Spis treści

Dzień 4 | Atak na szczyt

Pobudka o 24.00. ja prawie nie spałem, ciągle myślałem o dzisiejszej decyzji no i byłem mocno zepchnięty do kąta przez zsuwających się chłopaków, już nigdy nie rozstawię namiotu pod kątem :( Podejmujemy decyzję, że jednak idziemy, gotujemy wodę ha herbatę i kaszkę, nie mogę jeść, wszystko mi rośnie w ustach próbują, ale nie idzie mi. Pije herbatę i się zbieramy, niebo czyste, pełne gwiazd, będzie ładny dzień. Około 1.30. wyruszamy, idzie opornie, na trasie już pełno ekip, jedni idą z dołu, inni, bo jest taka opcja, podjeżdżają na ratrakach i skuterach do wysokości 5000 m.  widzę, że wielu „wspinaczy” z tego korzysta, dla mnie to takie oszukiwanie samego siebie, albo coś się zdobywa albo nie. Jest zimno, wieje lekki wiatr, powyżej skał Pastuchowa, zaczyna się otwarty teren i robi się jeszcze zimniej, dojście do 5000 m. zajmuje nam około dwie godziny, pomału zaczyna świtać, teraz najzimniejszy czas, marznę w ręce i stopy, wkładam ogrzewacze do rękawiczek, ale nie działają, jakieś trefne :( Koniu mówi, że idzie szybciej, bo okropnie marznie, ja z Tomkiem człapiemy krok w krok, liczę kroki do 45 i dopiero robię krótki postój, i tak mozolnie pniemy się do góry. Niestety Tomek słabnie i zostaje w tyle, czekam co chwilę na niego i tak jakoś się posuwamy, jesteśmy na trawersie, jest już jasno, ale nie robi się cieplej widzę, że ludziom idącym przede mną też nie jest łatwo. W pewnym momencie Tomek stwierdza żebym szedł sam, on jeszcze spróbuje kawałek, ale nie ma siły i odpuszcza, próbuje Go namówić, ale nie udaje się, ruszam do przodu. Jest okropnie zimno, jestem strasznie zmęczony, liczę dalej kroki, a nawet teraz już kroczki do 45 i staję, opieram się na kijkach i próbuje złapać oddech, i tak mozolnie do przodu. W pewnym momencie łapię się na tym, że przysnęło mi się na stojąco, oj niedobrze, nachylenie stoku nie jest duże, ale nie chciał bym się zsunąć na dół. Próbuję zjeść batona na pokrzepienie, ale mi zamarzł, podobnie jak woda w camelbagu, dobrze że mam jeszcze jedna butelkę pod kurtką. 

Kończy się trawers, wchodzę, między szczytu Elbrusa, jest cień robi się jeszcze zimniej, na szczęście nie jest stromo, lekkie podejście pod górę, dochodzę do wypłaszczenia, skąd wchodzi się ostro pod górę przy poręczówce, oceniam, że to podejście zajmie mi około godziny. Zaczynam wchodzić, przede mną sznur ludzi i wszyscy wyczerpani, posuwamy się bardzo powoli, teraz liczę kroki już tylko do 15 i robię odpoczynki, pod koniec podejścia spotykam Konia który już schodzi mówi, że jeszcze jakieś 30 – 40 minut i będzie szczyt. Cieszy mnie ta informacja, nie do końca wierzyłem ze mi się uda, ale zanim tam dotrę to jeszcze trzeba się mocno namęczyć. Wychodzę na wypłaszczenie, w oddali jakieś 300 metrów widać szczyt, za jakieś 20 minut po prawie płaskim i będę na miejscu. Przede mną idzie grupa z Iranu, dwie dziewczyny płaczą ze szczęścia, wreszcie jest szczyt, 28 sierpnia 2018 roku około godziny 9.30 zdobyłem ELBRUS. Sam szczyt nie jest za wielki, jest na nim sporo ludzi, wszyscy się cieszą, robią sobie zdjęcia, a mi się łzy pchają do oczu, ze szczęścia, ze wzruszenia.  Jak Tomek odpuścił, straciłem wiarę ze mi się uda, ciężko jest iść samemu jak się nie ma wsparcia, w takich chwilach myślę o najbliższych, pomaga mi to wiem, że mimo że są daleko to wspierają mnie w tym co robię, daje mi to dodatkową siłę.

 

 

Harmider i zamieszanie jaki na szczycie zrobiła ta Irańska grupa, zmusza mnie do zejścia kilka metrów niżej, robię tam zdjęcia, z Flagą Mieroszowa i Dla Przyjaciół którzy wsparli finansowo ten wyjazd.

