Spis treści

Elbrus, Czeczenia, Gruzja i wojaże po Kaukazie, czyli nie zostawiam niedokończonych spraw.

Termin 25 sierpień – 4 wrzesień 2018

Pomysł z Elbrusem chodził mi po głowie od 2016 r. Wtedy nie udało mi się wjechać do Rosji z powodu zamkniętej granicy (opisuję to w dzienniku Kaukaz 2016). Teraz udało mi się znaleźć chętnych, ustalić termin i w taki oto sposób z Tomkiem i Koniem, wyruszamy zdobyć jeden ze szczytów Korony Ziemi, to jest główny cel, wyjazdu, a co będzie działo się dodatkowo zapraszam do przeczytania tego dziennika :)

 

Dzień 1 | Podróż + dotarcie do Kazbegi

Wieczorem jedziemy do Wrocławia, oczywiście nie obejdzie się bez nerwów, okazuje się że paszporty Konia i Tomka są…… w Poznaniu, ktoś ma je przekazać przesyłką konduktorską, ciekawe czy dotrą ? Za pierwszym nadaniem się nie udało, konduktor nie zgodził się przyjąć dowiadując się, że to paszporty, nie mogą przewozić dokumentów, na szczęście udaje się nadać następnym pociągiem i około godziny 21.00 odbieramy przesyłkę na dworcu, a już myślałem, że polecę sam na tę wyprawę.  Nocujemy z Koniem w mieszkaniu jego znajomych, o 4.00 rano Paula odwozi nas na lotnisko, tam spotykamy się z Tomkiem, nadajemy bagaże i o 5.45 lecimy do Kutaisi do Gruzji. To już moja czwarta podróż do tego kraju. Lądujemy po trzech godzinach, odbieramy bagaże i załatwiamy transport do Kazbegi, u prywatnych taksiarzy, którzy stoją pod lotniskiem, mocno się przy tym targujemy, cena jaką nam proponują jest kosmiczna. Po ustaleniu ceny, ruszamy w podróż, po drodze wymieniamy pieniądze, zatrzymujemy się, żeby kupić chaczapuri, tradycyjny gruziński placek i coś do picia, po drodze nasz kierowca oferuje nam 5 litrów wina z własnej roboty, nie odmawiamy, nabywamy ten trunek. Około 17.00 jesteśmy na miejscu, zostawiamy bagaże w Mountain Travel, agencji prowadzonej przez Polaków i idziemy na jakieś zakupy. Wracamy do biura, miłe przyjęcie prze obsługę, spędzamy tam czas do 19.00, czyli do zamknięcia. Na rano mamy umówiony transport do Azau, miasteczka pod Elbrusem.  Idziemy pod wiatę do parku nieopodal biura, decydujemy się tutaj zostać na noc, lokalizacja świetna, łapiemy zasięg Wi-Fi z biura więc możemy dzwonić do najbliższych :). Robimy kolację i otwieramy nasze wino, długo siedzimy i rozmawiamy, opróżniamy około 4 litrów wina, dobre choć piłem już lepsze w Gruzji. Idziemy spać, wskakujemy do śpiworów, ja na blacie stołu a chłopaki na ławkach, w nocy chłodno, ale śpiwór daje radę. Jestem tutaj już czwarty raz, czuje się już mocno związany z tym miejscem i tymi górami. W oddali góruje nad okolicą potężna sylwetka Kazbeku, świeci księżyc i pięknie oświetla okolicę, jest po prostu pięknie :)

 


 

Dzień 2 | Granica + droga do Azau

Pobudka o 5.30. pogoda rewelacyjna, żadnej chmury na niebie, zbieramy się i podchodzimy pod biuro, gdzie ma podjechać nasz transport. Niestety transport się nie zjawia, czekamy do 6.40. i kontaktujemy się z dziewczyną, która go załatwiała, okazuje się, że kierowca utknął na granicy i nie przyjedzie po nas. Przed 8.00 podjeżdża inne auto i jedziemy. Do granicy dojeżdżamy dosyć szybko, to kilkanaście kilometrów, granicę gruzińską przekraczamy bez problemów, za to na rosyjskiej jest spora kolejka, kierowca mówi, że może to trwać nawet 5 godzin, i nie mylił się, po 11.00 podjeżdżamy dopiero do kontroli, sprawdzają auto i paszporty, auto przepuszczają a my musimy czekać, nikt nam nic nie mówi, stoimy po prostu przy okienku, są odprawiane inne osoby a nas jakby nie widzieli. Po dłuższym oczekiwaniu podchodzi do nas jakiś człowiek w koszuli i mówi żebyśmy poszli za nim. Słabo zna angielski, dogaduję się z nim po rosyjsku, zaczyna się dziwne przesłuchanie po co jedziemy, czy mam rodzinę, czy byłem w wojsku, kiedy i co tam robiłem, czy teraz pracuję i co robię, interesuje ich moja wiza do Iranu którą mam w paszporcie, trwa to jakieś 30 minut na całą naszą trójkę.  Po czym jesteśmy odprowadzeni do okienka, wbijają nam pieczątki w paszport i możemy ruszać dalej. Po drodze zatrzymujemy się coś zjeść, pierożki z kapustą lub z mięsem, takie danie na szybko, smażone na głębokim oleju, bardzo pyszne. Po drodze zajeżdżamy do Władykaukazu, zmieniamy auto, nasz kierowca jest zmęczony, teraz będzie jechał jako pasażer. Po drodze przepiękne widoki, choć widać przy rzece, obok której jedziemy, że niedawno była tu spora powódź. Do Azau docieramy przed 17.00, rozliczamy się z naszym kierowcą. Niestety nie zdążymy dzisiaj na kolejkę, którą podjedziemy trochę w górę, więc załatwiamy sobie nocleg w hotelu. Spotykamy czworo Polaków, którzy dzisiaj zeszli z Elbrusa, wyciągamy od nich potrzebne nam informacje, chwilę rozmawiamy, nie ma tu żadnego kantoru, więc idąc na kolacje szukamy knajpki, w której można płacić kartą, zamawiamy jakieś lokalne specjały i lokalne piwo. Robi się ciemno, wracamy do hotelu, dzwonię do Oli, potem kąpiel i idziemy spać. Jutro czeka nas przygoda.

