę dla nas, umawiamy się na godzinę 19.00. Idę się ogarnąć i poinformować chłopaków, że idziemy dzisiaj na Suprę, mam nadzieję, że nie wyszedłem przed szereg i że będą chętni na takie spędzenie wieczoru. W miasteczku dziwne poruszenie, latają śmigłowce, coś się dzieje. Po dotarciu na kwaterę informuję resztę ekipy o wieczornej kolacji, wszyscy są tym zainteresowani, wychodzą na piwo a ja obiecuję, że jak się wykąpię i ogolę to do nich dołączę. Spotykamy się u mojego znajomego, znam go z poprzednich moich pobytów w Kazbegi, prowadzi mały lokal, pomagają mu rodzice. O 19.00 spotykamy się z Ewą i idziemy na Suprę, odbędzie się ona w starym domu, jest już wszystko przygotowane, podają nam najróżniejsze Gruzińskie potrawy, wino i czaczę, czyli miejscowy bimber. Niestety docierają do nas dwie niepokojące wiadomości, jedna związana jest z zamieszaniem które zauważyłem wcześniej w miasteczku. Na drogę prowadzącą do jedynego przejścia granicznego między Gruzją i Rosją, spadła lawina kamieni, zrobił się spory zator i nie ma przejazdu. Z tego powodu Rosjanie zamknęli przejście graniczne, może tak być zamknięte nawet miesiąc. Czyli jedyna droga lądowa na Elbrus jest zamknięta, na szybko próbujemy jakoś rozwiązać te sprawę, obmyślamy plan dotarcia z Batumi do Soczi i dalej pod Elbrus, niestety promy pływają 2 razy w tygodniu i nie zdążymy wrócić na samolot do kraju. Nic nie możemy na tę sytuację poradzić :(

Jest nas 12 osób + Ewa i jedyne co możemy w tej sytuacji zrobić to napić się pysznych gruzińskich trunków, i tutaj dopada nas druga niemiła wiadomość tego dnia, nasi gospodarze nie byli przygotowani na tak spragnionych turystów i po prostu brakło alkoholu :(  Niepocieszeni odprowadzamy Ewę, wracamy na nasze kwatery i idziemy grzecznie do łóżek ;)  
 

 

Dzień 8 | Tbilisi

Wstajemy po 8.00, większość z nas odczuwa skutki wczorajszej uczty, idziemy do Ewy do biura, może ma jakieś nowe informacje, niestety granica zamknięta, więc nasz wyjazd na Elbrus jest już niestety odwołany :(. Ustalamy więc że jedziemy do Tbilisi i tam będziemy się zastanawiać co dalej. Żegnamy się z Ewą, idziemy na busa i jedziemy do Tbilisi. Na miejscu Cebul dostaje informacje, że jego plecak jest na lotnisku w Kutaisi, razem z Markiem jadą go odebrać, a my załatwiamy nocleg w polskim hostelu Villa Opera. Zostawiamy nasze rzeczy i jedziemy zwiedzać miasto, dostajemy się taksówkami do centrum, idziemy ulicą Rustaveli, najbardziej reprezentacyjną ulicą miasta przy której znajdują się potężne gmachy Narodowego Muzeum Sztuk Pięknych oraz Gruzińskie Muzeum Narodowe, dochodzimy do Placu Wolności który jest ogromnym rondem na którego środku stoi potężna kolumna ze złotym pomnikiem św. Jerzego,  potem udajemy się na Most Pokoju i oglądamy przepięknie oświetloną Twierdzę Narikala, skręcamy w okolice starego miasta, podchodzimy do nietypowej rzeźby poświęconej Berikaobie – starej kulturze pogańskiej, wyglądającej jak krąg tańczących ludzi, mijamy posąg latarnika na drabinie zapalającego latarnie,  idziemy coś zjeść, uroczych i klimatycznych knajpek jest tu bez liku,  a na sam koniec dnia odwiedzamy Polską knajpę „ Warszawa ‘’, okazuje się że jest to dosyć już znane miejsce i jedno z tańszych więc przychodzi tu sporo ludzi. Spędzamy tam czas do około 2.00 w nocy a następnie taksówkami wracamy pod hostel, nasi taksiarze nie do końca wiedzą, gdzie znajduje się nasz hostel i trochę krążą po okolicy, wreszcie jakoś się udaje. W hostelu wszyscy idą od razu spać, nad ranem wracają Marek z Cebulem. Następny dzień pełen wrażeń.

