Spis treści

Dzień 4 | Dojście do Meteo i... Dalej ;)

Pobudka po 4.00, śniadanie, o 5.00 są już 2 auta, pakujemy plecaki na dach, sadowimy się wewnątrz i w drogę, czeka nas mały offroad po ciekawej, wąskiej, krętej, pełnej kałuż i wyboi drodze do kościółka, na miejscu już możemy liczyć tylko na własne siły, więc plecaki na plecy i w górę. Pogoda zapowiada się dobra, jest trochę chmur na niebie, ale nie powinno padać, podchodzimy coraz wyżej dostrzegam, że w porównaniu do poprzednich lat jak tu byłem jest teraz więcej śniegu, na dole w miasteczku mówili, że zima była długa i obfita w opady. Idziemy mozolnie w górę, już wiem, że będzie ciężko, chłopaki dużo młodsze ode mnie, wysportowane, wyskoczyły do przodu, więc trzeba ich gonić. Pierwszy postój robimy nad rzeką, której nie ma, tyle naopowiadałem o tym że trudno będzie przekroczyć rwącą rzekę, a rzeki nie ma, jest dużo śniegu który nie topnieje i nie spływa. Na postoju przyczepia się do nas bezpański pies, dużo ich w Gruzji, nazywamy ją Ochłapka, idzie z nami dalej do góry. Na lodowcu pełno śniegu, wydeptana ścieżka wskazuje kierunek marszu, chłopaki znowu wystrzelili do przodu. Ja idę z Patrykiem, jak schodzimy z lodowca i jesteśmy pod stromym podejściem do Meteo, część ekipy już prawie jest na górze, chwilę odpoczywamy i po jakiś 20 minutach morderczego marszu ostro w górę meldujemy się pod Meteo. Jest to była stacja meteorologiczna przerobiona na prymitywne schronisko, beż prądu i wody, obok znajduje się pole namiotowe. Robimy sobie posiłek i ciepłą herbatę, obserwujemy chmury które zaczynają nachodzić i już wiemy, że będzie padał deszcz. Mieliśmy się tu rozbić, ale podejmujemy decyzję, żeby podejść jeszcze wyżej, do wysokości 3900 – 4000 m. Tam zamiast deszczu złapie nas śnieg, ruszamy i po jakiejś godzinie dochodzimy do fajnego wypłaszczenia gdzie stoją już jakieś namioty. Decydujemy, że zostajemy, szykujemy miejsca pod namioty, rozbijamy się. Zaczyna padać śnieg, chowamy się do namiotów, po jakimś czasie przestaje padać, wychodzimy na zewnątrz, topimy śnieg (tylko nie żółty) na herbatę, wszyscy tak robią, jak nie ma dostępu do wody. Jest trochę poniżej zera, umawiamy się, że jutro robimy wyjście aklimatyzacyjne. Obok nas rozbija się trójka Czechów, jest z kim pogadać, opowiadają nam, że byli w Armenii na Aragacu, a za 4 dni wracają już do domu. Nie ma tutaj zasięgu, trzeba zejść jakieś 10-15 min. w dół, żeby mieś sygnał. Dzisiaj sobie odpuszczam, jestem zmęczony, jutro zadzwonię do domu. Robi się pomału ciemno i coraz zimniej, biorę butelkę ze śniegiem do śpiwora, będzie się pomału roztapiać a ja będę miał co w nocy pić :)  

W nocy budzi mnie krzyk, tak jakby damski głos wołał RATUNKU, leżę i zastanawiam się czy mi się coś śniło, czy słyszę to naprawdę, dziwne, za chwilę znowu damski głos krzyczy RATUNKU WILKI, w języku polskim cholera, ale mam zwidy, przecież tu nie ma wilków, no i kto w wysokich górach w Gruzji krzyczy po polsku, jestem pewien że to jakieś majaki senne, może związane z wysokością. Słyszę jednak że w namiocie obok też się pobudzili, więc to chyba nie majaki, już na trzeci krzyk, większość z nas wychodzi z namiotów. A tam stoi chłopak z czekanem w ręku w pozycji obronnej, za jego plecami chowa się dziewczyna, a przed nimi stoi nasza Ochłapka, okazało się, że byli rozbici jeszcze wyżej, w nocy chłopaka dopadł straszny ból głowy, szybko się spakowali, zostawili namiot i zaczęli schodzić na dół, w stronę Meteo. Jak przechodzili obok naszych namiotów, podbiegła do nich Ochłapka, a oni po ciemku myśleli, że to wilk, sytuacja się wyjaśniła, oni zeszli na dół, a my poszliśmy spać.

