Spis treści

Dzień 3 | Monte Monaco + odpoczynek

Budzik dzwoni 3.30, ja przecież nie zdążyłem jeszcze dobrze zasnąć :( leże jeszcze kilka minut, nasłuchuję, słyszę jak inni zaczynają wstawać więc też zwlekam się z łóżka. Szybki chłodny prysznic na rozbudzenie i około 4.20 z czołówkami wychodzimy z domu. Chwilę idziemy przez miasto, następnie drogą która zaprowadza nas do budynku gdzie jest sporo psów które robią jazgot na całą okolicę, niestety trochę pobłądziliśmy ,wracamy i trafiamy na właściwy szlak. Pniemy się pomału pod górę, jest ciemno i ciepło, w oddali widzimy świecące w ciemności oczy, to stado krów które staramy się jakoś obejść bokiem. Kilka minut po 6.00 jesteśmy na szczycie, chwilę czekamy, zaczyna świtać, wyciągamy jajka, pomidory, pesto, bułki i jemy śniadanie na szczycie góry, nigdy jeszcze tego nie robiliśmy :) po śniadanku, piwko, Messina. Na szczycie jest metalowy krzyż, a pod nim skrytka, w której jest zeszyt do którego wpisują się ludzie, którzy tutaj weszli,  znajduję w nim wpis moich Przyjaciół którzy byli tutaj 12 października, czyli jakieś 3 tygodnie temu, zostawiamy w skrytce butelkę piwa, niech jakiś spragniony wędrowiec się napije :). Wreszcie przed 7.00 wschodzi słońce z morza, niesamowity widok jak się stoi ponad 500 metrów nad poziomem morza. Robimy zdjęcia, wieje lekki ale chłodny wiatr, decydujemy się na zejście, zbieramy śmieci po sobie i w drogę, natrafiamy na stado krów, które mijaliśmy w drodze na szczyt, pasą się na zboczu góry. Buty znowu mamy oblepione ziemią, więc na dole pierwsze co robimy to doprowadzamy je do porządku, następnie karmimy osły które znajdują się za płotem.  W domu jesteśmy po 9.00, część już wstała, szykują śniadanie i jadą się wspinać, my idziemy się wykąpać do morza. Są spore fale, szalejemy dobre 30 minut a następnie odpoczywamy na ręcznikach też dobre 30 minut.

Na dzisiaj już nie planujemy żadnych wyjazdów więc odpoczynek. Po powrocie w domu zastajemy tylko Boba, reszta pojechała się wspinać, robimy sobie około godzinną drzemkę, następnie kawka, około 13.00 wraca Marek z Wojtkiem. Zbieramy się całą siódemką i idziemy na miasto coś zjeść, trafiamy do małej knajpki, właściciele miło się Nami zajmują, wino, lokalne specjały, makarony, grillowane bakłażany i co najważniejsze wszystko bardzo smaczne, mimo że rachunek był dosyć wysoki, warto było. Zaglądamy do kościoła który stoi przy głównej ulicy, ciekawa architektura, jest nawet małe zejście do podziemi, bardzo ciekawy ołtarz z płaskorzeźbą która przedstawia  trochę inaczej Jezusa. Po wyjściu z kościoła idziemy na kawę i lody, oj brzusio rośnie. Następnie plaża, kąpiel, woda cieplutka, lecz wieje delikatny wiaterek więc nie bardzo można  leżakować, wracamy więc do domu, z plaży to jakieś 3- 5 minut spacerem. Przebieramy się, reszta nie wróciła jeszcze ze wspinu, po małej lampce wina, Bob zostaje żeby trochę popracować, przygotowuje jakąś prelekcją na sympozjum, a my ( Ja, Aga, Monika, Damian, Marek i Wojtek ) idziemy obkupić się w pamiątki, tutaj też większość sklepów pozamykana więc wybór niewielki, po zakupach kupujemy wino i decydujemy się żeby pójść w stronę latarni morskiej, musimy obejść całą zatokę i maleńki port więc w okolice latarni dochodzimy po ciemku. Siadamy na kamieniach na plaży, otwieramy winko, latarnia ma 3 promienie, chyba pierwszy raz taka widzę, obserwujemy jak światło muska budynki przy zatoce, pojawia się jakiś kot, daje się głaskać, wręcz domaga się tego. Po około 30 minutach i 3 butelkach wina zbieramy się w drogę powrotną. Po drodze rozmawiam z Olą prze telefon. W domu już są wszyscy, wrócili ze wspinaczki i są po kolacji, siadamy na werandzie, dzisiaj delikatnie tylko jakieś piwko. Rozmawiamy jak minął dzień, dokarmiamy koty które zjawiły się jak nas tylko usłyszały, ten który był u nas pierwszy, wchodzi już na kolana, szybko załapał co jest dla niego dobre.  Planujemy jutrzejszy dzień, ekipa wspinaczkowa oczywiści rusza w skały.  Bardzo wczesno ranne, a prawie nocne wstawanie dzisiaj zrobiło swoje, około 22.30 idę spać. Dość szybko zasypiam. Niestety w nocy budzę się pogryziony przez komary, wszystko mnie swędzi, leżę i nasłuchuję, normalnie boję się zasnąć.

