Spis treści

KRYM 2011

WYJAZD BEZ PLANU
Z KTÓREGO POWSTAŁ
FAJNY POMYSŁ NA ŻYCIE


Dzień 1 | Przejazd do Lwowa

Chyba zwariowałem, ja który zawsze chcę mieć wszystko poukładane, decyduję się na wyjazd w nieznane. Ale od początku, otrzymuję propozycję od znajomego fotografa na wyjazd do 3 krajów nadbałtyckich – Litwy, Łotwy i Estonii, wyjazd fotograficzny, reszta ekipy to zapaleni fotograficy tylko ja laik. Decyduję się i pakuję plecak na ten wyjazd, 2 dni przed wyjazdem zmieniają się plany i okazuje się, że jedziemy na Krym, taka szybka korekta ;). Nawet się nie przepakowuję co skutkuje dźwiganiem niepotrzebnych ciepłych rzeczy w plecaku, który był spakowany na wyjazd w zimniejsze rejony Europy. Spotykamy się z Jarkiem (jest to jedyna osoba, którą znam) i Tomkiem około 17.00, pakujemy do samochodu i jedziemy w okolice Sobótki po Łukasza i Ule, razem ruszamy w nocny przejazd przez Polskę do granicy w Medyce. Tam nad ranem zostawiamy samochód i pieszo przekraczamy granicę, lokalnym busem (tzw. marszrutką) dostajemy się do Lwowa. Miasta, gdzie na każdym kroku widać powiązania z Polską.

 

 

Dzień 2 | Pociągiem na Krym 

We Lwowie dowiaduję się, że mamy się spotkać z dziewczyną, która załatwiła nam bilety na pociąg do Symferopola, stolicy Krymu, a żeby było śmieszniej, Jarek poznał tę dziewczynę kilka dni temu przez Internet. Idziemy do knajpki, gdzie mamy się spotkać, jemy śniadanie, pijemy kawę i czekamy. Oj ja niewierny, nie wierzyłem, że spotkanie dojdzie do skutku, a jednak Aleksandra się pojawiła :), przyniosła bilety, chwilę porozmawialiśmy, jest Polką, pracuje w Polskiej szkole, wyskoczyła dosłownie na chwilę, żeby się z Nami spotkać, obiecujemy, że jak będziemy wracać to zatrzymamy się na jeden dzień a Ona pokaże nam Lwów. Do odjazdu pociągu mamy kilka godzin więc udajemy się na targ, gdzie robimy zakupy, lokalne przetwory i napitki od miejscowych handlarek :) Idziemy na dworzec, pociąg odjeżdża o 14.00, wsiadamy, jest jeden duży wagon z miejscami do leżenia, okazuje się, że w cenie biletu (jakieś 65 zł w obie strony) jest też pościel, taka lepsza wersja, bo część pasażerów ma tylko miejsca do siedzenia a podróż będzie trwała 25 godzin. Lokujemy się wygodnie, wyciągamy napoje które posłużą lepszemu poznaniu się, jest początek września, gorąco na zewnątrz a wagon nie jest klimatyzowany :( Na szczęście pociąg zatrzymuje się na kilku stacjach robiąc takie 15 minutowe przerwy, jest czas, żeby rozprostować nogi i uzupełnić zimne płyny (w pociągu można dostać tylko herbatę od obsługi), a także kupić obiad prosto z koszyka od obnośnych handlarek, fajny klimat :) .  Dobrze, że wziąłem ze sobą książkę, podróż mija jakoś szybciej, gdy czytam o Zakapiorach Bieszczadzkich Andrzeja Potockiego. Około godziny dnia następnego 15.00 docieramy do Symferopola, dobrze że ta podróż już się skończyła.