 


 

Dzień 3 | Obóz 1 i ostatni :)

Wstajemy o 7.00. idziemy na śniadanie, w knajpce najbliżej wyciągu zamawiamy jajecznicę, herbatę, pieczywo, chcemy płacić kartą i okazuje się, że nie można, XXI wiek, pełno turystów a knajpa zacofana, obcej waluty też nie chcą tylko ruble, których nie mamy :( Koniu zostaje, a my z Tomkiem szukamy kogoś kto kupi od nas dolary, nikt za bardzo nie chce, zaczynamy się trochę stresować, zamiast wjeżdżać teraz kolejką do góry, biegamy jak handlarze dolarów, udaje nam się sprzedać 100 dolarów babciom na targu, wracamy płacimy za śniadanie, idziemy na kolejkę, kupujemy bilety,( na szczęście można tu płacić kartą ), do stacji Mir na wysokości 3500 m. i ruszamy do góry. Po kilkunastu minutach jesteśmy przy Mirze, idziemy dalej do góry, chcemy dojść do Priuta 11 na wysokość 4200 m. albo jeszcze wyżej. Przy górnej stacji kolejki tzw. Beczek, podchodzi do nas Rosjanin i mówi, że musimy wykupić pozwolenie na wejście na szczyt, koszt 300 rubli od osoby, do tej pory niczego takiego nie było, więc podejrzewamy, że to ściema. Pokazuje nam co prawda jakieś plakietki, ale nie wierzymy, delikatnie sugerujemy, że to mafia i nie będziemy płacić, zaczyna się trochę słowna przepychanka, podchodzi drugi Rosjanin, przy nas wypisuje pozwolenie na wejście innym ludziom widzimy, że to nie przelewki, godzimy się, atmosfera się trochę rozładowała, wychodzi jeszcze, że kwit muszę wypisać sam, bo nie ogarniają mojego nazwiska po rosyjsku:). Ubożsi o 900 rubli ruszamy dalej, przy maleńkim baraku zaczynają z nami rozmowę Rosjanie, pytają się, kiedy chcemy wchodzić na górę. Mówimy, że za 2 dni twierdzą, że wtedy zacznie padać śnieg, podobno mają najnowszą pogodę, trochę mnie to martwi, żegnamy się i idziemy dalej. Dochodzimy do lodowca, jest mokry i płynie po nim woda, zakładamy raki i zaczynamy podejście pod górę. Mijamy bazę Priut 11 i idziemy jeszcze wyżej, po lewej stronie są skały, gdzie zaczynamy szukać miejsca na namiot, nie jest to łatwe, wszystko pod dużym spadem i jeszcze pełno skał. Udaje nam się w końcu znaleźć mały placyk, nie jest idealny, ale może jakoś nam posłuży, rozkładamy namiot, wyszukuję niedaleko strumyczek, którym płynie z lodowca, nie jest tu czysto, ale może nic nam nie będzie po tej wodzie.

Jest godzina 15.00 jesteśmy na wysokości około 4300 m. ciężko się oddycha, zrobiliśmy dzisiaj około 1800 m. przewyższenia, szykujemy jedzenie gotujemy wodę na liofilizaty i herbatę, rozmawiamy o pogodzie, o tym co powiedzieli tamci Rosjanie, że w środę może być nieciekawie. Jutro powinniśmy wyjść na aklimatyzację, ale podejmujemy decyzję, że atakujemy jutro szczyt, w głębi duszy wiem, że źle robimy. Pakujemy się na atak szczytowy, jemy po liofie, i około 17.00 idziemy spać. Jest jasno, nie mogę zasnąć, cały czas myślę czy dobrze robimy, atakując jutro szczyt bez aklimatyzacji (oczywiście że nie). Na dodatek namiot jest rozbity pod kątem i wszyscy się z suwają do jednego rogu, akurat tam, gdzie ja leżę :(

 


 