 

 

Dzień 9 | Jedziemy do Armenii

Wstajemy około 8.00, jemy w hostelu śniadanie, zbieramy się w świetlicy i naradzamy się co dalej robimy, wyjazd do Rosji jest już niemożliwy. Nikt za bardzo nie chce do końca wyjazdu leżeć na plaży czy włóczyć się po miastach. Przypominam sobie rozmowę z Czechami po Kazbekiem i rzucam propozycję, Aragac w Armenii, jest to najwyższy szczyt tego kraju, były wulkan a liczy sobie 4090 m. Zaczynamy dyskutować, wszystkie za i przeciw, po dłuższej naradzie decydujemy się jechać. Okazuje się, że Kuba, właściciel hostelu może nam załatwić Forda Transita z kierowcą za rozsądne pieniądze. Auto może być na godzinę 17.00, szykujemy rzeczy, nikt z nas nie był w Armenii więc nadrabiamy zaległości. Zamawiamy obiad w hostelu, praktycznie nie ruszamy się nigdzie dalej jak do sklepów. Uzupełniamy zapasy, robimy zakupy na podróż. Po godzinie 17.00 przyjeżdża nasz transport, trochę wysłużony i bez klimatyzacji, oj będzie gorąco. Ładujemy plecaki na dach, zimne napoje w dłoń i w drogę :) Granicę przekraczamy bez problemu, dzisiaj Polska gra na mistrzostwach Europy, akurat jak jesteśmy na granicy, podchodzą do nas Armeńscy celnicy, pytają się skąd jesteśmy na odpowiedź, że z Polski mówią że właśnie wygraliśmy ze Szwajcarią, radość, już nawet nas nie sprawdzają, pytają się tylko dokąd jedziemy i życzą powodzenia. Po jakiejś godzinie zaczyna robić się ciemno, widzimy ciekawe zjawisko, górę w kształcie wulkanu i wydobywający się z niej dym, niestety nie ma czynnych wulkanów w tym rejonie, prawdopodobnie gdzieś jest wielki komin, i to tak wygląda. Naszym celem jest dojechać pod jezioro Kari, obok usytuowana jest opuszczona placówka naukowa, w której w roku 1943 zostały zainicjowane badania promieniowania kosmicznego na dużych wysokościach. Dojeżdżamy na miejsce, nie rozbijamy namiotów, część z nas śpi w aucie a część na bagażach na dachu. Jest chłodno, w samochodzie strasznie niewygodnie, prawie nie spałem tej nocy :( 
 

 

 


Dzień 10 | Aragac :)

Wstajemy około 7.00. trochę późno jak na wyjście na szczyt, wszyscy mocno zmęczeni po podróży, ogarniamy śniadanie, zapada jednak decyzja, że idziemy na szczyt. Dawno mi się tak ciężko nie szło, reszta też widzę, że lekko nie ma, ale nie ma co beczeć, idziemy dalej. Na szczęście podejście jest łagodne, startowaliśmy z wysokości 3200 m więc dużo nie mamy do szczytu, ostatnie podejście jest dość ostre, a na górze śnieg. Wierzchołek Aragacu to krater wulkanu, w skład którego wchodzą cztery szczyty, otaczają one krater o wielkości 1,5 x 2 km i głębokości około 400m. Na pierwszym szczycie spotykamy grupę z Iranu, robimy sobie zdjęcia, częstują nas jakimiś orzechami i innymi słodkościami, żegnamy się z nimi i ruszamy na następny szczyt. Musimy zejść ostro na dół, a następnie po rumowisku skalnym ostro pod górę, przy podejściu, spotykamy grupę z Armenii i razem z nimi wchodzimy na drugi szczyt, tutaj już było trochę trudniej, podczas przechodzenia przez skały na Słavka oberwał się mały nawis, na szczęście spadł mu na plecak i tylko trochę go pokiereszował. Było dużo strachu, ale noc się nie stało, Słavo się pozbierał i ruszyliśmy dalej. Na szczyt weszliśmy całą grupą razem z Ormianami :) Niestety naszły chmury i nie było widoków, stwierdziliśmy, że jak się załamuje pogoda to wracamy do obozu, Droga wiodła na początku przez mały jęzor lodowca a następnie przez długi czas po skalnych blokach. Do obozu dotarliśmy popołudniu, rozłożyliśmy namioty, zaczęliśmy szykować jakieś jedzenie no i świętować, następna góra, następny czterotysięcznik zdobyty :). Przychodzi do nas grupa Ormian z którymi weszliśmy na szczyt, okazuje się, że są zrzeszeni w klubie alpinistycznym, i często gdzieś wyjeżdżają, może kiedyś trafią do Polski. Wymieniamy się kontaktami, Oni dzisiaj wracają a my robimy sobie reset, jest fajnie, dwie góry na wyjeździe zaliczone, przed nami jeszcze kilka dni, ale już myślimy o odpoczynku, ustaliliśmy, że jutro jedziemy nad jezioro Sewan. Teraz dzwonię do domu z następną fajną nowiną :) Impreza pomału się kończy, idziemy spać, niektórzy już śpią ;)
 