 

Dzień 4 | Monte Cofano

Wstaję o 8.00, na początek szybka kąpiel w morzu, jest tak blisko że idę w samych kąpielówkach, na boso, tylko z ręcznikiem, wracam. Śniadanie, kawa i około 9.30 jedziemy z Damianem, Moniką i Agą w stronę Monte Cofano, musimy dojechać do miejscowości Cornino, zajmuje nam to na wąskich i krętych drogach około 30 minut, po 10.00 zostawiamy auto na małym parkingu, jesteśmy w Rezerwacie Monte Cofano, idziemy ścieżką, mijamy Grotta Mangiapane ze skansenem etnograficznym, lecz nie zaglądamy (a szkoda bo po powrocie trochę poczytałem i okazało się fajne miejsce, no cóż, może kiedyś tu wrócę) Idziemy dalej, mijamy skały w których jest pełno wspinaczy, ścieżka zaczyna piąć się delikatnie w górę, góra z tej perspektywy jest ogromna, wznosi się na wysokość 659 metrów nad poziomem morza które mam za plecami. Jak tak patrzę to ogarnia mnie trochę strach, będzie ostro pod górę, mijamy krowy które pasą się wśród małych palm, ścieżka robi się coraz węższa i pnie się coraz bardziej w górę, dochodzimy do skał, tutaj już jest ostro w górę, szukamy czerwonych kropek które wyznaczają szlak, każdy z Nas szuka dogodniejszego podejścia, nie okłamujmy się, nie ma takiego, trzeba wbijać pazury w skały i piąć się do góry, i tak około 100 metrów, dochodzimy do miejsca gdzie jest przyczepiona lina po której trzeba wejść ponad 10 metrów po skale, nie wierzę takim linom, lecz nie ma innej drogi, więc posiłkując się linom wchodzę na skałę, tutaj już lekkie nachylenie do szczytu, idziemy, podziwiamy widoki, około 11.20 jesteśmy na szczycie :) jest jeden chłopak, siedzi i czyta książkę. Zrzucamy plecaki, podziwiamy widoki, robimy zdjęcia, wyciągamy po piwku, zasłużyliśmy :) Jest też tutaj skrytka, wpisujemy się w zeszyt, oglądamy co ludzie tutaj zostawiają, są wizytówki, magnes na lodówkę, prezerwatywa, jakieś bilety, 1 dolar, zapalniczka, zostawiamy naszą wlepę DGN, chwila odpoczynku i schodzimy w dół.

