Spis treści

Tatry Słowackie + Polskie

Czyli jak pokazać koledze, że Tatry są inne ;)

Pomysł na Tatry zrodził się jakiś czas temu, głównym prowodyrem był Maciek, był już 6 razy w Tatrach i ciągle mu mało, wpadliśmy więc na pomysł, żeby pochodzić po Słowackiej stronie, nie rezerwowaliśmy żadnych noclegów, spisaliśmy tylko kilka numerów telefonów do schronisk, pełen spontan, nastawiałem się nawet na spanie gdzieś na szlaku, nie mieliśmy określone co chcemy zdobyć ani gdzie wejść :) 

Termin 7 – 11 sierpień 2017 r.

 

Dzień 1 | Dojazd + schronisko nad Zielonym Stawem

Wyjeżdżamy pociągiem z Wałbrzycha około 20.00, we Wrocławiu mamy trochę czasu, Polski Bus do Zakopanego odjeżdża o 23.25 a na miejscu ma być o 6.15 trochę mnie to martwi, bo o 6.05 jest autobus do Popradu, a następny o 9.05, więc 3 godziny czekania na dworcu. Nie nastawiam się na spanie w autobusie, bo siedzenia są bardzo blisko siebie i jest niewygodnie, kupujemy zatem na drogę po jakimś piwku i jeszcze coś ;) w połowie drogi zaczyna padać deszcz i tak już do samego Zakopanego, za to kierowca nadrabia i jesteśmy na miejscu parę minut przed 6.00, udaje nam się złapać ten autobus do Popradu o 6.05 :). Jakieś 30 minut jazdy i wysiadamy w miejscowości Zdziar, wstępujemy do sklepu po wodę i na szlak. Niebo zaciągnięte chmurami, po jakiś 20 minutach zaczyna padać, idąc wyżej napotykamy wiatę i w niej się chronimy, niestety jest chłodno, żeby nie przemarznąć decydujemy się iść dalej, szlak prowadzi ostro pod górę, przez las, więc się trochę rozgrzewamy. Przestaje padać deszcz, ale jest dalej mocno zachmurzone niebo, słońca dzisiaj nie będzie :( Wychodzimy ponad linię lasu, teraz już tylko otwarty teren, wieje lekki wiatr, jest coraz chłodniej. Mijamy przy szlaku kozice, nawet się nami nie interesują, skubią sobie spokojnie trawę. Chmury przykrywają wierzchołki szczytów, dochodzimy do Szerokiej Przełęczy, jest tak mroźny wiatr, że nawet nie próbujemy zrobić postoju, Maciek stwierdza, że zaraz pomarzniemy, idziemy więc dalej. Dochodzimy do rozwidlenia szlaków na Przełęczy pod Kopą, zatrzymujemy się tylko żeby zerknąć w którą stronę iść i dalej kierujemy się czerwonym szlakiem w stronę Zielonego stawu, jakieś jeszcze 2 godziny marszu przed nami. Schodzimy w stronę Wielkiego Białego Stawu, tutaj zaczynają się kosodrzewiny, więc mniej wieje i robi się spokojniej, jesteśmy przemoczeni, nawet nie zatrzymujemy się przy stawie tylko idziemy dalej, pogoda paskudna. Szlak kluczy wśród kosodrzewin, wypatrujemy schroniska, nawet nam się nie chce rozmawiać ze sobą. Przed południem docieramy do schroniska nad Zielonym Stawem, jest młoda godzina, gdyby nie to że jesteśmy przemoknięci i przemarznięci byśmy szli dalej. Jednak w tej sytuacji decydujemy się na nocleg tutaj, są miejsca na strych na materacach, bierzemy, zostawiamy plecaki, mokre ciuchy rozwieszamy na poręczach i wieszakach, schodzimy do jadalni na ciepłą herbatę. Rozmawiamy z dziewczyną z obsługi, pyta skąd jesteśmy i jak doszliśmy do schroniska mówi, że w taką pogodę ze Zdziaru to w dobrym tempie to przeszliśmy. Nad doliną lata śmigłowiec, zawisa nad szlakiem, opuszcza się na linie ratownik i widać, że kogoś wciągają na pokład, po kilku minutach lądują pod schroniskiem i ratownik wprowadza kobietę do środka, jest wyziębiona, rano wyszła ze schroniska szlakiem w stronę Łomnicy lecz na przełęczy przemarzła i nie była w stanie iść dalej. Jedno co mi się rzuca w oczy, to że jak tylko pani się trochę rozgrzała i doszła do siebie, ratownik prosi o ubezpieczenie. Na Słowacji ubezpieczenie w górach jest obowiązkowe, nie jesteś ubezpieczony to płacisz za akcję ratunkową, nie to co u nas. Bardzo dobre rozwiązanie. Zaczyna coraz więcej ludzi schodzić się do schroniska, zbliża się wieczór, robimy kolację, rozmawiamy o następnych dniach, zastanawiamy się co robimy jak dalej będzie taka pogoda. Wychodzę na zewnątrz, jest zimno, ale nie pada, dzwonię do Oli, chwilę rozmawiamy. Szykujemy się spać, kolejka do prysznica, trzeba odstać swoje, lądujemy w śpiworach, mimo niepogody to był jednak fajny dzień, szkoda tylko tych widoków na szlaku, mam nadzieję, że następne dni nam to wynagrodzą.