 

 

Dzień 11 | Kierunek Jezioro Sewan

Wstajemy około 8.00, kończymy rosół, który gotowaliśmy wczoraj ;) zwijamy namioty, robimy porządek w naszym obozie, ostatnie zdjęcia i ruszamy w drogę. Po drodze zaliczamy ruiny Twierdzy Amberd, to jeden z najcenniejszych zabytków architektury ormiańskiej, była to największa twierdza na terenach dzisiejszej Armenii. Jedno z miejsc które obowiązkowo trzeba zobaczyć będąc w tym kraju. Stojąc przy ruinach widzieliśmy jak wyłania się z chmur szczyt Araratu, świętej góry Ormian, znajdujący się teraz na terenach znienawidzonej Turcji. Jedziemy do Erywania który jest stolicą Armenii, miasto nas nie zaciekawiło, zrobiliśmy krótki spacer, zobaczyliśmy Plac Republiki przy którym znajduje się kilka budynków rządowych, weszliśmy do banku wymienić pieniądze i ruszyliśmy dalej, po drodze zatrzymaliśmy się w przydrożnej restauracji na obiad, pani z obsługi bardzo się dziwiła że zamawiamy tak dużo sałatki z pomidorów i ogórków. Docieramy w okolice jeziora, szukamy miejsca na namioty, w sklepie pytamy się o jakiś camping i przy okazji wykupujemy cały zapas Ormiańskiego koniaku, nie lubię koniaku, ale ten naprawdę smakował :). Trafiamy na mały, niezbyt ładny camping, ale będziemy tutaj tylko jedną noc więc nie ma co wybrzydzać. Rozkładamy namioty i idziemy nad jezioro, trochę się dziwię, że się nikt nie kąpie, jak wchodzimy do wody zaczynam rozumieć, dlaczego ;) Sewan jest największym jeziorem na Kaukazie i jednym z najwyżej położonych jezior świata, leży na wysokości ok. 1900 m, dlatego woda jest dosyć chłodna ;) po krótkiej kąpieli siadamy na ławeczkach na małym pomoście i raczymy się koniakiem. Robimy małe zawody kto więcej razy się podciągnie na drążku, który znajduje się na pomoście, najpierw na dwóch rękach, potem na jednej, nawet się nie spostrzegamy, że zaczyna zachodzić słońce. Wracamy do namiotów, przebieramy się i idziemy w stronę małego miasteczka które mijaliśmy po drodze, na straganach kupujemy jakieś pamiątki, nie ma tu żadnych knajpek więc wracamy i robimy kolacje. Siedzimy, rozmawiamy i dalej raczymy się koniakiem, czas fajnie płynie, jest już bardzo późno, większość poszła spać, ja z Markiem umawiam się, że wstaniemy o 4.00 i pójdziemy na wschód słońca. Nas też dopada zmęczenie, idziemy spać.