Dzień 4 | Atak na szczyt

Pobudka o 24.00. ja prawie nie spałem, ciągle myślałem o dzisiejszej decyzji no i byłem mocno zepchnięty do kąta przez zsuwających się chłopaków, już nigdy nie rozstawię namiotu pod kątem :( Podejmujemy decyzję, że jednak idziemy, gotujemy wodę ha herbatę i kaszkę, nie mogę jeść, wszystko mi rośnie w ustach próbują, ale nie idzie mi. Pije herbatę i się zbieramy, niebo czyste, pełne gwiazd, będzie ładny dzień. Około 1.30. wyruszamy, idzie opornie, na trasie już pełno ekip, jedni idą z dołu, inni, bo jest taka opcja, podjeżdżają na ratrakach i skuterach do wysokości 5000 m.  widzę, że wielu „wspinaczy” z tego korzysta, dla mnie to takie oszukiwanie samego siebie, albo coś się zdobywa albo nie. Jest zimno, wieje lekki wiatr, powyżej skał Pastuchowa, zaczyna się otwarty teren i robi się jeszcze zimniej, dojście do 5000 m. zajmuje nam około dwie godziny, pomału zaczyna świtać, teraz najzimniejszy czas, marznę w ręce i stopy, wkładam ogrzewacze do rękawiczek, ale nie działają, jakieś trefne :( Koniu mówi, że idzie szybciej, bo okropnie marznie, ja z Tomkiem człapiemy krok w krok, liczę kroki do 45 i dopiero robię krótki postój, i tak mozolnie pniemy się do góry. Niestety Tomek słabnie i zostaje w tyle, czekam co chwilę na niego i tak jakoś się posuwamy, jesteśmy na trawersie, jest już jasno, ale nie robi się cieplej widzę, że ludziom idącym przede mną też nie jest łatwo. W pewnym momencie Tomek stwierdza żebym szedł sam, on jeszcze spróbuje kawałek, ale nie ma siły i odpuszcza, próbuje Go namówić, ale nie udaje się, ruszam do przodu. Jest okropnie zimno, jestem strasznie zmęczony, liczę dalej kroki, a nawet teraz już kroczki do 45 i staję, opieram się na kijkach i próbuje złapać oddech, i tak mozolnie do przodu. W pewnym momencie łapię się na tym, że przysnęło mi się na stojąco, oj niedobrze, nachylenie stoku nie jest duże, ale nie chciał bym się zsunąć na dół. Próbuję zjeść batona na pokrzepienie, ale mi zamarzł, podobnie jak woda w camelbagu, dobrze że mam jeszcze jedna butelkę pod kurtką. 

Kończy się trawers, wchodzę, między szczytu Elbrusa, jest cień robi się jeszcze zimniej, na szczęście nie jest stromo, lekkie podejście pod górę, dochodzę do wypłaszczenia, skąd wchodzi się ostro pod górę przy poręczówce, oceniam, że to podejście zajmie mi około godziny. Zaczynam wchodzić, przede mną sznur ludzi i wszyscy wyczerpani, posuwamy się bardzo powoli, teraz liczę kroki już tylko do 15 i robię odpoczynki, pod koniec podejścia spotykam Konia który już schodzi mówi, że jeszcze jakieś 30 – 40 minut i będzie szczyt. Cieszy mnie ta informacja, nie do końca wierzyłem ze mi się uda, ale zanim tam dotrę to jeszcze trzeba się mocno namęczyć. Wychodzę na wypłaszczenie, w oddali jakieś 300 metrów widać szczyt, za jakieś 20 minut po prawie płaskim i będę na miejscu. Przede mną idzie grupa z Iranu, dwie dziewczyny płaczą ze szczęścia, wreszcie jest szczyt, 28 sierpnia 2018 roku około godziny 9.30 zdobyłem ELBRUS. Sam szczyt nie jest za wielki, jest na nim sporo ludzi, wszyscy się cieszą, robią sobie zdjęcia, a mi się łzy pchają do oczu, ze szczęścia, ze wzruszenia.  Jak Tomek odpuścił, straciłem wiarę ze mi się uda, ciężko jest iść samemu jak się nie ma wsparcia, w takich chwilach myślę o najbliższych, pomaga mi to wiem, że mimo że są daleko to wspierają mnie w tym co robię, daje mi to dodatkową siłę.

 

 

Harmider i zamieszanie jaki na szczycie zrobiła ta Irańska grupa, zmusza mnie do zejścia kilka metrów niżej, robię tam zdjęcia, z Flagą Mieroszowa i Dla Przyjaciół którzy wsparli finansowo ten wyjazd.

Emocje ogromne, ale jest też świadomość, że trzeba zejść, zbieram się pomału, dochodzę do poręczówki, schodzę w dół bardzo ostrożnie, nachylenie jest spore, na dole robię mały odpoczynek, zjadam zamarzniętego batona i ruszam dalej, na trawersie podziwiam widoki. W okolicach 5000 m. czekają „ wspinacze ‘’ na ratraki które zwiozą ich na dół, ja ruszam po tej wyratrakowanej drodze, czeka mnie jeszcze około godzinne zejście do namiotu, poniżej Skał Pastuchowa doganiam Konia, ciężko się schodzi na dół, często się zatrzymujemy, około 12.00 docieramy do namiotu, robimy sobie około godzinną  przerwę, w tym czasie kładę się na skały i po prostu przysypiam,  jestem ogromnie zmęczony, zresztą wszyscy jesteśmy zmęczeni, z chęcią bym się walnął do namiotu, ale stwierdzamy że  z chodzimy do kolejki, a następnie zjeżdżamy na dół.

Po godzinnym odpoczynku, składamy namiot, pakujemy plecaki i zaczynamy schodzić do stacji kolejki, po drodze mijamy grupę która wchodzi na górę, na wyjście aklimatyzacyjne, i nagle z tej grupy odzywa się dziewczyna, to Ewa, właścicielka Mountain Travel wiedziałem, że jest pod Elbrusem, poznała mnie, mimo że widzieliśmy się 2 lata temu. Bardzo miłe spotkanie, nie może uwierzyć, że wczoraj przyjechaliśmy a już dzisiaj zdobyliśmy Elbrus, śmieje się, żeby tego nie mówić jej grupie, bo oni też będą tak chcieli :). Żegnamy się, oni idą w górę a my na dół, dochodzimy do kolejki, bilety mamy dopiero od „Mira” czyli od następnej stacji, więc tutaj musimy dokupić, w biletomacie Tomkowi blokuje kartę, robi się spore zamieszanie, wreszcie pan z obsługi wpuszcza nas na swoją kartę. Już dalej bez żadnych przygód zjeżdżamy na dół. W Azau, wymieniamy pieniądze u tych samych pań na targu, idziemy do hotelu, ten sam hotel i ten sam pokój, szybki prysznic i idziemy z Tomkiem coś zjeść, Koniu zostaje w pokoju. Zamawiamy sporo jedzenia i miejscowe piwo, długo siedzimy, rozmawiamy, nastrój błogi. Tomek mówi, że Elbrus nie był dla niego tak ważny jak dla mnie, bardziej liczy na dalsze zwiedzanie. Wracamy do hotelu, dzwonię do domu, a następnie rozmawiamy co dalej pada propozycja, że jak znajdziemy transport to można pojechać do Groznego, stolicy Czeczeni. Nigdy nie myślałem, żeby odwiedzić Czeczenię, a teraz jest to na wyciągniecie ręki, z ta myślą kładę się spać.