 

 


Dzień 2 | Przejście do Popradzkiego Stawu

Pobudka przed 6.00, pierwsze co robię to zerkam na zewnątrz a tam piękna pogoda, bezchmurne niebo, trochę chłodno, ale to ranek i góry, będzie piękny dzień :)  Schodzimy na śniadanie, w cenie noclegu (8 euro) jest śniadanie, naprawdę wypasione, niejeden hotel mógłby się uczyć jak robić śniadania w formie bufetu, i nikt nie stoi i nie pilnuje czy ktoś sobie robi kanapki na szlak. Najlepsza jest tutaj herbata, jest robiona z ziół, które są zbierane w okolicy, coś pysznego.  Najedzeni i napojeni herbatą, zbieramy nasze rzeczy, część wyschła, a część podeschnie na szlaku decydujemy, że idziemy dalej czerwonym szlakiem w stronę Łomnicy, około 7.30 opuszczamy schronisko, jakieś zdjęcia i w drogę. Szlak prowadzi pod górę, w okolice, gdzie wczoraj śmigłowiec zabierał tę panią, piękne widoki. Idziemy spokojnie, zaczynamy rozmawiać, znam Maćka z pracy, ale nic o nim nie wiem, teraz jakoś tak się otworzyliśmy obydwoje, krótka rozmowa a wiem, że będzie dobrym kompanem :). Przechodzimy obok jakiejś jaskini, nie próbujmy do niej zaglądać, idąc coraz wyżej obserwujemy, że nad doliną zaczyna tworzyć się mgła, która się unosi do góry, przed samą przełęczą już idziemy we mgle, to się nacieszyłem pogodą :( Na przełęczy postanawiamy chwile odpocząć, i to był dobry wybór. Mgła zaczyna opadać, odsłania się słońce i nagle naszym oczom ukazuje się niesamowity widok.

Stoimy na skałach, w dole mgła za plecami słońce i na chmurze przed nami widzimy swój cień w aureoli jakby tęcza, niesamowity widok. Zjawisko to nazywa się Widmo Brockenu. Mamidło górskie, zjawisko polegające na zaobserwowaniu własnego cienia na chmurze znajdującej się poniżej. Zdjęcie nie oddaje tego co widziałem na żywo. Trochę mam ciarki na plecach, legenda głosi, że kto zobaczy Widmo Brockenu ten zginie w górach, dopiero potrójne ujrzenie Widma odczynia urok ;) 

 

 