 

Dzień 3 | Kierunek Sudak 

Jest po 15.00 idziemy coś zjeść, a następnie na dworzec autobusowy, okazuje się, że nie tak łatwo przemieszczać się w 5 osób, na niektóre linie brakuje biletów. Nam udaje się kupić bilety do Sudaku, miasta położonego nad morzem, znanego kurortu. Podróż autobusem trwa jakieś 3 godziny, więc po 18.00 jesteśmy na miejscu, udaje nam się znaleźć nocleg niedaleko centrum, u miłych starszych ludzi :) warunki nienajgorsze, jest czysto, mamy też do dyspozycji kuchnię, obok której rosną winogrona.

 


Idziemy na kolację, robi się ciemno, mimo że to wrzesień to jest sporo ludzi, kręcimy się trochę po mieście, kupujemy lokalne wino, do którego podczas produkcji dodają płatki róży, miły akcent przed snem :)

 


Dzień 4 | Sudak

Wstajemy z Jarkiem i Tomkiem o 5 rano i wychodzimy nad morze, Oni chcą porobić zdjęcia wschodu słońca a mnie bardziej interesuje ścieżka, która wiedzie skalistym nadbrzeżem, chłopaki dają się namówić i zaczynamy spacer po skalistych klifach, wąskich ścieżkach i mostkach zawieszonych nad morzem.

 


Spędzamy tak jakieś 3 – 4 godziny i wracamy na kwaterę, Łukasz i Ula już wstali, więc szykujemy śniadanie i ruszamy na podbój miasta. Miasto samo w sobie nieciekawe, spory kawałek plaży, przy której ulokowanych jest większość knajpek, ale za to zatoka otoczona górami, nad którą wznosi się Twierdza Genueńska. Na początek wchodzimy na spore klify i spacerujemy szczytami z pięknymi widokami na okolice. Wracamy do miasteczka w knajpie zamawiamy barszcz i kwas do picia oraz po wielkim ciachu z kremem, porcja naprawdę ogromna :) Nasyceni idziemy zdobywać Twierdzę, czeka nas półgodzinny marsz pod górę. Najlepiej zachowanymi elementami Twierdzy są mury które ciągną się nad morzem i okolicznymi wzniesieniami, wygląda jak mały chiński mur :)

 


Spacerujemy do zmroku i po ciemku schodzimy na dół do miasteczka, robimy zakupy na kolację, no i oczywiście różane wino, tym razem na lokalnym targu, gdzie mamy możliwość popróbowania. Okazuje się, że w okolicy jest sporo małych winnic które oferują swoje wyroby. Po kolacji, przy butelce wina, dzielimy się wrażeniami i planujemy następny dzień. Oczywiście dzwonię do domu, żeby się nie martwili o mnie, ten wyjazd jest moim pierwszym takim bez planu i zaczyna mi się to podobać :)

 

Dzień 5 | Nowy Świat

Wstajemy z Jarkiem i Tomkiem po 6.00, jak docieramy na plażę świeci już słońce a na plaży takie perełki :)

 


Nie tracimy na nie jednak czasu, idziemy w stronę Twierdzy, która jest ładnie oświetlona przez słońce, robimy zdjęcia i wracamy, szybkie śniadanie i planujemy wyskoczyć do Nowego Świata, miasteczka położonego kilka kilometrów dalej, nie jest to łatwe, wszystkie autobusy które tam jeżdżą są pełne i mija jakieś 2 godziny zanim się do któregoś dostaniemy. Na miejscu jesteśmy przed południem, plaża mocno zapełniona więc decyduję się z Tomkiem że nie będziemy się smażyć tylko idziemy pochodzić po okolicy, reszta zostaje na plaży a my trafiamy do Rezerwatu Botanicznego Nowy Świat, idziemy malowniczą ścieżką położoną nad brzegiem morza obok wytwórni wina musującego, wytwórnię założył Lew Golicyn, przedsiębiorca który chciał odciągnąć Rosjan od picia mocnych alkoholi na rzecz musującego wina „ Nowy Świat ‘’, dochodzimy do groty na morzem gdzie były przetrzymywane butelki z winami i gdzie były urządzane wystawnie przyjęcia, niestety z dawnej świetności niewiele zostało.