 


 

Dzień 5 | Kierunek Grozny :)

Pobudka o 8.00, pakujemy się i o 9.00. schodzimy na śniadanie, jest obfite, jakieś placki z mięsem, chleb, ser, wędlina, jajecznica, kasza na słodko, kawa, herbata i cukierki. Po śniadaniu opuszczamy hotel i od razu łapiemy transport, który zwozi nas do Tereskola. Tam zatrzymuje się bus, którym, po ustaleniu ceny, jedziemy do Nalczyka. W Nalczyku na dworcu autobusowym, dogadujemy się z kierowcą, który zawiezie nas do Groznego, szybko to wszystko idzie. Po drodze jeszcze wymieniamy walutę u cinkciarza prosto na ulicy, a to jest zabronione w Rosji. Ruszamy do Groznego, nasz kierowca, Szamil pochodzi z tego miasta, jest Czeczenem, na miejscu podrzuci nas do hostelu w centrum miasta. Droga wiedzie przez Osetię Północną i Inguszetię, na każdej granicy republiki kontrole jak na granicy państwa, wszędzie uzbrojeni policjanci. 

Dodatkowo Czeczenia jest republiką islamską, nie ma w sklepach alkoholu, nawet piwa, mężczyźni nie powinni nosić krótkich spodenek. Po dotarciu do hostelu, zostawiamy w nim bagaże i idziemy na miasto, umawiamy się z Szamilem że jutro o 16.00 przyjedzie po nas. Najbardziej reprezentacyjną ulicą jest Prospekt Putina, to przy niej znajdują się wszystkie najdroższe sklepy i restauracje. Nas jednak interesuje to inne życie, to które toczy się nie w centrum miasta a na jego obrzeżach. Idziemy coś zjeść, kupujemy kebaba w zwykłej budce na ulicy, wchodzimy do sklepu po jakieś napoje, robi się szybko ciemno. Zaczepiają nas policjanci, ale nie do kontroli tylko żeby sobie porozmawiać, taki ludzki odruch. Idziemy w stronę kompleksu wieżowców Grozny – City, są fantastycznie oświetlone, obok znajduje się park i centrum rozrywki. Siadamy na ławce, obserwujemy toczące się życie, normalny kraj, a jeszcze kilka lat temu trwała tu wojna. Widzimy sytuację jak czworo młodych chłopaków wjeżdża gokartem w dziewczyny siedzące na ławce, jednej mocno kalecząc nogę, dziewczyna zwija się z bólu, krew dość mocno jej leci, a chłopaki odjeżdżają, jak gdyby nic się nie stało. Próbujemy pomóc, podajemy jakieś chusteczki, ktoś wzywa pogotowie, które szybko znajduje się na miejscu, robi się zbiegowisko, my odsuwamy się na bok. Wracamy do hostelu, ale jest w nim tak gorąco, nie ma klimatyzacji, że decydujemy się jeszcze gdzieś wyjść.  Idziemy na herbatę do jednej z knajpek, stylizowanej na styl zachodni, niestety obsługa zachowuje się jakby nas nie widziała, czekamy kilkanaście minut i wychodzimy, dziwne podejście. Trafiamy do fajnej knajpki, z parasolami, telebimem, gdzie obsługa jest bardzo miła, zamawiamy czarną herbatę i po ciastku, niestety tak jak pisałem wcześniej nie ma tu nigdzie alkoholu, czyli nawet piwa. Niedaleko nas przy stoliku siedzi kilku młodych chłopaków i żadnej dziewczyny, jak można spędzać czas tylko przy herbacie. Wracamy do hostelu, aż trudno uwierzyć, że jeszcze kilkanaście lat temu trwała tu wojna i miasto było prawie zrównane z ziemią, a teraz jest świetnie odbudowane. Trochę obawiałem się o bezpieczeństwo, ale te obawy okazały się bezpodstawne. Ludzie jak już się nami zainteresowali to pytali skąd jesteśmy i co tutaj robimy. Chłopaki poszli spać a ja popijam kwas chlebowy i pisze ten dziennik, nie sposób wszystkiego opisać tyle się dzieje. Na ulicach można spotkać złote Bentleye, i karety przerobione z Hamerów. 

Acha jeszcze jedno, co będę pamiętał z Groznego to kostka brukowa, wszędzie zrywają chodniki, nawet te proste i nie zniszczone, i kładą nową kostkę. Jutro chcemy zobaczyć Muzeum Narodowe i meczet Serce Czeczenii. Jest 2.00 w nocy, idę spać, gorąco jak nie wiem, jak tu można żyć bez klimatyzacji.