Podchodzimy jeszcze trochę pod górę, kilkanaście metrów do zakrętu, wychodzimy i oczom naszym ukazuje się niesamowity widok, świeci słońce a warstwa chmur jest kilkanaście metrów pod nami, chmury są tak gęste że wygląda to jak biały dywan, ciągną się aż po horyzont, widziałem już chmury pod nogami, ale nie takie gęste, oj pięknie zaczyna się nam ten dzień, a wczoraj narzekałem na brak widoków :) Schodzimy w dół, po około godzinie dochodzimy do stacji kolejki na Łomnicę, chcemy wjechać na górę, ale zaczynają nachodzić chmury i obawiamy się że zanim dotrzemy szczytu to nie będzie widoków, więc odpuszczamy sobie, zamawiamy piwo i delektujemy się odpoczynkiem. Próbujemy załatwić nocleg, dzwonimy do kilku schronisk na naszej trasie i okazuje się, że najbliższe wolne miejsca są w hotelu Nad Popradzkim Stawem, dość daleko, nie chcieliśmy tak szybko przejść Słowacji, mieliśmy w planach tam być dopiero za 2 dni. Niestety sytuacja się zmieniła, ewentualnie jak znajdziemy coś po drodze to zostaniemy lub w ostateczności będziemy spać na szlaku. Ruszamy dalej, nie spieszymy się, podziwiamy widoki dużo ludzi na szlaku, rozmawiamy, poznajemy się coraz bardziej, jest super. Po drodze mijamy schronisko Chata Zamkovskiego, jest oblężone przez turystów, mijamy je i idziemy dalej, przechodzimy obok Wodospadu Olbrzymiego, ma on wysokość ok. 20 m. Około 14 jesteśmy przy schronisku Pod Siodełkiem, tutaj robimy sobie krótki postój, piwko, jakaś przekąska, robimy sobie zdjęcia z misiem Kubą, taka 350 kilogramowa atrakcja. Niestety tutaj też nie ma szans na nocleg, idziemy dalej sporo drogi przed nami, szlak zaczyna piąć się w górę, następny nasz cel to Dolina Wielicka i Śląski Dom, hotel górski, dochodzimy tam około 16.30, niestety cena jaką nam proponują za pokój 2 osobowy w hotelu powal nas z nóg, 240 euro. Rezygnujemy, krótki odpoczynek i znowu w górę, w stronę Batyżowieckiego Stawu położonego u stóp najwyższego szczytu Tatr, Gerlachu, docieramy tam przed 18.00. krótki postój, zdjęcia, Podziwiamy najwyższy szczyt Tatr, kiedyś się wybiorę na niego. Do celu mamy jeszcze 2,5 godziny drogi, powinniśmy zdążyć prze nocą. Nogi bolą coraz bardziej, ale nie ma się co mazać tylko trzeba iść przed siebie, po drodze stado kozic przechodzi dosłownie kilka metrów przed nami przez szlak, zatrzymują się na skałach powyżej i obserwują intruzów, którzy wtargnęli na ich terytorium.