 


Ruszamy dalej ścieżką, która jest coraz bardziej stroma i prowadząc nad urwiskiem pnie się coraz wyżej. Mijamy malownicze zatoczki, aż docieramy na szczyt, skąd rozciąga się przepiękny widok na okolicę. Jest bardzo gorąco wręcz nie do wytrzymania, więc wracamy, reszta ekipy nas powiadomiła, że są już w Sudaku. My zachodzimy jeszcze na zimne piwko i serwujemy sobie obiad, a następnie próbujemy dostać się do autobusu, nie jest to znowu łatwe, wszyscy wracają z plaży i jest naprawdę ogromny tłok. Po około godzinie udaje nam się jakoś wsiąść do autobusu i po kilkunastu minutach jesteśmy na miejscu. Rozmawiamy z naszymi Gospodarzami o innych atrakcjach w okolicy, proponują nam żebyśmy się udali do Teodozji, miasta oddalonego o kilkanaście kilometrów.

 

Dzień 6 | Teodozja + droga do Jałty

Wstajemy o 6.00 i udajemy się to Teodozji, na szczęście rano jest mały ruch i udaje nam się szybko dostać do autobusu, na miejscu jemy śniadanie, a następnie udajemy się w stronę portu. W porcie decydujemy się na kurs po okolicznych wodach malutkim rybackim kutrem, ruszamy przez zatokę, lecz nie wypływamy dalej w morze, są większe fale i właściciel kutra mówi że może być niebezpiecznie.

 


Zabiera nas w spokojne miejsce i daje nam 15 minut na kąpiel i skoki ze statku :) Wracamy na ląd, niestety oprócz portu i cerkwi, która mijaliśmy po drodze nic ciekawego tutaj nie ma. Idąc przez park spotykamy panią, która oferuje nam obiad, dziwimy się trochę, ale po chwili sytuacja się wyjaśnia, pani ma ze sobą dziecięcy wózek a w nim na jednorazowych talerzykach przygotowane gotowe i ciepłe porcje obiadowe, decydujemy się na ofertę tej obwoźnej restauracji i jemy naprawdę smaczny domowy obiad. Okazuje się, że ta pani tak zarabia na życie. Wracamy do Sudaku, na dworcu udaje nam się kupić bilety do Jałty, mamy jakieś 3 godziny na dotarcie do kwatery i szybkie spakowanie się. Żegnamy się z naszymi przemiłymi gospodarzami i ruszamy w dalszą podróż, droga wiedzie nadmorskimi kurortami, ale leżenie na plaży to nie jest to co lubimy, do Jałty docieramy przed północą. Na dworcu udaje nam się znaleźć kwaterę, lecz po dojściu na miejsce okazuje się że warunki są krótko mówiąc fatalne, brudno i obawiam się że jak zgasimy światło to może wyjść z zakamarków niespodzianka w postaci „robaczków‘’. Mijaliśmy po drodze sklep, więc się do niego udajemy, chcemy kupić jakieś winko i po prostu iść na plażę. Okazuje się że jedno pomieszczenie jest przerobione na prymitywny bar więc spędzamy tam czas do rana, zawierając znajomość z miejscowymi „smakoszami‘’. Nad ranem wracamy na naszą kwaterę.