Pół roku później, w grudniu, spotkałem tego chłopaka w Tatrach w schronisku w Roztoce prawda, że świat jest mały ;)

 

 

Dzień 5 | Wyjście aklimatyzacyjne

Po nocnych przygodach, lekko niewyspani wstajemy około 8.00, topimy śnieg na herbatę i jakieś śniadanie, szykujemy się do wyjścia, dzisiaj nikomu się nie śpieszy, planujemy podejść na jakieś 4500 m. wychodzimy w zespołach, Nie ma słońca, niebo zasłane chmurami, trochę wieje, podchodzimy coraz wyżej, zaczyna schodzić mgła, robi się słaba widoczność. Idziemy jeszcze trochę, ale decydujemy się wracać, schodząc na dół, mijamy opuszczony namiot naszych nocnych gości, rzeczywiście szybko go opuszczali, nawet go nie zapieli, przez co wiatr go potargał i połamał. Wracamy do obozowiska, chwilę odpoczywamy i decydujemy się na zejście do Meteo żeby nabrać wody, bierzemy wszystkie puste butelki, a także kuchenkę, na miejscu zrobimy sobie obiad. Po niecałej godzinie jesteśmy pod Meteo, jest sporo ludzi, dużo namiotów, spędzamy tam ponad godzinę na jedzeniu i rozmowach. Napełniwszy wszystkie butelki wodą prosto ze strumyka, który wypływa z lodowca, wracamy do naszego obozu. W międzyczasie dzwonię do domu, krótka rozmowa, co robiliśmy i co planujemy. Będąc już na miejscu, szykujemy się na jutro, jutro atak szczytowy, pakowanie niezbędnych rzeczy, przeglądnięcie sprzętu. Krótkie rozmowy, umawiamy się, że pobudka o 1.30, jakaś herbata i wszyscy wcześniej się kładą spać, ciężko jest zasnąć na takiej wysokości, po głowie chodzi jutrzejszy dzień, czy tym razem się uda? jakoś udaje mi się trochę zasnąć. 


Dzień 6 | Atak szczytowy :)