Idąc podziwiamy w dole słowackie miasto Wysokie Tatry w skład, którego wchodzi kilka osad, takich jak Tatrzańska Łomnica, Stary Smokowiec czy Szczyrbskie Jezioro, nad tym ostatnim góruje skocznia narciarska. Są to bardzo znane turystycznie rejony, każdy znajdzie tu coś dla siebie, są góry, jaskinie, gorące źródła w Popradzie, raj dla turystów.  Około godziny 20.00 docieramy do przełęczy Pod Osterwą, w dole widzimy schronisko, według szlaku mamy 50 minut zejścia w ostro w dół, szlak na początku jest mocno stromy, tak stoję, patrzę w dół i mówię, że „nic co jest tak blisko nie było tak daleko”.  Odczuwamy trudy całodziennej wędrówki, ale trzeba się skupić na zejściu, pomału krok za krokiem pokonujemy ścieżkę w dół, niektóre miejsca są pokryte małymi kamyczkami i żwirem, jest to dosyć niebezpieczne, w połowie ścieżki robi się trochę łagodniej i już można trochę odetchnąć, przed 21.00 dochodzimy do schroniska, pomału zapada zmrok, w schronisku dostajemy miejsce na tzw. glebie, płacimy po 7 euro od osoby i udajemy się do pokoju, okazuje się że są tam normalne pojedyncze łóżka, nie ma tylko pościeli, fajna ta gleba, schodzimy na kolację, zamawiam stek z jelenia z kluskami, jakieś piwo, i jeszcze deser, budyń z owocami i czekoladą kosztuje mnie to około 9 euro, myślałem że ceny na Słowacji są wyższe :) wychodzimy na taras, jest już ciemno, i dosyć chłodno, dzwonię do Oli, chwilę rozmawiamy, lubię te rozmowy z bliskimi jak jestem gdzieś na wyjeździe. Szybki prysznic, pokój zaczyna się zapełniać, jest kilkanaście łóżek, większość już zajęta, są też Polacy. Podejmujemy decyzję, że jutro idziemy już na polską stronę przez Rysy. To był długi i szalony dzień trasę, którą chcieliśmy zrobić w 2 dni, ze względu na brak noclegów po drodze zrobiliśmy w jeden, trochę szkoda opuszczać Słowację, ale jeszcze tutaj wrócę, są wspaniałe tereny do wędrowania, no i szlaki nie są tak przepełnione jak u nas. Ledwo przykładam głowę do poduszki, zasypiam. 

 

 

 

Dzień 3 | Rysy + Morskie Oko

Pobudka po 6.00, część ludzi w pokoju już nie śpi, pakujemy się, schodzimy na śniadanie, tutaj już nie ma śniadania w cenie, ale jest spory wybór za małe pieniądze, idziemy ze śniadaniem na taras jest rześko, w nocy było około 0 stopni, spotykamy Polaka który spał na tarasie, późno zszedł z gór i już nie załapał się do środka, je z nami śniadanie rozmawiamy, on kieruje się tam skąd my wczoraj przyszliśmy, po śniadaniu plecaki na plecy i  w drogę, na początek szlak łagodnie prowadzi do góry, po jakimś czasie dochodzimy do miejsca gdzie są wbudowane w skałę metalowe stopnie, dużo było o tym krzyku w mediach, że niepotrzebne i brzydko wygląda, uważam ze niepotrzebny ten płacz, schody i drabinka przydają się. Następnie szlak idzie łagodnie pod górę, obserwujemy wielkiego jelenia, który pasie się nad strumieniem, około 10.00 jesteśmy w Chacie Pod Rysami, maleńkim, najwyżej położonym schronisku w Tatrach.

Zamawiamy po piwku, siadamy na kamieniach i podziwiamy drewniany kibelek, wymalowany w kolorowe śmieszne wzory, który jest umiejscowiony około 50 metrów od schroniska, można się załatwić podziwiając wspaniałe okolice :). Podziwiamy fantazję Słowaków, którzy umieścili przy schronisku słupek z przystanku autobusowego z rozkładem jazdy, do schroniska nie prowadzi żadna droga, wszystko co jest w schronisku trafia tutaj na plecach tzw. Nosiczy, tatrzańskich tragarzy charakterystycznych dla słowackiej części Tatr.  Pytamy o nocleg, ale niestety nie ma miejsc, ruszamy więc w górę, na szlaku przy schronisku stoi znak, narysowany i przekreślony kobiecy but podobny do szpilki :). Dochodzimy do przełęczy, tutaj szlak zaczyna się piąć pod górę, ale nie jest trudny. Po około 40 minutach, dochodzimy do grupy skał, gdy je obeszliśmy, ukazuje nam się szczyt Rysów, staję i nie wierzę w to co widzę. Szczyt jest tak oblężony prze ludzi, że wygląda to tak jakby przed chwilą zatrzymało się kilka autobusów i wszyscy z nich wysiedli. Na każdym kamieniu i skale ktoś stoi, podchodzimy, zostawiamy plecaki i próbujemy się dostać pod słupek i tabliczkę na szczycie, nie jest to łatwe :(