 


Dzień 7 | Okolice Jałty  

3 godzinne spanie i około 8.00 udajemy się do małego pałacyku parę kilometrów za Jałtą o nazwie Jaskółcze Gniazdo. Miniaturowy neogotycki zamek został wybudowany w 1912 r. na szczycie 40 metrowego klifu Autora. Nie jest dostępny dla turystów, można go oglądać tylko z zewnątrz. Teraz są tam organizowane zawody w skokach do wody, jak stoję i patrzę w dół to uświadamiam sobie, ile odwagi trzeba, żeby tutaj skoczyć do wody. W pobliskim barze jemy śniadanie, oczywiście barszcz, oj będzie mi się śnił po nocach, choć w każdym miejscu jest inny. Nie ukrywam że mi po ostatniej nocy najlepiej wchodzi zimny kwas, lany prosto do kufla :) W bezpośredniej okolicy rosną krzewy na których są ponawiązywane różne plastykowe śmieci, kawałki reklamówek, worków foliowych, podobno kto zawiąże taki supeł tego spotka szczęście :(  Niedaleko jest Pałac w Liwadii gdzie w roku 1945 odbywała się Konferencja Jałtańska, podczas której przywódcy koalicji antyhitlerowskiej, tzw. Wielka Trójka, czyli Stalin, Churchill i Roosevelt decydowali o powojennym kształcie Europy.

 


Jadąc w stronę Jaskółczego Gniazda spotykamy w autobusie parę polaków którzy nam wspominają o miejscowości Bałakława, podobno pływają tam delfiny. Chcemy jeszcze zaliczyć najwyższą górę w okolicy Aj – Petri.  Decydujemy się tam podjechać, okazuje się, że można to zrobić w taki sposób, że na szczyt wjeżdża się samochodem dookoła, mijając lasy z ogromnymi sosnami czarnymi, szczyt ma 1234 m. a my zaczynamy jazdę z poziomu morza, rozciąga się z niego fantastyczny widok na leżącą u podnóża Jałtę i morze. Ciekawostką jest to że jest to najbardziej wietrzne miejsce na Krymie, przez 125 dni w roku wieje tutaj wiatr. Na szczęście byliśmy trochę przygotowani na to, że na takiej wysokości już nie jest tak ciepło jak na dole.

 


Spędzamy trochę czasu na szczycie, oglądamy kolekcję samochodów z czasów II wojny światowej, podziwiamy poskręcane przez wiatr karłowate drzewa. Zjeżdżamy kolejką linową na dół i dostajemy się do Jałty, kupujemy bilety do Sewastopola i ruszamy w dalszą podróż, niestety przez ten pośpiech nie mieliśmy okazji zobaczyć Jałty, więc może warto tu kiedyś wrócić. W Sewastopolu znajdujemy busa i ruszamy dalej ku przeznaczeniu, w Bałakławie jesteśmy około 23.00, obawiamy się, że ciężko będzie o nocleg, na szczęście w pobliskim sklepie dają nam namiary na osobę która wynajmuje nam całe mieszkanie :)   Warunki super, wreszcie się porządnie wyśpię, jest czysto i schludnie, dziwią trochę 5 litrowe butelki z wodą w łazience, jest ich kilka. Szybkie wyjście do sklepu, na szczęście jest jeszcze otwarty, zakupy na kolację i do domu. Po kolacji siedzimy, rozmawiamy o minionym dniu, o warunkach jakie mamy teraz a jakie były w Jałcie, tam za dużo gorsze warunki zapłaciliśmy 2 razy tyle co tutaj. Idziemy spać, wcześniej jeszcze dzwonię do Polski, już tak mam, że powiadamiam bliskich, że jest wszystko ok. Obawiam się tylko o rachunek za telefon :(

 

 

 

Dzień 8 | Bałakława

Kładłem się spać z myślą, że się wyśpię, niestety, budzę się około 5.00, nie chce mi się spać, reszta śpi a ja wymykam się i idę na wzgórze na miastem, zdążam na wschód słońca. Widok na miasteczko w dole i na zatokę super, a na wzgórzu pozostałości po umocnieniach z czasów II wojny światowej. W Bałakławie od 1953 r. działała tajna baza okrętów podwodnych, baza znajdowała się w wykutych sztolniach pod powierzchnią 126 metrowej góry, mogła pomieścić jednocześnie 8 okrętów podwodnych, został też zbudowany suchy dok i cała baza remontowa, ze względu na tajność bazy w roku 1957 wydano rozkaz o usunięciu Bałakławy ze wszystkich map. Teraz teren bazy jest udostępniony turystycznie.