 


 

Dzień 12 | powrót do Gruzji 

Wstajemy z Markiem o 4.00, udajemy się na pobliskie wzgórze, na którym stoi kamienny kościółek i niestety źle obliczyliśmy wschód słońca, stoimy prawie godzinę, do tego jeszcze nas gryzą jakież latające owady :( jak by tego było mało zjawia się sfora bezpańskich psów, 4 duże i 3 małe, zaczynają się kręcić obok nas, już wypatruję gdzie jest najbliższa droga ucieczki. Podchodzą do nas, wyciągam rękę, jeden zaczyna obwąchiwać, daje się pogłaskać, następne też są zainteresowane głaskaniem i po chwili już spada kamień z serca, nie będą chciały nas zaatakować. Pomału zaczyna wschodzić słońce, robimy zdjęcia, podziwiamy jezioro które jest u naszych stóp, widzimy jak rybacy małymi łódeczkami wracają z połowu. Obchodzimy mały kamienny kościółek i kamiennymi schodami schodzimy w stronę jeziora. Tafla jeziora niczym nie zmącona, odbijają się w niej pierwsze promienie słońca, jak tu jest pięknie. Wracamy do namiotów, kładziemy się jeszcze, reszta śpi. Wstajemy około 8.00. robimy śniadanie, decydujemy, że dzisiaj wracamy do Gruzji. Psy które spotkaliśmy z Markiem przyszły za nami, kręcą się koło namiotów, nagle jeden rzuca się do drugiego i w ciągu chwili całe stado gryząc się i walcząc ze sobą przetacza się po naszych namiotach, jeden uszkadzając, próbujemy je rozgonić, Wojtek okłada je szczotką, która była pod ręką, po chwili udaje się nam zapanować nad sytuacją, ale przez moment było groźnie. Psy były w takim amoku, że mogły się też rzucić na nas. Zwijamy namioty, pakujemy do auta i w drogę, jedziemy niedaleko granicy z Azerbejdżanem, jest strasznie gorąco, zajeżdżamy w małym miasteczku pod malutką knajpkę, jest nieczynna, ale wychodzi właściciel, który tutaj mieszka i mówi, że przygotuje nam posiłek, prowadzi nas do maleńkiej kuchni, mamy sobie wybrać co chcemy zjeść i nam to przygotują, pojawia się jego żona, szykuje w altanie w ogrodzie miejsce dla nas. Jedzenie pyszne, pieczone mięso, świeże warzywa, kompot domowy. Po obiedzie ruszamy dalej, dojeżdżamy do granicy, sprawnie ją przekraczamy i chcemy jechać do Kachetii. Niestety nie dogadaliśmy się z Kubą, który załatwił nam auto i okazuje się, że chce żebyśmy mu dopłacili jakieś pieniądze. 

Robimy naradę, decydujemy się wracać i wyjaśnić sprawę, robi się niemiła sytuacja, chcą nas naciągnąć na jeden dzień,  dochodzimy do porozumienia że kierowca nas odstawi do Kobuleti bez żadnych opłat, zapłacimy tylko za paliwo, w nieciekawych nastrojach wsiadamy do auta, cały dzień w tym upale, każdy ma dość, do Kobuleti docieramy po 19.00, jest ciemno, od jakiejś godziny mocno pada deszcz, udaje nam się załatwić kwatery, w malutkim hostelu, na dole jest sklep, robimy tam zakupy na kolacje. Po kolacji przy piwku planujemy jutrzejszy dzień, nie mamy na nic pomysłu, chyba spędzimy ten dzień na plaży. Umawiamy się jedynie na wschód słońca nad morzem, tym razem na godzinę 5.00. Dzwonię do Oli, zawsze jak jestem gdzieś na wyjeździe to przynajmniej raz dziennie informuję swoich najbliższych, gdzie jestem i co się dzieje. Jeden krótki telefon lub sms, a w domu przynajmniej się martwią.