 

 

Spędzamy na szczycie kilkanaście minut i zaczynamy schodzić na Polską stronę, szlak prowadzi po łańcuchach, jest sporo ludzi, którzy wchodzą pod górę więc zejście będzie długie i mozolne, trzeba się będzie przepuszczać, na szczęście niżej już nie łańcuchów i można spokojnie schodzić. Piękne widoki z góry na Czarny Staw pod Rysami i Morskie Oko. Robimy sobie postój przy Czarnym Stawie. Jemy jakieś batony, fajny następny dzień. 

Podczas schodzenia do Morskiego Oka ciekawa sytuacja, idą sobie dwie panie i trójka dzieci, chłopiec upomina się o wodę, jedna z pań odpowiada, że mają tylko niecałe pół litra wody na wszystkich i musi poczekać, podaję mu moją butelkę, on pije a pani dziękuje, ale też pyta skąd mamy tyle wody, przecież schodzimy z góry. Ich miny były bezcenne jak pokazałem na strumień, który spływał z góry :)

Dochodzimy do schroniska nad Morskim Okiem, ogromny tłum ludzi, pytamy o nocleg, chłopak z obsługi informuje nas, żeby podejść o 18.00, teraz nie może nam przydzielić żadnego łóżka. Wychodzimy na zewnątrz, zamawiamy po piwie i delektujemy się odpoczynkiem, jest około 15.00 mamy sporo czasu, ale nie chce nam się stąd ruszać, idziemy na obiad do schroniska. Przed 18.00 zbieramy się i idziemy się dowiedzieć, czy możemy liczyć na jakiś nocleg, okazuje się, że są miejsca w starym schronisku, bierzemy je. W schronisku, zostawiamy rzeczy, spotykamy grupę, która przyjechała się wspinać, rozmawiamy przy piwku. Następnie idziemy na Morskie Oko, zbliża się wieczór większość turystów wróciła z powrotem na dół, na tarasie spotykamy starszego pana, przysiadamy się i zaczynamy rozmawiać, przyjeżdża w Tatry już ponad 20 lat, przeszedł wszystkie szlaki po obu stronach granicy i wszedł na każdy nazwany szczyt w Tatrach, nawet na te najniższe, teraz już przyjeżdża dla przyjemności. Fajnie jest spotkać takich ludzi, to się nazywa pasja i miłość do gór. Robi się pomału ciemno, idziemy się wykąpać do schroniska, nie chce się nam spać, wracamy na brzeg Morskiego Oka i obserwujemy gwiazdy, piękne gwieździste niebo wisi nad nami, a dookoła wysokie szczyty, dla takich chwil naprawdę warto żyć. Dzwoniłem wcześniej do domu, żeby się o mnie nie martwili, i że zdobyłem najwyższy szczyt Polski :) Widzimy jak od strony Szpiglasowego Wierchu schodzą jakieś światełka, po jakimś czasie pod schroniskiem zjawia się para Czechów, chwilę rozmawiamy, rozkładają namiot pod schroniskiem i idą spać, my też zbieramy się, następny długi, pełen emocji dzień. Maciek stwierdza, że nigdy nie spał w Tatrach w schroniskach i to mu się strasznie podoba. W schronisku już pogaszone światła jest przed 24.00 kładziemy się, staramy się robić jak najmniej hałasu. Po rozmowach z Maćkiem stwierdzam, że jest to fajny kompan na takie wyjazdy, mam nadzieję, że uda nam się jeszcze coś razem zrobić.