 


Miłośników twórczości Iron Maiden ucieszy fakt że inspiracją do powstania utworu „The Trooper‘’ była bitwa pod Bałakławą z roku 1854, podczas której oddziały angielskie, francuskie i tureckie starły się z wojskami rosyjskimi. Jednym z najbardziej znanym epizodów tej bitwy to szarża Lekkiej Brygady. 
Ale dosyć historii, wracamy na ziemię, tzn. ja wracam do reszty ekipy, niestety budzę ich, robimy śniadanie i wyruszamy w miasto. Całe miasteczko usytuowane jest wokół brzegów zatoki, w części zamkniętej portu stoją drogie i bardzo drogie jachty, od miejscowych dowiadujemy się, że tutaj przypływają bogaci ludzie na swoje wakacje. My w porcie wynajmujemy małą łódkę i płyniemy szukać delfinów, niestety tylko raz udaje nam się zobaczyć jak jeden delikatnie wynurzył się z wody :( w takim razie obieramy kurs na plażę, w mieście ich nie ma, płyniemy kilkanaście minut i dobijamy do małej zatoczki, gdzie jest sporo ludzi, właściciel łódki mówi nam, że możemy wrócić łódką i daje nam telefon do siebie albo wybrać spacer przez górę. Oddajemy się urokom słońca i wody, są fantastyczne skały z których można poskakać do wody lub poleżeć na nich. Spędzamy tak kilka godzin, potrzebowaliśmy takiego odpoczynku, decydujemy też, że wracamy lądem, więc czeka nas ostry marsz pod górę.  Zajmuje nam to sporo czasu, będąc na górze oglądamy zachód słońca. Prawie po ciemku przechodzimy przez winnicę, łapczywie rzucamy się na soczyste kiście winogron, dzisiaj jedliśmy tylko śniadanie. 
Po ciemku docieramy do miasteczka, idziemy do pobliskiej knajpki na kolację, a następnie robimy zakupy i idziemy na kwaterę. Tam przy piwku dzielimy się wrażeniami z minionego dnia, a był to naprawdę dzień pełen wrażeń. Decydujemy, że jutro jedziemy pozwiedzać Sewastopol, około 24.00 idziemy spać.

 

 

 

Dzień 9 | Sewastopol

Wstajemy około 7.00, jemy śniadanie i wyruszamy busem do Sewastopola, kilkanaście minut później jesteśmy na miejscu, no może nie do końca, bo wylądowaliśmy w samym centrum bazaru, skąd odjeżdżają wszystkie busy, my chcemy się dostać na nadbrzeże, więc wsiadamy do miejskiego autobusu i jedziemy kilka przystanków. Docieramy do portu, gdzie stacjonuje Flota Czarnomorska, chodzimy po nadbrzeżu, obserwujemy statki które wychodzą w morze, niby Krym jest Ukraiński a wszędzie rosyjskie flagi. Sewastopol po II wojnie światowej otrzymał tytuł Miasta Bohatera ZSRR. Jedno co rzuca się w oczy to porządek i czystość na ulicach w porównaniu do miast które już zwiedziliśmy.  Jest też bardzo dużo pomników, Rosjanie się w tym lubują, na każdym skwerze czy parku stoją pomniki i te współczesne z wojny afgańskiej i te z przed kilku wieków, różnorodność ogromna. Ale nie ma co się dziwić miasto ma bogatą historię. W oczy też rzuca się dużo bezpańskich psów, ale tych jest pełno na całej Ukrainie. Chodząc po mieście natrafiamy na przejazd samochodów z okresu II wojny światowej, a w nich pełno ludzi poprzebieranych za czerwonoarmistów. Idziemy też na dworzec dowiedzieć się jak jutro odchodzą pociągi do Symferopola, pomału kończy się nasza przygoda z Krymem. Siedzimy na przystanku i czekamy na busa do Bałakławy, obserwuję handlarkę słonecznikiem, nic sobie nie robi z tego, że w jej koszyku buszuje całe stado gołębi, od czasu do czasu tylko machnie ręką, żeby je odgonić a one i tak zaraz wracają. Wracamy do Bałakławy, idziemy na obiad do najprawdziwszej stołówki zakładowej, gdzie są aluminiowe tace, kompot w kubkach i panie za ladą serwujące posiłki, klimat jak z „Misia‘’. Obiad niczego sobie, a za dużo mniejsze pieniądze jak w restauracji :) Po obiedzie idziemy obejrzeć muzeum mieszczące się w dawnej bazie okrętów podwodnych. Podziwiam i doceniam ogrom pracy jaki został włożony w budowę tej bazy. Wieczorem kręcimy się jeszcze po mieście, ostatnie zakupy i jutro opuszczamy wybrzeże Krymu. Po Drodze do Symferopola chcemy jeszcze zatrzymać w Bakczysaraju, w przeszłości stolica Chanatu Krymskiego.