 


 


Dzień 13 | Batumi i okolice

Wstajemy przed 5.00 idziemy na plażę, tym razem długo nie czekamy, wstaje słońce i zapowiada się ładny dzień, po wczorajszej ulewie nie ma śladu, morze spokojne, po plaży tylko widać, że były większe fale, jest sporo naniesionego drewna. Wracamy do hostelu, kładziemy się jeszcze na trochę spać. Około 8.00 wszyscy już na nogach, schodzę na dół do sklepu, pod sklepem przy stoliku siedzi gość i pije kawę, a obok jest zaparkowany duży bus, zaczynam rozmowę i okazuje się, że gościu robi wycieczki po okolicy. Dopytuję się, gdzie można pojechać i co zobaczyć, umawiam się z nim. Lecę na górę i oznajmiam chłopakom, że……. za 2 godziny jedziemy na wycieczkę :) Trochę zdumieni, ale zgadzają się, robimy śniadanie. Przed 11.00 podjeżdża nasz transport i wyruszamy, na początek Ogród Botaniczny w okolicach Batumi, kierowca zostawia nas pod jednym wejściem i umawiamy się za    2 godziny pod drugim wejściem z drugiej strony ogrodu. Zastanawiam się co my będziemy robić przez te 2 godziny, ale jak zaczynamy chodzić po Ogrodzie to już wiem, że mamy mało czasu. 

Jest to ogromny teren podzielony na strefy klimatyczne, jak kontynenty. Są duże alejki, ale można też chodzić wąskimi ścieżkami, przez około 15 minut idziemy małą prawie niewidoczną ścieżką przez las bambusowy. Najróżniejsze drzewa i krzewy, wszystko fajnie opisane aż nie chce się wychodzić :(

 

 

Niestety czas nas goni, podchodzimy w umówione miejsce, po chwili jest nasz transport i ruszamy dalej, kiedyś będę chciał tu przyjechać i poświęcić więcej czasu na zwiedzanie tego miejsca. Następny etap to Sarpi, przejście graniczne między Gruzją i Turcją, chcemy zjeść prawdziwego tureckiego kebaba, niestety na granicy nie ma czegoś takiego, a nie będziemy płacić 10 euro za wizę turecką, żeby wejść na teren Turcji na kebaba, więc sobie odpuszczamy. Oglądamy budynek przejścia granicznego, jest fajnego kształtu, schodzimy na plażę, stamtąd widać po tureckiej stronie meczet, chwila na zrobienie zdjęć i jedziemy do Batumi. W Batumi wchodzimy za namową naszego kierowcy do restauracji na obiad, podobno dobrze tu karmią, każdy z nas zamawia coś innego, strasznie długo czekamy na zrealizowanie zamówienia, prawie godzinę, a jedzenie też żadna rewelacja zjadamy, ale bez żadnych ochów i achów. Idziemy zwiedzać miasto, obok nowych budynków o futurystycznych kształtach stoją stare, odrapane niskie budyneczki, bardzo duża dysproporcja. Trochę to wygląda jak by każdy budował co chciał i gdzie chciał.  Idziemy na miejską promenadę, plaża kamienista, tylko dosyć szeroka, podchodzimy pod dziwny mały budynek, przy którym na każdym rogu stoi metalowa rura z otworem, do którego zmieści się kubek, napis na tym dziwnym urządzeniu brzmi chacha fountain, okazuje się, że jest to fontanna, z której raz dziennie, tylko nigdy nie wiadomo o której godzinie i jak długo płynie chacha, czyli gruzińska wódka :). Nie czekaliśmy i nie sprawdzaliśmy czy to prawda. Jest późne popołudnie, wracamy do hostelu, na Mistrzostwach Europy Polska gra z Portugalią i załatwiliśmy sobie, że obejrzymy ten mecz w barze w hostelu. Zrobimy małą strefę kibica, wieczorem przygotowani z piwem i chipsami zasiadamy przed telewizorem, emocje duże, to jest półfinał, jest remis 1:1, decydować będą rzuty karne, niestety przegrywamy 5:3, trudno. Oczywiście nikt się nie załamał, poszliśmy do baru naprzeciwko na kolację i piwko.