Poniżej liny trochę gubimy drogę wśród skał, każdy z Nas schodzi inną drogą, trochę na czuja, na szczęście wszystkim się udaje. Jesteśmy na ścieżce poniżej skał, schodzimy dalej, dochodzimy do rozwidlenia, nie wracamy jednak do samochodu , tylko skręcamy w lewo i ruszamy w dół, wiedzie tędy szlak okrążający Monte Cofano, po drodze mijamy,  na szczęście już nieżywego gada, ma ponad metr długości, moi znajomi opowiadali że widzieli dosyć sporo takich węzy wśród skał, trzeba będzie bardziej patrzeć pod nogi. Nie dochodzimy jednak do morza, ścieżka zaczyna się piąć z powrotem pod górę, dochodzimy do rozwidlenia które znajduję się nad sporą grotą, my odbijamy w prawo, przechodzimy przez grotę i ruszamy w dół, w stronę morza. Ścieżka wije się wśród skałek i małych palm, nie dochodzi jednak do morza, wije się nad nim, w dole widzimy rafy zbudowane ze skorupek ślimaków i innych skorupiaków, są one bardzo ostre. Dochodzimy do płaskorzeźby św. Mikołaja, jest tutaj ławeczka i fajny klif w dole. Idziemy dalej, następny postój to kapliczka Krucyfiksu, gdzie znajduje się drewniany krzyż, objęty lokalnym kultem, przy kapliczce jest Grota Krucyfiksu, długa na około 23 metry. Krótki postój i ruszamy dalej, kilkanaście minut i jesteśmy przy wieży św. Jana, na wybrzeżu Sycylii jest sporo takich wież, był to system umocnień który chronił wyspę przed atakami piratów już pod koniec XVI wieku. Wieża jest zamknięta, więc idziemy dalej, po lewej stronie mamy górę przypominającą narzucony na głowę kaptur (stąd nazwa Cofano) a po prawej morze Tyrreńskie, po następnych kilkunastu minutach marszu docieramy do pierwszych zabudowań Cornino, teraz tylko odnaleźć parking i zaparkowany tam samochód. odnajdujemy parking, za płotem pasie się koń, Monika próbuje go karmić, ruszamy z powrotem, po około 30 minutach jesteśmy w domu, nikogo nie ma, przebieramy się i idziemy się wykąpać do morza, kąpiel szybka, beż plażowania. W domu chwila odpoczynku i idziemy w czwórkę na pizzę, jest około 16.30 pizzeria zamknięta, koleś z obsługi mówi że otwierają dopiero o 19.00, nie będziemy czekać do tej godziny.

Idziemy do marketu który na szczęście jest otwarty, więc tak na szybko do ręki na miejscu Arancino (kulka ugotowanego ryżu z mozzarellą, obtoczona w panierce i smażona na głębokim oleju ) a do domu dania na patelnię, jedno to kuskus z warzywami, drugie to mix warzyw, mieszamy to razem i wychodzi nawet dobre danie, do tego Frizante lokalne białe wino lekko musujące. Siadamy z kolacją na werandzie, zaczyna wracać reszta ekipy ze wspinu, ostrzegamy ich że większość knajp na mieście jest pozamykana. Nam już nie chce się nigdzie wychodzić, mamy jakieś sery, suche kiełbasy, oliwki, pesto, paluchy, no i do tego piwko, jakieś likiery które kupiliśmy z Damianem. Przychodzą koty, ten jeden już jest tak oswojony że sam wchodzi na kolana i domaga się głaskania. Najlepsze w tym wszystkim są te wieczorne spotkania, przez cały dzień każdy robi to na co ma ochotę a wieczorem wszyscy siadają razem i rozmawiają, większość informacji które wiem o moich znajomych pochodzą właśnie z takich wieczornych spotkań na wyjazdach. Kot dzisiaj wyjątkowo upodobał sobie moje kolana, jest niepocieszony jak go kładę na krześle i idę zadzwonić do domu i Oli, czeka na mnie cierpliwie jak wrócę. Przy stole plany na jutrzejszy dzień, zagorzali wspinacze nie odpuszczają i wybierają się w skały, część z Nas chce się wybrać na grań którą widać z miasteczka.

Tak trochę się zastanawiam, jadąc na ten wyjazd kupiłem nowe buty w jednym z marketów ( nie będę podawał nazwy ), po dzisiejszym dniu popękały podeszwy, ciekawe czy wytrzymają do końca wyjazdu? Około 24 idę spać, część ekipy jeszcze siedzi. Kładę się, sprawdzam czy nie ma komarów, nie widać tych małych krwiopijców, zasypiam. W nocy znowu budzę się pogryziony, ja pier…. Jak mnie wszystko swędzi, chowam się pod poszewkę od kołdry i próbuję zasnąć.