 


 

Dzień 6 | Grozny

Wstajemy z Tomkiem o 8.00. idziemy kupić coś na śniadanie, u ulicznego sprzedawcy kupujemy pomidory, paprykę, cebulę, winogrona, gruszki, jakiś napój, spore zakupy a płacimy 100 rubli. Sprzedawca, starszy pan pyta się skąd jesteśmy, jak się dowiaduje, że z Polski, wzrusza się i cieszy, że chcieliśmy odwiedzić to miasto, lubi Polaków, rozmawiamy dłuższą chwilę, a następnie wracamy do hostelu. Budzimy Konia, śniadanie i w miasto, najpierw meczet Serce Czeczeni, bramka bezpieczeństwa przed wejściem jak na lotnisku, muszę zostawić scyzoryk u ochrony i możemy wejść. Meczet został wybudowany w 2008 r. nowy, ale zachwyca przepychem, jest duży, dywany pod nogami grube i miękkie, chwilę siadamy, rozmawiamy, świetna akustyka. Dookoła meczetu jest park, fontanny, bardzo wszystko ładnie zagospodarowane i zadbane. Po wyjściu z meczetu idziemy na herbatę, a następnie do Czeczeńskiego Muzeum Narodowego, ogromny okazały budynek, ale niestety w środku nie za wiele eksponatów, ostatnie wojny, niestety się do tego przyczyniły, spędzamy w muzeum około godziny. Jest przed 13.00 jak wychodzimy, idziemy jeszcze na miasto, jest strasznie gorąco, w jednej z bocznych uliczek wchodzimy do jadłodajni. Lubię takie miejsca, gdzie stołują się miejscowi, jest tu inne jedzenie niż w restauracjach, no i tańsze. Pierogi podane na plastykowych tackach, zupa coś ala gulasz i rosół z malutkimi pierożkami, same pyszności. Wracamy do hostelu, nie ma prądu, dowiadujemy się, że to normalne, jest gorąco, duże pobory energii przez klimatyzatory. Próbujemy trochę odpocząć w tym upale, przed 16.00 przyjeżdża Szamil, ma nas odwieźć do Władykaukazu, szalony kierowca który nie oszczędza swojej wysłużonej Łady, wymija wszystkich po drodze. Na mijanej stacji benzynowej termometr pokazuje prawie 40 stopni, masakra jak gorąco. W Tę stronę już nas tak nie kontrolują na granicy między republikami, kilka kilometrów przed Władykaukazem przesiadamy się do innego samochody, jakieś układy między kierowcami. Tym autem trafiamy do centrum, tam czeka na nas człowiek, który ma nas przewieźć przez granicę, nie można granicy rosyjskiej przejść na pieszo. Niestety trafiamy na cwaniaczka, który żąda od nas ogromnej sumy za tę usługę, nie godzimy się na to, wywiązuje się nawet ostra sprzeczka. Ten człowiek, który podwoził nas do centrum, mimo że Szamil się z nim rozliczał przy nas, żąda pieniędzy za transport, zaczyna być bardzo natarczywy mówię mu, że wzywam policję, wtedy odpuszcza, wsiada w samochód i odjeżdża. Znajdujemy inny transport, ale znowu kierowca coś zaczyna kręcić ze nie ma ubezpieczenia i nie może nas przewieźć, ale przyjedzie jego brat i z nim się zabierzemy, czekamy około 30 minut.  W tym czasie idę do sklepu, gdzie też nie zostaję miło obsłużony przez ekspedientkę, coś to miasto nas nie lubi, i ja też nie będę płakał jak już je opuszczę. N szczęście przyjeżdża rzekomy brat naszego kierowcy, dogadujemy się co do ceny, jak jest wszystko ustalone, pakujemy się do starego Mercedesa i ruszamy do granicy. Po drodze zatrzymujemy się na małe zakupy, kupujemy czebureki, pieczone pierożki, rosyjskie piwo i butelkę wódki, pierwszą na tym wyjeździe. Tym razem pani w sklepie bardzo miła i uczynna, nawet podgrzewa nam jedzenie :)

Na granicy nie ma kolejki, 3 – 4 auta przed nami, niestety podczas mojej kontroli zawiesza się komputer (czy ja wyjadę z tej Rosji ?). Pogranicznik rozkłada ręce, kilka minut nerwówki, nie do końca wiem o co chodzi, ale w końcu udaje się, przybija mi pieczątkę w paszport. Chłopakom idzie sprawniej, opuszczamy teren Rosji, kiedyś będę chciał wrócić, ale to prawda Rosja to stan umysłu. Na granicy gruzińskiej już idzie sprawniej, tylko celnik się pyta czy w wozimy jakiś alkohol lub papierosy, mówię że nic z tych rzeczy nie mamy, patrzy trochę z niedowierzaniem, mówię mu że „my polisz, turist , alpinist”, na takie stwierdzenie uśmiecha się macha ręką i pokazuje że możemy jechać dalej. Jest po 22.00 jak docieramy do Kazbegi, wyładowujemy się na głównym placyku, podchodzi do nas miejscowy i próbuje nas namówić na kwaterę. Znam go, to Wasilij, spałem u niego kiedyś, zwracam się do niego po imieniu, on zdziwiony, że go znam, ale po chwili sobie mnie przypomina. Fajna sytuacja ostatni raz widziałem go 4 lata temu, przewinęło się u niego dużo ludzi a i tak mnie zapamiętał, chwilę rozmawiamy, żartuję ze jak u niego nie ma „diewoszek” to nie śpimy u niego ;) Żegnamy się i idziemy pod wiatę, gdzie spaliśmy jak tu przyjechaliśmy, łapiemy Wi-Fi z biura, dzwonimy do domów, jemy pierożki, rozmawiamy, snujemy plany na następne dni, opróżniamy rosyjską wódkę i idziemy spać. To był długi, meczący dzień. 