 

 

Dzień 14 | Kobuleti 

Standardowo wstajemy około 8.00, dzisiaj jest ostatni dzień pobytu, chcemy go spędzić na luzie, czyli plaża, odpoczynek. Na śniadanie część z nas idzie do baru naprzeciwko, dobrze tam karmią :). Po śniadaniu idziemy na plażę, są spore fale, szalejemy jak banda dzieciaków, zbieramy kamyczki, chodzimy po plaży, obserwujemy jak kilku rybaków ciągnie sieć, przy plaży i wyciąga z nich ryby, choć to nie był duży połów. Niedaleko widać opuszczony kilkupiętrowy budynek, część chłopaków bierze linę i idzie tam coś porobić, reszta stawia na odpoczynek, nie ma tutaj co zwiedzać więc dużo czasu spędzamy w barze :) wracają chłopaki, zadowoleni udało im się trochę poopuszczać na linach, i trochę pokręcić po budynku.  Po południu zaczynamy się zbierać, wieczorem mamy umówiony transport na lotnisko, jakieś 2 godziny jazdy. Pakujemy się, idziemy ostatni raz spojrzeć na morze i w drogę. Na lotnisku jesteśmy po północy, wylot mamy po 4.00 rano więc próbujemy się trochę przespać. 

 

Dzień 15 | Powrót

Odlatujemy z Kutaisi po 4.00 rano w stronę Kijowa, tam szybka przesiadka i przed 9.00 lecimy w stronę Warszawy, gdzie lądujemy około południa. Szybki transport z lotniska na Dworzec Centralny, udaje nam się kupić bilety i za niecałą godzinę jedziemy już pociągiem w stronę Wrocławia, po 19.00 jesteśmy we Wrocławiu, tam z większą częścią ekipy się żegnam, chłopaki zostają we Wrocławiu a ja z Wojtkiem w pociąg do Wałbrzycha, Wojtek wysiada w Świebodzicach. Przed 21.00 jestem w Wałbrzychu, akurat mam busa do Mieroszowa więc przed 22.00 jestem w domu. Cały dzień w podróży.

Lubię te powroty do domu, jest tyle emocji, opowieści. I to prawda wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej :)   Podsumowując ten wyjazd, musze powiedzieć, że naprawdę się udał, zdobyłem wreszcie Kazbek, mój pierwszy pięciotysięcznik, odwiedziłem kraj, do którego się nie wybieraliśmy, czyli Armenię, Tam wszedłem na najwyższą górę tego kraju, poznałem znowu wspaniałych ludzi myślę, że będę brany pod uwagę przy następnych wyjazdach w wysokie góry. Jedno co się nie udało to Elbrus, niestety nie z naszej winy, ale już wiem, że tam kiedyś wrócę, nie lubię odstawiać czegoś na bok. Chłopaki jechali z hasłem zdobywamy Koronę Ziemi, mają fajny cel, jak tak na nich patrzę to jest parę osób w tym gronie które mogą to osiągnąć. Ja nie mam takich aspiracji, ale ugryźć kawałek Korony, czemu nie chętnie spróbuję. W Armenii widziałem z daleka górę Ararat i wiem, że też chcę tam pojechać, zauroczyłem się ;) Teraz jednak chcę trochę odpocząć. 

Całej ekipie serdecznie chciałbym podziękować za ten wyjazd, 12 chłopa, przebywające ze sobą ponad 2 tygodnie i żadnej kłótni czy sprzeczki, to jest fantastyczne. 
 

Najnowsze komentarze

  • Marcin Flieger powiedział(a) Więcej
    GRATULUJĘ! Nagroda w pełni zasłużona za lata promocji Gminy Mieroszów na całym świecie! Wielkie BRAWA również... czwartek, 06 czerwiec 2019
  • Ewa Tracewska powiedział(a) Więcej
    Super jak zawsze  piątek, 30 listopad 2018
  • Damian powiedział(a) Więcej
    To ja dziękuję za tak wspaniałą ekipę ! ;)) Czym byłaby Korsyka bez was, i przy waszych ohhhhah i ahhhach i tak se... piątek, 30 listopad 2018
  • Monika powiedział(a) Więcej
    WOW :D środa, 28 listopad 2018
  • Iga powiedział(a) Więcej
    Też Cię kocham Braciszku :*
    Dzięki za przypomnienie tego wyjazdu. Przepiękne miejsce i fantastyczni ludzie.... środa, 14 listopad 2018