 

 

 


Dzień 10 | Bakczysaraj 

Wstajemy o 6.00, udaje nam się wsiąść do busa, choć są trudności, dużo młodzieży jedzie do Sewastopola do szkoły, a my z plecakami zajmujemy dużo miejsca. W Sewastopolu wsiadamy w pociąg i przed południem jesteśmy w Bakczysaraju, jak tu gorąco, busem dojeżdżamy do miejsca skąd idziemy w stronę Monastyru Uspieńskiego i skalnego miasta Czufut – Kale. W mieście tym więziony był jeden z Potockich złapanych w jasyr przez tatarów. Przechodzimy przez cmentarz Karaimski, gdzie nagrobki mają kształt końskich siodeł, z murów Czufut – Kale był nadzorowany szlak kupiecki idący u podnóża skał. Bakczysaraj upodobali sobie Polacy, Adam Mickiewicz poświęcił miastu szereg Sonetów Krymskich, a Jerzy Hoffman kręcił tu sceny do Pana Wołodyjowskiego. Nawet rosyjski pisarz Aleksander Puszkin napisał wiersz Fontanna Bakczysaraju.                                                                                          Spędzamy w Czufut – Kale ponad godzinę, podziwiamy groty wykute w skale, domy wybudowane z kamienia i wszędobylskie jaszczurki, które upodobały sobie ten nasłoneczniony teren. Schodzimy w niesamowitym upale do miasta, podziwiamy kompleks pałacowy chanów krymskich, jest to jeden z trzech zachowanych muzułmańskich kompleksów w Europie. Szkoda że mamy niewiele czasu do odjazdu pociągu, jeszcze wiele zostało do zobaczenia w tym mieście. Udajemy się na dworzec i około 17.00 wyruszamy w 25 godzinną podróż pociągiem do Lwowa. Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się odwiedzić jeszcze Krym, jest to piękne miejsce, a miejscowa ludność jest bardzo przychylna turystom.

 

 

 

Dzień 11–12 | Lwów

Jesteśmy we Lwowie około 18.00, spotykamy się z Aleksandrą i udajemy się do hotelu, tam szybkie odświeżenie i idziemy na miasto coś zjeść, i trochę się zrelaksować, wstępujemy do kilku barów, jeden niestety hołubi jakieś narodowościowe klimaty, na ścianach zdjęcia bojowników z UPA, nie podobają mi się te klimaty, mam w pamięci to co działo się na Wołyniu i w Bieszczadach, nie potrafię tam usiedzieć i wychodzę. Po chwili wychodzi Aleksandra i po krótkiej rozmowie stwierdza, że mnie rozumie, wraca po resztę ekipy, oni też przyznają mi rację i idziemy gdzieś indziej. Niestety ta sytuacja mnie mocno poruszyła, nie mam ochoty już na chodzenie po barach, żegnamy się więc z Aleksandrą, umawiamy na jutro i wracamy do hotelu.