 


  


Dzień 7 | Kazbegi + Tbilisi

Wstaję przed 7.00. Koniu jeszcze śpi, Tomek idzie na stację paliw do ubikacji, a ja kieruję się na główny plac, myję się pod fontanną i siadam na ławce. Prywatni przewoźnicy już są i czekają na pierwszych klientów, super widok na Kazbek. Wracają wspomnienia z poprzednich wyjazdów, przede mną góra która nauczyła mnie pokory, wycisnęła morze potu i łez, ale nie złamała mnie, lecz teraz wiem, że to dzięki niej, zdobyłem wszystkie szczyty, TUTAJ wszystko się zaczęło. Wracam pod wiatę, Tomek też już jest, budzimy Konia, zbieramy się jest po 8.00. Idziemy do biura Mountain Travel, poznajemy następną dziewczynę Agnieszkę, zostawiamy plecaki i ruszamy pod kościółek. Nie mogę poznać okolicy, przez wioskę idzie betonowa droga, a powyżej szeroka utwardzona droga, gdzie podziały się dziury i wertepy? Po około godzinie jesteśmy na miejscu, zwiedzamy kościółek, siadamy na trawie, jakiś bezpański piesek próbuje zapoznać się z Alpikiem, to maskotka, która wożę ze sobą :) Obserwujemy szybującego orła, jesteśmy tak zafascynowani tym widokiem, że w ostatniej chwili udaje nam się zrobić jedno zdjęcie. Schodzimy na dół, idziemy coś zjeść, a następnie na kawę do Agnieszki, spotykam Nikiego to Gruzin, jest współwłaścicielem Mountain Travel i przewodnikiem górskim, świetnie już mówi po polsku, 2 lata temu jeszcze nic nie umiał, on też mnie pamięta z poprzedniego wyjazdu :). Minęła 15.00 czas się pożegnać, ekipa z Mountain Travel to niesamowici ludzie, nie znaliśmy się wcześniej, a przyjęli nas bardzo serdecznie i okazali wielką pomoc, nie każdego też częstują kawą :) Mountain Travel jesteście WIELCY, Dziękuję Wam za to :)

Nie udaje nam się załapać na marszrutkę do Tbilisi, decydujemy się na prywatny transport, po zebraniu kompletu pasażerów ruszamy. Auto japońskie, kierownica po prawej, a kierowcy ulubionym zajęciem jest wyprzedzanie na zakrętach, gdzie nic nie widać, podczas jednego z takich manewrów, o mało nie doprowadza do „czołówki”.  Jakoś udaje nam się dojechać do Tbilisi choć ludzie, którzy z nami jechali, zrobili sporą awanturę kierowcy.

Jesteśmy na Didube, to wielki plac, gdzie dojeżdża i odjeżdża większość marszrutek po Gruzji, to też stacja metra i właśnie metrem udajemy się do centrum, tam nawet szybko znajdujemy bardzo tani hostel jest czysto, ale architektura daje wiele do myślenia. Jest około 18.00. idziemy na miasto, idziemy ulicą Rustaveli w stronę Placu Wolności, to główny plac i ogromne rondo zarazem. Można ta spotkać różne zespoły które grają na ulicy, fajnie niektórym to wychodzi, zachodzimy do Warszawy, Polskiej knajpy w Tbilisi, jest dosyć tanio, dużo ludzi, większość to Polacy, fajna atmosfera. Po kilku kolejkach czaczy, to taki miejscowy bimber, tutaj był akurat cytrynowy i arbuzowy, idziemy coś zjeść, Koniu się gubi szukamy go, ale bez rezultatu, zamawiamy kebaba i wracamy do Warszawy. Tam spędzamy jeszcze chwilę i wracamy do hostelu, po drodze szukamy sklepu, podobno jest po drugiej stronie szerokiej ulicy, nie zastanawiamy się i przechodzimy na drugą stronę, zatrzymuje nas Policja, pytają czemu przechodzimy tedy a nie przejściem podziemnym próbujemy się tłumaczyć, że nie wiedzieliśmy o tym przejściu, grożą nam palcem i pozwalają iść. Idziemy do sklepu, kupujemy piwo i jakieś wino, wracamy do hostelu. Siadamy na balkonie przy piwie i rozmawiamy, towarzystwo międzynarodowe, jest Japończyk, Włoszka, Kanadyjczyk, około 1.00. decydujemy się iść spać, wraca wreszcie Koniu, kamień z serca.

 


 

Dzień 8 | Tbilisi

Wstajemy około 9.00. Koniu jeszcze śpi, a ja z Tomkiem idziemy coś zjeść, jednak na początek wchodzimy do baru na piwo, a następnie siadamy w fajnej knajpce i zamawiamy śniadanie, gulasz, surówki z kapusty białej i czerwonej, pieczywo i jakiś placek z kaszy mannej. Ciekawe śniadanie :) Po śniadaniu nie śpiesząc się, przechodzimy przez Stare Miasto, podchodzimy pod ciekawą wieżę zegarową, wchodzimy do cerkwi, około 12.00. wracamy do hostelu. Decydujemy się zostać jeszcze jeden dzień w Tbilisi i żeby nie marnować czasu idziemy coś pozwiedzać. Klucząc wąskimi uliczkami, wchodzimy na wzgórze nad miastem, gdzie stoi ogromny pomnik Matki Gruzji, w jednej ręce trzyma miecz na wrogów, a w drugiej wino dla przyjaciół.