 


Dzień 4 | Dolina Pięciu Stawów 

Wstajemy około 7.00, w schronisku już większość nie śpi, wszyscy się gdzieś zbierają, tylko chyba nam się nie śpieszy, nie mamy planu na dzisiaj, idziemy na śniadanie, podczas śniadania podejmujemy decyzję że idziemy do Doliny Pięciu Stawów, pakujemy plecaki i w drogę, idziemy niebieskim szlakiem przez Świstówkę, jest gorąco, nam się nie spieszy, po dotarciu na górę odsłaniają się nam wspaniałe widoki na Dolinę Pięciu Stawów, schodzimy do schroniska, podziwiamy widoki, kupujemy po piwie i siadamy na murku pod schroniskiem, rozmowy z przypadkowymi ludźmi, to jest fajne na takich wyjazdach, zero spiny. Następnie idziemy nad brzeg stawu, ściągamy buty i skarpety wchodzimy do wody, jest strasznie zimna, ale to ukojenie dla zmęczonych stóp. Nie mamy pomysłu co robić, idziemy się trochę pokręcić po okolicy, spotykamy chłopaka, który próbuje się na coś zaczaić, mówi nam, że tutaj żyją świstaki, często je tu obserwuje, i rzeczywiście jeden pokazuje się na kamieniach. Zrzucamy plecaki i zaczynamy polowanie z aparatami na świstaki, są strasznie płochliwe, ale udaje nam się kilka zobaczyć, fajne zwierzątka, myślałem, że są mniejsze.   Obserwujemy niebo, zaczynają nadciągać czarne chmury, będzie padać, wracamy do schroniska.  Nagle jakby rozerwało się niebo, tak mocno zaczęło padać, wszyscy co byli pod schroniskiem i w niedalekiej okolicy próbują dostać się do środka, robi się strasznie ciasno. Popadało jakieś pól godziny i wyszło słońce decydujemy, że idziemy do schroniska w Dolinie Roztoki, przechodząc obok stawu spostrzegam chłopaka, który ma koszulkę Do Góry Nogami, podchodzę, nie znam go, mówię, że ma fajną koszulkę, ja na sobie mam taką samą ;) Nagle za moimi plecami słyszę damski głos, który woła mnie po imieniu, odwracam się i widzę Marlę, Agnieszkę i Adę, znajome z DGN a chłopak to Piotrek, gdyby nie koszulka to byśmy ich nawet nie zauważyli. W takiej sytuacji decydujemy z Maćkiem, że zostajemy tutaj w schronisku, idziemy klepiemy nocleg, okazuje się, że będziemy wszyscy spali na jednej sali :) 

Siedzimy nad brzegiem, rozmawiamy, czas fajnie płynie, idziemy na obiad do schroniska, potem siadam na murku i tak nam czas upływa do wieczora. Dziewczyny z Piotrkiem były dzisiaj na Orlej Perci, przegoniła ich burza, musieli dosyć szybko schodzić. Zbieramy się, kolejka pod prysznic spora, trzeba swoje odstać, bierzemy z Maćkiem po piwie i znowu idziemy oglądać gwiazdy, takie nocne facetów rozmowy ;) wracamy na pokój znowu bardzo późno, i po ciemku szykujemy się spać. 

 


 