Emocje ogromne, ale jest też świadomość, że trzeba zejść, zbieram się pomału, dochodzę do poręczówki, schodzę w dół bardzo ostrożnie, nachylenie jest spore, na dole robię mały odpoczynek, zjadam zamarzniętego batona i ruszam dalej, na trawersie podziwiam widoki. W okolicach 5000 m. czekają „ wspinacze ‘’ na ratraki które zwiozą ich na dół, ja ruszam po tej wyratrakowanej drodze, czeka mnie jeszcze około godzinne zejście do namiotu, poniżej Skał Pastuchowa doganiam Konia, ciężko się schodzi na dół, często się zatrzymujemy, około 12.00 docieramy do namiotu, robimy sobie około godzinną  przerwę, w tym czasie kładę się na skały i po prostu przysypiam,  jestem ogromnie zmęczony, zresztą wszyscy jesteśmy zmęczeni, z chęcią bym się walnął do namiotu, ale stwierdzamy że  z chodzimy do kolejki, a następnie zjeżdżamy na dół.

Po godzinnym odpoczynku, składamy namiot, pakujemy plecaki i zaczynamy schodzić do stacji kolejki, po drodze mijamy grupę która wchodzi na górę, na wyjście aklimatyzacyjne, i nagle z tej grupy odzywa się dziewczyna, to Ewa, właścicielka Mountain Travel wiedziałem, że jest pod Elbrusem, poznała mnie, mimo że widzieliśmy się 2 lata temu. Bardzo miłe spotkanie, nie może uwierzyć, że wczoraj przyjechaliśmy a już dzisiaj zdobyliśmy Elbrus, śmieje się, żeby tego nie mówić jej grupie, bo oni też będą tak chcieli :). Żegnamy się, oni idą w górę a my na dół, dochodzimy do kolejki, bilety mamy dopiero od „Mira” czyli od następnej stacji, więc tutaj musimy dokupić, w biletomacie Tomkowi blokuje kartę, robi się spore zamieszanie, wreszcie pan z obsługi wpuszcza nas na swoją kartę. Już dalej bez żadnych przygód zjeżdżamy na dół. W Azau, wymieniamy pieniądze u tych samych pań na targu, idziemy do hotelu, ten sam hotel i ten sam pokój, szybki prysznic i idziemy z Tomkiem coś zjeść, Koniu zostaje w pokoju. Zamawiamy sporo jedzenia i miejscowe piwo, długo siedzimy, rozmawiamy, nastrój błogi. Tomek mówi, że Elbrus nie był dla niego tak ważny jak dla mnie, bardziej liczy na dalsze zwiedzanie. Wracamy do hotelu, dzwonię do domu, a następnie rozmawiamy co dalej pada propozycja, że jak znajdziemy transport to można pojechać do Groznego, stolicy Czeczeni. Nigdy nie myślałem, żeby odwiedzić Czeczenię, a teraz jest to na wyciągniecie ręki, z ta myślą kładę się spać.

 


 

Dzień 5 | Kierunek Grozny :)

Pobudka o 8.00, pakujemy się i o 9.00. schodzimy na śniadanie, jest obfite, jakieś placki z mięsem, chleb, ser, wędlina, jajecznica, kasza na słodko, kawa, herbata i cukierki. Po śniadaniu opuszczamy hotel i od razu łapiemy transport, który zwozi nas do Tereskola. Tam zatrzymuje się bus, którym, po ustaleniu ceny, jedziemy do Nalczyka. W Nalczyku na dworcu autobusowym, dogadujemy się z kierowcą, który zawiezie nas do Groznego, szybko to wszystko idzie. Po drodze jeszcze wymieniamy walutę u cinkciarza prosto na ulicy, a to jest zabronione w Rosji. Ruszamy do Groznego, nasz kierowca, Szamil pochodzi z tego miasta, jest Czeczenem, na miejscu podrzuci nas do hostelu w centrum miasta. Droga wiedzie przez Osetię Północną i Inguszetię, na każdej granicy republiki kontrole jak na granicy państwa, wszędzie uzbrojeni policjanci. 