Po jednej stronie wzgórza jest miasto, a z drugiej strony ogród botaniczny, schodzimy do niego, spędzamy tak około dwóch godzin idziemy pod wodospad, który spływa ze skał, kręcimy się po alejkach, sam ogród może nie zachwyca, ale jest przyjemnie chłodno w cieniu drzew. Jest też mała namiastka ogrodu japońskiego. Po wyjściu z ogrodu zaglądamy do meczetu niewielki, ale ciekawy. Schodzimy pod jeszcze jeden wodospad, przechodzimy przez most, na którego barierkach jest ponawieszane strasznie dużo metalowych kłódek. Niedaleko są łaźnie siarkowe, można trafić tam po zapachu, charakterystyczny zapach zepsutych jaj, zaglądamy tam, a następnie, Most Pokoju i powrót na Stare Miasto. Obiad w knajpce, gdzie byliśmy wczoraj z Tomkiem, dobry serwują kebab więc robimy powtórkę, robi się wieczór, idziemy na Plac Wolności, obserwujemy kapelę, która gra fajnego rocka. Idziemy na chwilę do Warszawy, pożegnać się, chcemy zamówić po szybkiej kolejce i wracać do hostelu. Niestety dzisiaj jest jeszcze więcej ludzi, poznajemy parę Polaków, zostawili dwójkę dzieci w hotelu i wpadli na chwilę, zaczynamy rozmawiać, idą następne kolejki arbuzowej i cytrynowej czaczy, oni lekko zawiani postanawiają wracać a do nas dosiada się następna polska ekipa „Lublin – czemu nie”, mają fajną zajawkę na zwiedzanie, jeżdżą busem, robią filmiki, wrzucają do sieci, mają ciekawą stronę. Pokazują filmy nagrane w tym roku w Gruzji, opowiadają jak im się zepsuło auto i czekali kilka dni na części, żeby je naprawić. Jest miło i przyjemnie, spotykamy też międzynarodową ekipę, Japończyka, Włoszkę i Kanadyjczyka z naszego hostelu. Tomek z nimi rozmawia, ja poznaję dwójkę Rosjan, opowiadają mi jak się żyje w Rosji i że nie lubią Putina cieszą się, że rozmawiam z nimi po rosyjsku i nasza „krótka” wizyta przeciąga się prawie do 4.00 rano :)

 


 

Dzień 9 | Do Batumi

Chcieliśmy wstać wcześniej, ale udało się dopiero po 9.00. Tomek stwierdza że musimy opuścić Tbilisi „bo jak tu zostaniemy, to staniemy się alkoholikami”, zgadzam się z nim, i otwieram piwo :) zbieramy się i jedziemy na Didube. Tam wsiadamy w marszrutkę do Batumi, czeka nas jakieś 6 godzin jazdy, jest gorąco i pić się chce :(

Jazda niezbyt wygodnym busem, dłuży się, jest jeden dłuższy postój, na rozprostowanie nóg. Zagaduje nas kierowca, okazuje się, że jak był młody to służył w wojsku radzieckim i stacjonował w Polsce w Legnicy, pamięta jeszcze kilka słów po Polsku. W Batumi jesteśmy przed 16.00. mieliśmy spać na plaży, ale jesteśmy tak przepoceni po podróży, że decydujemy się na jakąś kwaterę, nie ma z tym problemu, bo na dworcu już stoją ludzie i proponują noclegi. Bierzemy kwaterę w centrum miasta, jakieś 5 – 7 minut od plaży, 20 lari od osoby, ale warunki znacznie lepsze niż w Tbilisi. Zostawiamy plecaki i idziemy coś zjeść, a następnie na plażę, plaża kamienista, kąpiemy się, woda cieplutka, siedzimy i czekamy na zachód słońca. Krótki spacer po Batumi, butelka wina w parku i powrót na kwaterę. Po drodze jeszcze wstępujemy na jakieś szybkie jedzenie. Wszyscy zmęczeni, szybkie rozmowy z bliskimi i do łóżek. Próbuję coś pisać w dzienniku, następny dzień minął, przebyliśmy dzisiaj sporo kilometrów. 

Kilka dni temu marzliśmy pod Elbrusem, a dzisiaj kąpaliśmy się w Morzu Czarnym, ze skrajności w skrajność. Zaczynam nasłuchiwać, za oknem najpierw pada a potem już porządnie leje deszcz, jak byśmy spali na plaży to nieźle byśmy przemokli, więc wybór kwatery był dobry :) Zmęczenie bierze górę, idę spać, chłopaki już dawno śpią.

 


 


Dzień 10 | Batumi + Kutaisi + Powrót

Wstajemy około 8.00. idziemy na śniadanie, jest dość tanio więc stołujemy się na mieście. Wracamy na kwaterę, załatwiamy z właścicielką, że możemy zostawić u Niej plecaki i bez bagażu idziemy na plaże, kąpiel, spacer po promenadzie, piwo w parku, oglądamy budowle które powstają przy promenadzie. Powrót po plecaki i czeka nas spory marsz przez miasto jakieś 15 – 20 minut w stronę marszrutek, gorąco strasznie więc docieramy przepoceni i umęczeni. Pakujemy się do marszrutki do Kutaisi, za jakieś 3 godziny powinniśmy być na miejscu, marszrutka jeszcze bardziej niewygodna niż ta wczorajsza, nie ma nawet jak umieścić nóg, tak ciasno.