Dzień 5 | Przez Zawrat i do domu

Budzę się przed  7.00, na sali większość jeszcze śpi, Maciek opatulony w śpiwór, ruszam go delikatnie i  pytam co robimy ? nagle ze śpiwora wychyla się ładna dziewczyna i patrzy się na mnie zaspana, zdziwiona i pyta o co mi chodzi, teraz wiem że się pomyliłem i Maciek jest po mojej drugiej stronie, ale żeby rozładować sytuacje mówię „Maciek ale wyładniałeś przez tę jedną noc”, dziewczyna patrzy zdziwiona , ja nie mogę się powstrzymać i wybucham śmiechem, po chwili śmieje się też ona, załapała co się stało. Tak pozytywnie obudzeni wstajemy, pakujemy wszystko do plecaków i schodzimy na dół, siadamy na zewnątrz, robimy jakieś śniadanie. Maciek mówi żebyśmy poszli przez Zawrat, nie musi mnie długo namawiać, około 8.00 wyruszamy, chwile przystajemy przy siedzibach świstaków, jest ranek i wychodzą na żer, kilka udaje nam się zobaczyć. Ruszamy dalej szlakiem, po około godzinie, dochodzimy do Zawratu, tutaj zaczyna się szlak na Orlą Perć, kiedyś się skusze na to przejście, ale dzisiaj nie myślę nawet o tym, schodzimy pomału po łańcuchach w stronę Zmarzłego Stawu, z dosyć dużymi i nie lekkimi plecakami nie jest to łatwe, ale pomału suniemy do przodu, a konkretniej w dół. Krótki postój przy Czarnym Stawie i idziemy w stronę Murowańca, tam następny postój, zimne piwko, nigdzie nam się nie spieszy musimy tylko do wieczora dojść do Zakopanego. Po około 20 minutach ruszamy dalej, kierujemy się w stronę Kuźnic. Pomału kończy się nasza przygoda z Tatrami, dochodzimy do Kuźnic, tam robimy sobie odpoczynek, ściągamy buty, skarpety i wchodzimy do strumyka, fantastyczne orzeźwienie dla stóp. 

Schodzimy do Zakopanego, zostawiamy plecaki u Maćka znajomej i idziemy do Aquaparku, fundujemy sobie kąpiel, rozkosz dla ciała, super jest się tak zrelaksować po kilku dniach chodzenia po górach. Następny przystanek to dobre jedzenie i zimne piwko, czas wolno płynie, zaglądamy na Krupówki, ale nie robi na mnie wrażenia ten handlowy deptak. Jakieś ostatnie zakupy, pamiątki, wracamy po plecaki i udajemy się na dworzec autobusowy. Tam o godzinie 21.00 mamy Polskiego Busa do Wrocławia. Spotykamy 2 dziewczyny z Wałbrzycha, też wracają już do domu, opowiadają, że spotkały na szlaku niedźwiedzicę z dwójką małych, nigdy się tak nie bały, na szczęście misie nie były zainteresowane integracją ;) Autobus się spóźnia ponad godzinę, ale nie przejmujemy się tym zbytnio i tak byśmy musieli czekać we Wrocławiu na pociąg do Wałbrzycha, a tutaj przynajmniej jest czas na miłe rozmowy :).  We Wrocławiu jesteśmy po 4.00, w Wałbrzychu około 6.30. przed 8.00 rano jestem już w domu :) 

Był to udany wyjazd, moje pierwsze wejście na Rysy, wiem, że będą następne, obiecałem siostrze i Oli, że je tam zabiorę. Pojechałem ze znajomym, ale tak naprawdę nic o sobie nie wiedzieliśmy, ten wyjazd nas zbliżył, poznał, wiem, że na pewno z Maćkiem gdzieś pojadę, jest fajnym kompanem. 

A Tatry, no cóż mam wielki respekt do tych gór, są naprawdę wymagające i nie można ich ignorować, ale są piękne, mają w sobie to coś, ten dreszczyk emocji i adrenalinę, to jest to. 

 

 

Maciek dziękuję za ten wyjazd :)

 

Najnowsze komentarze

  • Marcin Flieger powiedział(a) Więcej
    GRATULUJĘ! Nagroda w pełni zasłużona za lata promocji Gminy Mieroszów na całym świecie! Wielkie BRAWA również... czwartek, 06 czerwiec 2019
  • Ewa Tracewska powiedział(a) Więcej
    Super jak zawsze  piątek, 30 listopad 2018
  • Damian powiedział(a) Więcej
    To ja dziękuję za tak wspaniałą ekipę ! ;)) Czym byłaby Korsyka bez was, i przy waszych ohhhhah i ahhhach i tak se... piątek, 30 listopad 2018
  • Monika powiedział(a) Więcej
    WOW :D środa, 28 listopad 2018
  • Iga powiedział(a) Więcej
    Też Cię kocham Braciszku :*
    Dzięki za przypomnienie tego wyjazdu. Przepiękne miejsce i fantastyczni ludzie.... środa, 14 listopad 2018