Dodatkowo Czeczenia jest republiką islamską, nie ma w sklepach alkoholu, nawet piwa, mężczyźni nie powinni nosić krótkich spodenek. Po dotarciu do hostelu, zostawiamy w nim bagaże i idziemy na miasto, umawiamy się z Szamilem że jutro o 16.00 przyjedzie po nas. Najbardziej reprezentacyjną ulicą jest Prospekt Putina, to przy niej znajdują się wszystkie najdroższe sklepy i restauracje. Nas jednak interesuje to inne życie, to które toczy się nie w centrum miasta a na jego obrzeżach. Idziemy coś zjeść, kupujemy kebaba w zwykłej budce na ulicy, wchodzimy do sklepu po jakieś napoje, robi się szybko ciemno. Zaczepiają nas policjanci, ale nie do kontroli tylko żeby sobie porozmawiać, taki ludzki odruch. Idziemy w stronę kompleksu wieżowców Grozny – City, są fantastycznie oświetlone, obok znajduje się park i centrum rozrywki. Siadamy na ławce, obserwujemy toczące się życie, normalny kraj, a jeszcze kilka lat temu trwała tu wojna. Widzimy sytuację jak czworo młodych chłopaków wjeżdża gokartem w dziewczyny siedzące na ławce, jednej mocno kalecząc nogę, dziewczyna zwija się z bólu, krew dość mocno jej leci, a chłopaki odjeżdżają, jak gdyby nic się nie stało. Próbujemy pomóc, podajemy jakieś chusteczki, ktoś wzywa pogotowie, które szybko znajduje się na miejscu, robi się zbiegowisko, my odsuwamy się na bok. Wracamy do hostelu, ale jest w nim tak gorąco, nie ma klimatyzacji, że decydujemy się jeszcze gdzieś wyjść.  Idziemy na herbatę do jednej z knajpek, stylizowanej na styl zachodni, niestety obsługa zachowuje się jakby nas nie widziała, czekamy kilkanaście minut i wychodzimy, dziwne podejście. Trafiamy do fajnej knajpki, z parasolami, telebimem, gdzie obsługa jest bardzo miła, zamawiamy czarną herbatę i po ciastku, niestety tak jak pisałem wcześniej nie ma tu nigdzie alkoholu, czyli nawet piwa. Niedaleko nas przy stoliku siedzi kilku młodych chłopaków i żadnej dziewczyny, jak można spędzać czas tylko przy herbacie. Wracamy do hostelu, aż trudno uwierzyć, że jeszcze kilkanaście lat temu trwała tu wojna i miasto było prawie zrównane z ziemią, a teraz jest świetnie odbudowane. Trochę obawiałem się o bezpieczeństwo, ale te obawy okazały się bezpodstawne. Ludzie jak już się nami zainteresowali to pytali skąd jesteśmy i co tutaj robimy. Chłopaki poszli spać a ja popijam kwas chlebowy i pisze ten dziennik, nie sposób wszystkiego opisać tyle się dzieje. Na ulicach można spotkać złote Bentleye, i karety przerobione z Hamerów. 

Acha jeszcze jedno, co będę pamiętał z Groznego to kostka brukowa, wszędzie zrywają chodniki, nawet te proste i nie zniszczone, i kładą nową kostkę. Jutro chcemy zobaczyć Muzeum Narodowe i meczet Serce Czeczenii. Jest 2.00 w nocy, idę spać, gorąco jak nie wiem, jak tu można żyć bez klimatyzacji.

 


 