Po godzinie 18.00. docieramy do Kutaisi, szukamy hostelu, w pierwszym nie ma miejsc, ale jak to bywa w Gruzji już dzwonią gdzieś i zaraz się okazuje, że za minutę będzie auto które zawiezie nas na kwaterę, i naprawdę za jakąś minutę, zjawia się auto. Kwatera super, najlepsza jak do tej pory, właściciel, pokazuje nam, gdzie jest sklep, ostatnie zakupy. Oglądamy kolekcję broni, okazuje się, że nasz gospodarz to zapalony myśliwy, mógłby cały czas opowiadać, o polowaniach. Przy okazji wychodzi na jaw, że mieszka tutaj jeszcze dwoje Polaków, zapraszamy ich na taras, Rezo, nasz gospodarz przynosi wino, białe, które robi sam i czerwone, które produkuje jego sąsiad, robimy kolację, czas fajnie płynie, wymieniamy się z Rezo kontaktami już wiem, że jak kiedyś będę w Kutaisi to mam, gdzie się zatrzymać :) Ta dwójka Polaków też jutro wraca do Polski i to tym samym samolotem co my, dogadujemy się, że pojedziemy razem na lotnisko, Rezo załatwia od swojego brata większe auto i obiecuje, że nas zawiezie. Czas miło, lecz niestety szybko płynie, jest już po 1.00. trzeba iść spać, umawiamy się, że o 7.30 jedziemy na lotnisko, więc po 6.00. pobudka :(. Wreszcie przed 2.00. udaje nam się wskoczyć do łóżek, szybko zasypiam, o 6.00. dzwoni budzik, nikt nie chce wstawać, leżymy prawie do 7.00. wstajemy, pakujemy się i jedziemy na lotnisko, jesteśmy tam po 8.00. Wylot mamy o 10.50, jest sporo czasu. Siadamy na murku pod lotniskiem i obserwujemy, jak się zjeżdżają do pracy pracownicy lotniska. Idziemy się odprawić, kolejka spora zauważamy, że przy jednym stanowisku idzie sprawnie a przy drugim siedzi jakaś skrupulatna pani i wszystko sprawdza, nawet waży bagaże podręczne. Udaje nam się odprawić bez niespodzianek okazuje się, że nasz samolot będzie opóźniony, dopiero co wylądował. Jakoś się tym nie przejmuję, nie ma czym, wracam do domu po wyczerpującej wyprawie. Wylatujemy około 11.40. we Wrocławiu jesteśmy po 13.00. odbiera nas Paula, jedziemy na obiad na Bielany i do domu, w domu jestem po godzinie 15.00. 

Główny cel Elbrus zdobyty, co prawda za szybko i nieodpowiedzialnie, ale liczy się efekt końcowy. Następnie Czeczenia i Grozny, w najskrytszych snach nie przypuszczałem, że odwiedzę te miejsca. Gruzja po raz czwarty, tutaj czuje się wspaniale, lubię ten kraj i na pewno będę tu wracał. Każdy taki wyjazd to niezapomniane wrażenia, nowe doświadczenia, a także nowe znajomości. Koniu, człowiek żyjący bezstresowo, ale bardzo ciekawy nowych miejsc. Tomek, poznałem Go tak naprawdę na wyjeździe, super kompan, dużo pogadaliśmy. Cieszę się, że udało się zorganizować ten wyjazd, Elbrus siedział mi od dwóch lat w głowie, tak jak wspomniałem na początku, nie lubię zostawiać niedokończonych spraw. No i najważniejsze nikt mi teraz nie zarzuci, że nie byłem na najwyższym szczycie Europy :) 

Tomek, Koniu dzięki za ten wyjazd. 

 

 

 

Koszta noclegów i przejazdów

- Przelot-  1200 zł
- Wiza-  500 zł
- Transport- Kutaisi – Kazbegi- 240 lari : 3
- Transport- Kazbegi – Azau -350 lari : 3
- Hotel-Azau 15 dolarów + 1000 rubli
- Kolejka- góra – dół 1000 rubli
- Pozwolenie na wejście na Elbrus – 300 rubli
- transport – Azau – Nalczyk – 2200 rubli : 3
- Transport – Nalczyk – Grozny  - 3300 rubli : 3
- Hostel – Grozny  -500 rubli
- Transport – Grozny – Władykaukaz - 2000 rubli : 3
- Transport – Władykaukaz – Kazbegi  -  2000 rubli : 3
- Transport – Kazbegi – Tbilisi – 20 lari
- Hostel – Tbilisi 12 lari x 2 dni
- Transport – Tbilisi – Batumi – 25 lari
- Hostel – Batumi – 20 lari 
- Transport – Batumi – Kutaisi – 15 lari
- Hostel -  Kutaisi – 20 lari
- Transport na lotnisko + wino w Kutaisi 20 lari

 

Najnowsze komentarze

  • Beata powiedział(a) Więcej
    Super! Bardzo inspirujące są Twoje dzienniki! Dziękuję :D czwartek, 20 sierpień 2020
  • Marcin Flieger powiedział(a) Więcej
    GRATULUJĘ! Nagroda w pełni zasłużona za lata promocji Gminy Mieroszów na całym świecie! Wielkie BRAWA również... czwartek, 06 czerwiec 2019
  • Ewa Tracewska powiedział(a) Więcej
    Super jak zawsze  piątek, 30 listopad 2018
  • Damian powiedział(a) Więcej
    To ja dziękuję za tak wspaniałą ekipę ! ;)) Czym byłaby Korsyka bez was, i przy waszych ohhhhah i ahhhach i tak se... piątek, 30 listopad 2018
  • Monika powiedział(a) Więcej
    WOW :D środa, 28 listopad 2018