Budzimy się około 8.00 pakujemy, idziemy do mieszkania Aleksandry zostawiamy plecaki i w towarzystwie Jej nastoletnich dzieci, oraz ich koleżanki idziemy zwiedzać Lwów. Na początek Polska szkoła, gdzie pracuje Aleksandra i uczą się je dzieci, jest sobota szkoła jest zamknięta, ale dzięki życzliwości dyrekcji szkoły możemy ją obejrzeć, widać na każdym kroku jak szkoła boryka się z trudną sytuacją finansową, ale cieszy serce, że potomkowie Polaków, których we Lwowie jest bardzo dużo uczą się polskiego jeżyka i historii Polski. Następny etap to Cmentarz Orląt Lwowskich, znajdują się tutaj mogiły uczestników walk o Lwów i Małopolskę Wschodnią. Na cmentarzu spotykamy starszą Panią, która opiekuje się grobami, opowiada nam trochę historii cmentarza, łza się kreci w oku jak się słucha takich opowieści. Następnie przechodzimy na cmentarz Łyczakowski, gdzie pochowanych jest wielu znanych Polaków, między innymi Maria Konopnicka. Polskie groby i pomniki są odwiedzane i sprzątane. Po tej nostalgicznej lekcji historii, zostajemy oprowadzeni po miejscach mało znanych we Lwowie, zapomnianych uliczkach, gdzie rzadko lub prawie w ogóle nie zaglądają turyści.  Chwilę posiedzieliśmy w przytulnej knajpce na dachu domu w okolicach centrum skąd mieliśmy widok na całe miasto i niestety trzeba się było pożegnać z nowymi znajomymi. Czas wracać do kraju, jeszcze podróż do granicy, prawie dwugodzinne czekanie na granicy i jesteśmy w Polsce, nocny przejazd i około 8.00 jesteśmy w Wałbrzychu.

Klaudiusz Cezar Słomczyński

 

 

 

P.S. Z upływem czasu wiem, że ten pierwszy, spontaniczny wyjazd na Krym w roku 2011 ukształtował we mnie to co teraz robię. Jeśli bym się wtedy nie odważył to na pewno teraz nie pisał bym TYCH słów, ta podróż nauczyła mnie samodzielności, pokazała, że nie warto bać się nieznanego, tylko zawsze trzeba dążyć do celu. Nie trzeba znać ludzi, z którymi wybiera się w podróż, znajomości zawarte w trakcie wyjazdu mogą być trwalsze niż te które już mamy. Teraz wiem, że gdyby nie Krym, 2 lata później nie wybrałbym się do Gruzji :)

Klaudiusz Cezar Słomczyński
Roku pańskiego 2018  

Najnowsze komentarze

  • Beata powiedział(a) Więcej
    Super! Bardzo inspirujące są Twoje dzienniki! Dziękuję :D czwartek, 20 sierpień 2020
  • Marcin Flieger powiedział(a) Więcej
    GRATULUJĘ! Nagroda w pełni zasłużona za lata promocji Gminy Mieroszów na całym świecie! Wielkie BRAWA również... czwartek, 06 czerwiec 2019
  • Ewa Tracewska powiedział(a) Więcej
    Super jak zawsze  piątek, 30 listopad 2018
  • Damian powiedział(a) Więcej
    To ja dziękuję za tak wspaniałą ekipę ! ;)) Czym byłaby Korsyka bez was, i przy waszych ohhhhah i ahhhach i tak se... piątek, 30 listopad 2018
  • Monika powiedział(a) Więcej
    WOW :D środa, 28 listopad 2018