Dzień 6 | Grozny

Wstajemy z Tomkiem o 8.00. idziemy kupić coś na śniadanie, u ulicznego sprzedawcy kupujemy pomidory, paprykę, cebulę, winogrona, gruszki, jakiś napój, spore zakupy a płacimy 100 rubli. Sprzedawca, starszy pan pyta się skąd jesteśmy, jak się dowiaduje, że z Polski, wzrusza się i cieszy, że chcieliśmy odwiedzić to miasto, lubi Polaków, rozmawiamy dłuższą chwilę, a następnie wracamy do hostelu. Budzimy Konia, śniadanie i w miasto, najpierw meczet Serce Czeczeni, bramka bezpieczeństwa przed wejściem jak na lotnisku, muszę zostawić scyzoryk u ochrony i możemy wejść. Meczet został wybudowany w 2008 r. nowy, ale zachwyca przepychem, jest duży, dywany pod nogami grube i miękkie, chwilę siadamy, rozmawiamy, świetna akustyka. Dookoła meczetu jest park, fontanny, bardzo wszystko ładnie zagospodarowane i zadbane. Po wyjściu z meczetu idziemy na herbatę, a następnie do Czeczeńskiego Muzeum Narodowego, ogromny okazały budynek, ale niestety w środku nie za wiele eksponatów, ostatnie wojny, niestety się do tego przyczyniły, spędzamy w muzeum około godziny. Jest przed 13.00 jak wychodzimy, idziemy jeszcze na miasto, jest strasznie gorąco, w jednej z bocznych uliczek wchodzimy do jadłodajni. Lubię takie miejsca, gdzie stołują się miejscowi, jest tu inne jedzenie niż w restauracjach, no i tańsze. Pierogi podane na plastykowych tackach, zupa coś ala gulasz i rosół z malutkimi pierożkami, same pyszności. Wracamy do hostelu, nie ma prądu, dowiadujemy się, że to normalne, jest gorąco, duże pobory energii przez klimatyzatory. Próbujemy trochę odpocząć w tym upale, przed 16.00 przyjeżdża Szamil, ma nas odwieźć do Władykaukazu, szalony kierowca który nie oszczędza swojej wysłużonej Łady, wymija wszystkich po drodze. Na mijanej stacji benzynowej termometr pokazuje prawie 40 stopni, masakra jak gorąco. W Tę stronę już nas tak nie kontrolują na granicy między republikami, kilka kilometrów przed Władykaukazem przesiadamy się do innego samochody, jakieś układy między kierowcami. Tym autem trafiamy do centrum, tam czeka na nas człowiek, który ma nas przewieźć przez granicę, nie można granicy rosyjskiej przejść na pieszo. Niestety trafiamy na cwaniaczka, który żąda od nas ogromnej sumy za tę usługę, nie godzimy się na to, wywiązuje się nawet ostra sprzeczka. Ten człowiek, który podwoził nas do centrum, mimo że Szamil się z nim rozliczał przy nas, żąda pieniędzy za transport, zaczyna być bardzo natarczywy mówię mu, że wzywam policję, wtedy odpuszcza, wsiada w samochód i odjeżdża. Znajdujemy inny transport, ale znowu kierowca coś zaczyna kręcić ze nie ma ubezpieczenia i nie może nas przewieźć, ale przyjedzie jego brat i z nim się zabierzemy, czekamy około 30 minut.  W tym czasie idę do sklepu, gdzie też nie zostaję miło obsłużony przez ekspedientkę, coś to miasto nas nie lubi, i ja też nie będę płakał jak już je opuszczę. N szczęście przyjeżdża rzekomy brat naszego kierowcy, dogadujemy się co do ceny, jak jest wszystko ustalone, pakujemy się do starego Mercedesa i ruszamy do granicy. Po drodze zatrzymujemy się na małe zakupy, kupujemy czebureki, pieczone pierożki, rosyjskie piwo i butelkę wódki, pierwszą na tym wyjeździe. Tym razem pani w sklepie bardzo miła i uczynna, nawet podgrzewa nam jedzenie :)

Na granicy nie ma kolejki, 3 – 4 auta przed nami, niestety podczas mojej kontroli zawiesza się komputer (czy ja wyjadę z tej Rosji ?). Pogranicznik rozkłada ręce, kilka minut nerwówki, nie do końca wiem o co chodzi, ale w końcu udaje się, przybija mi pieczątkę w paszport. Chłopakom idzie sprawniej, opuszczamy teren Rosji, kiedyś będę chciał wrócić, ale to prawda Rosja to stan umysłu. Na granicy gruzińskiej już idzie sprawniej, tylko celnik się pyta czy w wozimy jakiś alkohol lub papierosy, mówię że nic z tych rzeczy nie mamy, patrzy trochę z niedowierzaniem, mówię mu że „my polisz, turist , alpinist”, na takie stwierdzenie uśmiecha się macha ręką i pokazuje że możemy jechać dalej. Jest po 22.00 jak docieramy do Kazbegi, wyładowujemy się na głównym placyku, podchodzi do nas miejscowy i próbuje nas namówić na kwaterę. Znam go, to Wasilij, spałem u niego kiedyś, zwracam się do niego po imieniu, on zdziwiony, że go znam, ale po chwili sobie mnie przypomina. Fajna sytuacja ostatni raz widziałem go 4 lata temu, przewinęło się u niego dużo ludzi a i tak mnie zapamiętał, chwilę rozmawiamy, żartuję ze jak u niego nie ma „diewoszek” to nie śpimy u niego ;) Żegnamy się i idziemy pod wiatę, gdzie spaliśmy jak tu przyjechaliśmy, łapiemy Wi-Fi z biura, dzwonimy do domów, jemy pierożki, rozmawiamy, snujemy plany na następne dni, opróżniamy rosyjską wódkę i idziemy spać. To był długi, meczący dzień. 

 


  

Najnowsze komentarze

  • Beata powiedział(a) Więcej
    Super! Bardzo inspirujące są Twoje dzienniki! Dziękuję :D czwartek, 20 sierpień 2020
  • Marcin Flieger powiedział(a) Więcej
    GRATULUJĘ! Nagroda w pełni zasłużona za lata promocji Gminy Mieroszów na całym świecie! Wielkie BRAWA również... czwartek, 06 czerwiec 2019
  • Ewa Tracewska powiedział(a) Więcej
    Super jak zawsze  piątek, 30 listopad 2018
  • Damian powiedział(a) Więcej
    To ja dziękuję za tak wspaniałą ekipę ! ;)) Czym byłaby Korsyka bez was, i przy waszych ohhhhah i ahhhach i tak se... piątek, 30 listopad 2018
  • Monika powiedział(a) Więcej
    WOW :D środa, 28 listopad 2018