 

Dzień 5 | Monte Acci + Grań + Monte Monaco (raz jeszcze)

Wstajemy o 7.20 z Markiem, Moniką i Agą, idziemy się wykąpać w morzu, są duże fale więc zamiast pływać kilkunastominutowe szaleństwo na falach, wracamy, szykujemy śniadanie i około 9.30 ruszamy dwoma autami w 6 osób, Ja, Monika, Aga, Damian, Marek i Wojtek w górki. Jedziemy autami w stronę rezerwatu Zingaro, zostawiamy auta jednak wcześniej przy kamiennym moście i ruszamy pod górę szutrową drogą, mijamy spore stado krów po drodze, trochę z obawą, bo są tam też młode byczki, na szczęście nie zwracają na nas uwagi. Na przełęczy robimy krótki odpoczynek i dalej w górę, po drodze napotykam modliszkę, następny przedstawiciel fauny nie spotykany u nas, wchodzimy na Monte Acci 827 m, z lewej strony Rezerwat Zingaro, z prawej widok na Monte Cofano w oddali, a za plecami San Vito z górującą nad nim Monte Monaco. Wieje zimny wiatr więc schodzimy do przełęczy, jest tu droga w stronę rezerwatu, a w drugą stronę mała ścieżka która prowadzi na grań. Ja z Damianem decydujemy się iść w górę, reszta schodzi do aut,  planują dzisiaj plażowanie. Ruszamy, wąska ścieżka, miejscami całkowicie zarośnięta jakimiś ostami, mamy krótkie spodenki więc nogi są niemiłosiernie  podrapane, widać że prawie nikt tutaj nie chodzi, a szkoda bo widoki fantastyczne, tylko ten wiatr trochę psuje atmosferę, z pod nóg uciekają jaszczurki, uważnie patrzymy czy nie ma też jakiś większych gadów. Dochodzimy do skalistego szczytu na który wchodzimy, jest za nim drugi tylko ciężko jest się na niego dostać, schodzimy trochę w dół, szukamy dogodnej drogi, po chwili jednak odpuszczamy, jak byśmy na niego weszli to z drugiej strony jest pionowa ściana z której nie ma zejścia i musielibyśmy wracać. W dół też nie jest łatwo, nie ma żadnej ścieżki, prawie pionowe skały, warunki trudniejsze jak wczoraj na Monte Cofano, idziemy na czuja szukając dogodnego zejścia, chwilami mam obawy czy to był dobry pomysł, skały są naprawdę wymagające. Udaje nam się wreszcie zejść ze skał, jest dalej stromo, ale można prawie spokojnie iść.

Widzimy w skale jaskinię, postanawiamy do niej podejść, są dwa wejścia jedno duże, za którym znajduje się dość duża komnata i jakby legowisko pełne kości, wychodzimy, wspinamy się do drugiego wejścia które znajduje się ponad 2 metry od podstawy skały, wejście malutkie ale za to ogromna komnata wewnątrz, piękna sprawa, wychodzimy i ruszamy dalej, nie ma możliwości wejść z powrotem na górę, więc schodzimy w dół do drogi którą widzimy w oddali, schodząc znajduję kolec jeżozwierza, nawet nie wiedziałem że żyją tutaj. Trudne strome zejście zajmuje nam ponad 30 minut, przed wejściem na drogę mijamy jeszcze opuszczony kamieniołom, bardzo dużo takich w okolicy. Chwila odpoczynku i idziemy drogą pod górę, kieruje się ona w stronę Monte Monaco, mijamy jakieś niewielkie zabudowania  pasterskie i dom pod którym stoi samochód terenowy, ma ktoś wyobraźnię żeby tutaj mieszkać. Dochodzimy do ścieżki którą wchodziliśmy 2 dni temu na szczyt, chwila zastanowienia, patrzymy na zegarki i decydujemy się wejść jeszcze raz na Monte Monaco,  po jakiś 15 minutach jesteśmy na szczycie. Nie uwierzycie, stoi tam piwo które zostawiliśmy 2 dni temu, czyżby nie było spragnionego wędrowca? Wypijamy je z Damianem, robimy zdjęcia, Alpik też pozuje do zdjęć, ostatnio go zapomniałem, odpoczywamy na kamieniach, jest sielsko, nigdzie się Nam nie spieszy, tylko jeszcze powrót do domu, żadnego łażenia po górkach. Schodzimy w dół, w pewnym momencie dołącza do Nas stado krów, idziemy tak razem kilka minut, takie nietypowe towarzystwo, stado jednak stwierdza że nie bardzo do siebie pasujemy i zostaje przy małym wodopoju, my idziemy dalej. Buty pomału się kończą, zastanawiam się z czego zrobili podeszwę, chyba z gumy do żucia :( jakoś dojdę do domu, choć czuję pod stopami każdy, nawet najmniejszy kamyczek. Po 15 minutach jesteśmy na dole, niedaleko drogi, widzimy jak podjeżdża Monika po którą wcześniej dzwonił Damian.