1.30 dzwoni budzik, pierwsze co robię to wychylam się z namiotu i patrzę w niebo, JEST widać gwiazdy, czyli pogoda dopisała.  Od razu znika niewyspanie, wstaje reszta ekipy, jest mróz, zaczynamy grzać wodę na herbatę, jeszcze raz sprawdzam czy wszystko mam, robię też owsiankę na śniadanie, nie powiem trochę mnie dopada euforia, nigdy się tak nie cieszyłem na widok gwieździstego nieba :) Pierwsza ekipa już rusza na trasę, my następni, za nami reszta. Idzie sprawnie, tylko zimno, po jakiś 15 – 20 minutach Patryk z mojego zespołu stwierdza, że mocno przemarzł w nogi i odpuszcza, schodzi do obozu, na nic zdają się próby namówienia go żeby nie rezygnował. Idziemy dalej we dwójkę z Jarkiem, mam nadzieję, że osłabienie naszego zespołu nie wpłynie na zdobycie szczytu. Z góry widzimy światełka czołówek, to ludzie, którzy idą z Meteo, dochodzimy do trawersu i tam wiążemy się liną, to już nie przelewki, droga prowadzi coraz bardziej pod górę, jest bardzo dużo śniegu, pierwsza ekipa toruje drogę. Zaczyna wschodzić słońce i robi się jeszcze zimniej, zawsze tak jest o wschodzie, za to ukazują się nam fantastyczne widoki, boże jak tu pięknie, ośnieżone szczyty potężnych gór po horyzont. Pomału dopada nas zmęczenie, ekipy które mają więcej siły idą dalej my z Jarkiem robi krótki postój. Ruszamy dalej i wyżej i wyżej i wyżej :) jak zbliżamy się do przełęczy zaczyna nachodzić na szczyt chmura, obawiam się żeby nie pokrzyżowała nam planów, na przełęczy robimy odpoczynek, Jarek wykończony, ja ledwo łapię oddech, motywujemy się wzajemnie, wyciągam żel i batona, dzielę się z Jarkiem. Jak gryzę tego batona to nachodzą mnie takie myśli że to będzie „baton zwycięstwa” od przełęczy do szczytu prowadzi bardzo strome kilkudziesięciometrowe podejście, motywuję się że już jestem tak blisko, że nie odpuszczę, do trzech razy sztuka. Dochodzą do nas Wojtek, Marek i Grzesiek, razem zaczynamy ostatnie podejście, większość trasy dosłownie na kolanach brnąc w śniegu, który miejscami sięga do ud. Spotykamy pierwszą ekipę, czyli Dyzia, Cebula i Sławka, schodzą ze szczytu mówią, że jeszcze kilkanaście metrów i jesteśmy na górze. Wskrzeszam naprawdę ostatnie siły i po kilku minutach wychodzimy na wypłaszczenie, HURA, jesteśmy na szczycie Kazbeku. Padam ze zmęczenia na kolana, opieram dłonie o śnieg i zaczynam dziękować tej górze, że pozwoliła mi wejść, łzy napłynęły mi do oczu, ze szczęścia, dociera do mnie pomału co zrobiłem, tak 22 czerwca 2016 r. zdobyłem swój pierwszy pięciotysięcznik, ten niedostępny przez ostatnie 3 lata, który wycisnął ze mnie tyle potu i łez. Ale koniec tego mazania się, ocieram twarz z łez wstaję, ściskam się z chłopakami, robimy sobie zdjęcia, niestety widoków nie ma żadnych, widoczność na kilka metrów. Wchodzą następne ekipy, robi się trochę tłoczno, decydujemy się schodzić, droga powrotna zawsze jest trudniejsza, idziemy ostrożnie w dół, na szczęście nic złego się nie dzieje i po około 5 godzinach docieramy do obozu, wejście i zejście zajęło mi 12 godzin, przed naszym obozem jest rozbita grupa Rosjan, proponują herbatę, chwilę rozmawiamy, oni jutro będą wchodzić na szczyt. Docieramy do namiotów, jestem ogromnie zmęczony, ale szczęśliwy zarazem. Chłopaki chcą schodzić na dół i rozbić się w okolicach rzeki, mi z Jarkiem nie chce się rozbijać całego majdanu jeszcze raz więc decydujemy się zostać. Reszta schodzi a my szykujemy sobie jakieś jedzenie, po posiłku idę trochę w dół, łapię sygnał i dzwonię do siostry, że wreszcie mi się udało zdobyć Kazbek, następnie dzwonię do Oli, chwilę rozmawiamy. Wracam do obozu, został już tylko nasz namiot i kilkadziesiąt metrów wyżej namioty Rosjan, znowu świeci słońce, siadamy na skale i delektujemy się ciepłymi promieniami słońca. Po 17.00 zaczyna słońce zachodzić za górę i robi się coraz zimniej, wchodzimy do namiotu, chwilę rozmawiamy, ale zmęczenie bierze górę, idziemy spać, chcemy wstać, skoro świt i schodzić na dół. Szybko zasypiam, w nocy nawet nie słyszę jak obok naszego namiotu przechodzą ekipy idące na szczyt. To był naprawdę ciężki, ale też ogromnie emocjonalny dla mnie dzień, miałem wrażenie, że za pierwszym razem w 2013 roku kiedy przyjechałem zdobyć Kazbek, byłem zbyt pewny siebie i to się zemściło, Ta góra po prostu nie pozwoliła mi się zdobyć dopóki nie nabrałem respektu i pokory. To była dobra lekcja.

 

 

Najnowsze komentarze

  • Marcin Flieger powiedział(a) Więcej
    GRATULUJĘ! Nagroda w pełni zasłużona za lata promocji Gminy Mieroszów na całym świecie! Wielkie BRAWA również... czwartek, 06 czerwiec 2019
  • Ewa Tracewska powiedział(a) Więcej
    Super jak zawsze  piątek, 30 listopad 2018
  • Damian powiedział(a) Więcej
    To ja dziękuję za tak wspaniałą ekipę ! ;)) Czym byłaby Korsyka bez was, i przy waszych ohhhhah i ahhhach i tak se... piątek, 30 listopad 2018
  • Monika powiedział(a) Więcej
    WOW :D środa, 28 listopad 2018
  • Iga powiedział(a) Więcej
    Też Cię kocham Braciszku :*
    Dzięki za przypomnienie tego wyjazdu. Przepiękne miejsce i fantastyczni ludzie.... środa, 14 listopad 2018