Chwilę jeszcze obserwujemy jak miejscowi zbierają oliwki, jedni robią to tradycyjnie czyli kilka osób jest na drabinach, pod drzewem rozłożona drobniutka plastikowa siatka, trzęsą gałęziami i oliwki spadają na siatkę. Z drugiej strony na małej przyczepce stoi agregat prądotwórczy, facet w rękach trzyma urządzenie z wysięgnikiem, który wibruje po uruchomieniu, nie musi skakać po drabinie, stoi na ziemi, tylko przykłada wysięgnik do gałęzi i włącza urządzenie a oliwki spadają też na przygotowaną pod drzewem siatkę. Podchodzimy jeszcze do osłów które karmiliśmy 2 dni wcześniej.  Witamy się z Moniką i jedziemy do domu. Aga szykuje obiad, nie chce pomocy więc wykorzystujemy z Damianem tę chwilę i idziemy nad morze, fale jeszcze większe niż rano, kilkanaście minut szaleństwa na wzburzonych falach, jak dzieci :)  Wracamy, już jest obiad, siadamy na werandzie, kuskus i warzywa na patelni, Aga jeszcze coś do tego pododawała, pyszności. Po obiedzie relaksik przy piwku, fajnie jest tak sobie posiedzieć po intensywnym dniu, oczywiści zjawia się „nasz ‘’ kot, jest już tak przyzwyczajony do pieszczoch, że ciekawe co będzie jak my opuścimy Sycylię. Zaczynają wracać inni ze wspinu, robią sobie jedzenie, siadają na werandzie, zapada decyzja że idziemy do cukierni na ciacha :) Każdy kupuje ciacha nie patrząc na ilość kalorii, wychodzimy na zewnątrz, są tam ławeczki siadamy i delektujemy się słodkościami, wychodzi Pani która nas obsługiwała, chwilę obserwuje, woła w głąb sklepu i po chwili przychodzi dziewczyna, przynosi plastikowe kubki i częstuje nas winem, taka Sycylijska gościnność :)  Zasłodzeni ciachami idziemy na kawę do małej knajpki przy promenadzie, trzeba przyznać że podają tu naprawdę dobrą kawę i mają spory wybór, teraz to już jest sielsko i anielsko. Wracamy krętymi uliczkami prawie pustego miasteczka, wchodzimy jeszcze do sklepiku po jakieś pamiątki, miasteczko po sezonie jest naprawdę puste, fajny czas jak ktoś lubi ciszę i spokój.

W domu siadamy na werandzie, po słodkościach nikt już nie ma ochoty na jakieś przekąski więc tylko delektujemy się alkoholami, musujące Frizante dobrze robi po ciasteczkowym obżarstwie. Rozmowy, opowieści, dyskusje, zabawa z kotem, wieczorny rytuał, czas miło płynie, jest ciepło, po 1.00 idziemy spać.

Oczywiście w nocy znowu budzę się zaatakowany przez komary, trudno się przed nimi bronić, jakoś muszę wytrwać do rana, oj to będzie ciężka noc :(

 

Najnowsze komentarze

  • Beata powiedział(a) Więcej
    Super! Bardzo inspirujące są Twoje dzienniki! Dziękuję :D czwartek, 20 sierpień 2020
  • Marcin Flieger powiedział(a) Więcej
    GRATULUJĘ! Nagroda w pełni zasłużona za lata promocji Gminy Mieroszów na całym świecie! Wielkie BRAWA również... czwartek, 06 czerwiec 2019
  • Ewa Tracewska powiedział(a) Więcej
    Super jak zawsze  piątek, 30 listopad 2018
  • Damian powiedział(a) Więcej
    To ja dziękuję za tak wspaniałą ekipę ! ;)) Czym byłaby Korsyka bez was, i przy waszych ohhhhah i ahhhach i tak se... piątek, 30 listopad 2018
  • Monika powiedział(a) Więcej
    WOW :D środa, 28 listopad 2018